„Ekonomiści na szczaw!

Piotr Ikonowicz:

„Ekonomiści na szczaw!

Kiedy w czasach wielkiego kryzysu robotnicy zastrajkowali w Stanach Zjednoczonych, pracodawcy wysłali przeciw nim uzbrojonych po zęby bandytów i zaczęli ich pacyfikować przy biernej postawie policji. Wtedy prezydent Roosevelt wysłał wojsko, ale nie do tłumienia strajku tylko do obrony strajkujących robotników przed bojówkami pracodawców. Dziś w Polsce nagminnie łamie się prawa obywatelskie w imię świętego prawa własności przy równie biernej postawie policji. Kupcy z warszawskiego przejścia podziemnego na próżno wzywali policję aby ich broniła przed bijącymi ich ochroniarzami wysłanymi przez prywatna spółkę Warszawskie Przejścia Podziemne. Państwo polskie jest po stronie bogatych, a większość niezamożnych obywateli ma w nosie. Tylko tak można wytłumaczyć aferę Amber Gold, bezkarne zamurowywanie lokatorom drzwi i okien, odcinanie wody, prądu itp. przez właścicieli kamienic. Wszyscy z niecierpliwością wyczekują nadejścia jakiegoś Roosevelta, premiera, prezydenta, czy choćby ministra, który by dla odmiany stanął po stronie krzywdzonych a nie krzywdzicieli.

Wszelkie krzywdy jakie nas spotykają przedstawiciele rządzących elit potrafią wytłumaczyć za pomocą „świętego prawa własności” i obiektywnych, naukowych, a jakże, praw ekonomii. Kiedy argumentujemy, że prawa te kłócą się z prawami fizyki czy prostą arytmetyką, wówczas jesteśmy oskarżani o populizm czy wręcz socjalizm. W ramach tej nowej „naukowej ekonomii” emeryt, który dostaje 800 zł. na rękę i nie daje rady płacić kamienicznikowi 1000 zł czynszu jest zły i musi trafić do kontenera, bo odbiera właścicielowi prawo do korzystania z własności i osiągania „godziwego” zysku. I ani sądu ani samorządu nic nie obchodzi, że ten zysk nie jest nie tylko godziwy (bo moim zdaniem jest absolutnie niegodziwy), ale jest wręcz arytmetycznie niemożliwy. Dług jest bowiem uważany za winę, a eksmisja jest karą za grzech niewypłacalności.

Ta sama ekonomia każe nam utrzymywać kilkunastoprocentowe bezrobocie i najdłuższy w Europie czas pracy. Jaka logika gospodarcza stoi za koncepcja, że kilka milionów bezrobotnych bez prawa do zasiłku będzie żyło powietrzem, podczas gdy ci, którzy pracę mają będą pracować po kilkanaście godzin na dobę, a także w soboty i nierzadko w niedziele, bez urlopów, bez wytchnienia? Przecież nietrudno policzyć, że gdyby ludzie pracowali zgodnie z kodeksem pracy po 8 godzin, bezrobocie można by zmniejszyć o połowę. Tylko, że tak już przez chwilę było i pracodawcom to się nie spodobało. Wtedy kiedy ludzie zaczęli masowo emigrować na Zachód do lepiej płatnej i lżejszej pracy, stawki godzinowe w budownictwie wzrosły o 30-40%. Przez krótka chwilę pracowników w branżach gdzie nie było ich za dużo, zaczęto szanować. Bo za bramą nie stała rezerwowa armia pracy gotowa sprzedać się za grosze byle tylko jakoś przeżyć. Profesor Mieczysław Kabaj, ekspert ONZ ds. rynku pracy twierdzi wręcz, że utrzymujące się od początku transformacji dwucyfrowe bezrobocie jest częścią tej właśnie „naukowej ekonomii”, która chce poprzez bezrobocie i biedę „dyscyplinować siłę roboczą, zmuszając ją do wytężonej, przedłużonej i nisko płatnej pracy.

Przy rosnącej wydajności, która jest logiczną konsekwencją mechanizacji, cyfryzacji i w ogóle postępu naukowo-technicznego jedynym logicznym wyjściem jest skracanie a nie wydłużanie czasu pracy. W przeciwnym razie musi rosnąć bezrobocie i to strukturalne, a więc takie, które nie znika wraz z końcem recesji. Pisał o tym Jeremy Ryfkin w „Końcu pracy”, a wcześniej Kurt Vonnegut w znakomitej powieści „Pianola”. Akcja powieści toczy się w czasach kiedy większa część ludzkości stała się już zbędna dla wytwarzania dóbr i usług i oddawała się rozrywkom, spożywaniu alkoholu, uciechom seksualnym i prostym bezsensownym pracom fizycznym. Nosili oni mało pochlebne miano „knotów”. Pracę użyteczną mieli tylko specjaliści, przy czym każda specjalność miała swój numer kod. Bohater „Pianoli”, należący do elitarnego grona ludzi wykonujących prace społecznie użyteczne, był specjalistą. I w swych naukowych dociekaniach doszedł do wynalazku, który pozwolił zlikwidować jego specjalność, przez co powiększył grono „knotów”.

Niestety nasi naukowcy od naukowej ekonomii raczej nie czytali ani Ryfkina ani Vonneguta, bo są zbyt zajęci uprawianiem nauki, która w sferze przewidywania najbardziej ze wszystkiego przypomina góralską prognozę pogody: „Wicie co panocku, albo będzie padało albo nie będzie padało”. Jednego wszak mogą być pewni: za ich błędy zapłacą ci co zawsze, ci co nie maja nic do gadania, bo z postulatów Sierpnia została nam jedynie msza w radio, a o wolnych sobotach możemy tylko pomarzyć.

Tekst ukazał się w najnowszym numerze „Faktów i Mitów””


Źródło
Opublikowano: 2013-04-27 10:17:05

Wenezuela i wygrała przemiana społeczna!

Piotr Ikonowicz:

Wenezuela i wygrała przemiana społeczna!

Nicolas Maduro, były kierowca autobusu, wiceprezydent Wenezueli wygrał wybory w Wenezueli. Tym samym rewolucja boliwariańska polegająca na przeznaczanie zysków z ropy na wyrównywanie różnic społecznych, będzie kontynuowana. Tym razem, choć niewielką różnicą głosów zwyciężyła idea, a nie charyzma. Trzymam kciuki za Maduro i za Wenezuelczyków!


Źródło
Opublikowano: 2013-04-15 10:04:09

O wyższości modelu socjalnego

Piotr Ikonowicz:

O wyższości modelu socjalnego

Neoliberalna teza, że polityka socjalna i interwencjonizm państwowy są zabójcze dla gospodarki, a zwłaszcza dla tworzenia miejsc pracy, okazała się bez sensu, bo to nie USA ani Polska, tylko kraje opiekuńcze najlepiej radzą sobie z kryzysem i są skuteczniejsze w zatrudnianiu. W neoliberalnym „raju" za oceanem 101 mln Amerykanów w wieku produkcyjnym nie ma pracy! Wprawdzie oficjalna liczba bezrobotnych w marcu 2013 r. wynosiła 11,5 mln, ale różnica wynika z bardzo dużej liczby osób pozostających poza rynkiem pracy, czyli takich, które aktywnie zatrudnienia nie poszukują. Jest ich – bagatela! – 89 mln 967 tys. Według US Bureau of Labor Statistics w marcu dodatkowo z rynku pracy odeszło 600 tys. osób w wieku produkcyjnym. Razem to 101 mln dorosłych Amerykanów bez pracy.

Odsetek ludności pracującej w stosunku do całej populacji od czasu kryzysu 2008 r. się nie podniósł. W 2008 r. wynosił 62,7 proc., a w marcu 2013 r. już tylko 58,5 proc. Gospodarka amerykańska tworzy miejsca pracy wolniej, niż przyrasta liczba ludności zdolnej do pracy. A w Polsce, gdzie prowadzona jest bardzo podobna neoliberalna polityka gospodarcza oparta na niskiej aktywności państwa i niewielkich podatkach, wskaźnik ten jest jeszcze niższy i wynosił w 2012 r. zaledwie 56 proc. Za to w krajach prowadzących aktywną politykę pobudzania gospodarki, tworzenia miejsc pracy i charakteryzujących się wysokimi podatkami i znacznym stopniem redystrybucji budżetowej wskaźnik aktywności zawodowej wynosił w 2011 r.: w Austrii – 72,1 proc., Danii – 73,1 proc., Holandii – 74,9 proc., i Norwegii – 75,3 proc.

Zarówno w Polsce, jak i w Stanach rośnie odsetek pracujących biedaków. W USA jest ich 30 proc. Co drugi Polak (Polka) obawia się biedy. Młodzi nie widzą przyszłości w kraju i szukają możliwości wyjazdu na stałe. Na 100 osób pytanych 85 zadeklarowało chęć wyjazdu. Zwykle do krajów, gdzie są wyższe podatki i zasiłki. Zielona karta nie jest już jednak naszym marzeniem – kojarzy się z nędzną pracą za grosze, bez ubezpieczenia.

Piotr Ikonowicz


Źródło
Opublikowano: 2013-04-15 08:55:03

Oświadczenie w sprawie odwołania debaty po filmie „Droga do apartheidu” w ramach festiwalu „Afrykamera”

Piotr Ikonowicz:

Oświadczenie w sprawie odwołania debaty po filmie „Droga do apartheidu” w ramach festiwalu „Afrykamera”

Na zaproszenie organizatorów festiwalu filmowego Afrykamera, wystosowanego przed kilkoma tygodniami, mieliśmy wziąć udział w rozmowie po emisji filmu dokumentalnego „Droga do apartheidu” / reż. Eron Davidson, Ana Noguiera / USA, RPA / 2012, w czwartek, 11 kwietnia br. w warszawskim kinie Luna. Rozmowę miała prowadzić Małgorzata Juszczak, była obserwatorka praw człowieka w ramach programu EAPPI, współpracująca z Biurem Koordynacji Spraw Humanitarnych ONZ, Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem oraz brytyjską organizacją Jews for Justice for Palestinians.

Film, nagrodzony na licznych festiwalach i wyreżyserowany przez Izraelczyka oraz dziennikarkę pochodzącą z RPA zawiera wywiady z izraelskimi, palestyńskimi i południowoafrykańskimi obrońcami praw człowieka, w tym przedstawicielami największej izraelskiej organizacji praw człowieka B’Tselem, izraelskiego historyka Ilana Pappe, czy nominwanego do Pokojowej Nagrody Nobla Izraelczyka Jeffa Halpera. Widownia festiwalu mogła obejrzeć wstrząsający obraz „Droga do apartheidu” dokumentujący rozmiar przemocy o charakterze zbliżonym do apartheidu, jaki miał miejsce w Republice Afryki Południowej, a jakiej dopuszcza się państwo Izrael wobec Palestynek i Palestyńczyków od ponad 60 lat.

Na dwie godziny przed rozpoczęciem emisji filmu otrzymaliśmy informację, że Pani Monika Krawczyk, powołująca się na swoje związki z portalem Forum Żydów Polskich oraz Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, która zażądała od organizatorów doproszenia siebie samej do panelu. Równocześnie okazało się, że Pani Monika Krawczyk wystosowała mail zatytułowany „Antysemicki panel w ramach festiwalu Afrykamery (Warszawa, kino Luna) – w przeddzień rocznicy powstania w Getcie” do instytucji wspierających festiwal finansowo (władze miasta Warszawy, PISF, Ministerstwo Kultury), w którym dopuściła się zniesławiających nas, a całkowicie bezzasadnych i nieudokumetowanych pomówień, pisząc: „Jak wiadomo z poprzednich debat z udziałem wyżej wymienionych panelistów – dyskusja zamieni się w antysemicką nagonkę zmierzającą do podważania w ogóle istnienia Państwa Izrael na mapie świata.” Uznała, za niestosowne brak reprezentacji strony „proizraelskiej”.

Przedstawiciele miasta wystosowali w dniu emisji filmu mail do organizatorów festiwalu z prośbą o ustosunkowanie się do m.in. takiego zarzutu pani Krawczyk: „wspieranie Festiwalu z funduszy publicznych – w tym z Ministerstwa Kultury Dziedzictwa Narodowego, Miasta St. Warszawy, Filmoteki Narodowej i Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej obliguje do zapewnienia pluralizmu i powstrzymania się przed antysemityzmem i dyskryminacją, i szkalowaniem państwa z którym Polska utrzymuje dobre stosunki dyplomatyczne i handlowe.”

Organizator Festiwalu zaproponował nam rozważenie (na godzinę przed rozpoczęciem emisji filmu) poszerzenia formuły rozmowy i doproszenia do niej Pani Moniki Krawczyk.

Uznając za niedopuszczalną formę oszczerczego i kłamliwego szantażu, w postaci „donosu” do instytucji współfinansujących świetny Festiwal (organizator nie ma wciąż podpisanych ostatecznych umów o wsparciu pieniężnym…) podjęliśmy zgodnie decyzję o odmowie wzięcia udziału w rozmowie z anonimową i nieznaną nam osobą, która na kilka godzin przed projekcją posunęła się do wysunięcia wobec nas skrajnie pomawiających i nieprawdziwych określeń, jednocześnie żądając od organizatorów swojego udziału w debacie, którą a priori zdefiniowała jako „antysemicką”. Równocześnie przed samym seansem wyjaśniliśmy widowni okoliczności, dla których nie godzimy się być szantażowani przez ochotniczą panelistkę oraz zapowiedzieliśmy upublicznienie tej skandalicznej w formie i treści interwencji.

Wysiłki, takie jak Pani Moniki Krawczyk, żeby nie dopuścić do publicznych wypowiedzi krytyków okupacji i łamania praw człowieka w Izraelu i na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, nie są pierwszymi w Polsce[1].

Jesteśmy gotowi debatować z osobami o odmiennych od nas poglądach, gdyż wierzymy w pluralizm w debacie publicznej. Nie widzieliśmy jednak racji, żeby ulec zastraszeniu w takim trybie i formie oraz żeby siadać do rozmowy z osobą, która choć sama jest prawniczką, posuwa się do publicznego rozpowszechniania oszczerstw przed jakąkolwiek rozmową z nami.

Wobec donosów, szkalujących nasze dobre imię rozważamy podjęcie kroków prawnych przeciwko zniesławieniu nas przez Panią Monikę Krawczyk.

Fakt, że polska „utrzymuje dobre stosunki dyplomatyczne i handlowe z Izraelem” (w tym sprowadza produkty z nielegalnych w świetle IV Konwencji Genewskiej osiedli izraelskich na Zachodnim Brzegu Jordanu) tym bardziej obliguje do pogłębiania wiedzy na ten temat, w oparciu o ogólnodostępne i wiarygodne informacje takie jak liczne raporty ONZ[2], Human Rights Watch czy B’Tselem[3], a także naoczne relacje świadków.

Roman Kurkiewicz, dziennikarz radiowy i prasowy, m.in. redaktor naczelny Przekroju, wykładowca Collegium Civitas, aktywista, uczestnik Flotylli Wolności w 2011 roku.

Przemysław Wielgosz, redaktor naczelny Le Monde Diplomatique, edycji polskiej.

Małgorzata Juszczak, była obserwatorka praw człowieka w ramach programu EAPPI[4], współpracująca z Biurem Koordynacji Spraw Humanitarnych ONZ, Czerwonym Krzyżem, Jews for Justice for Palestinians.


Źródło
Opublikowano: 2013-04-13 17:06:31

Piotr Ikonowicz: Amerykański sen pod młotek

Piotr Ikonowicz:

Piotr Ikonowicz: Amerykański sen pod młotek

Jeden z bohaterów filmu „Siedmiu wspaniałych”, opowiadał dowcip o facecie, który wyskoczył z dziesiątego piętra, a mieszkańcy na wszystkich piętrach słyszeli przez otwarte okna jak nieszczęśnik powtarza: „Jak to dobrze, że to jeszcze tak daleko”.

Komentatorzy martwiąc się skutkami, jakie przyniesie światu bankructwo Stanów Zjednoczonych, największego konsumenta wszelakich dóbr, energii i surowców na świecie, przypominają niewolników, których niepokoją ich dalsze losy po śmierci właściciela. Tymczasem to nie świat się zawali, tylko wirtualna gospodarka oparta na wirtualnych długach i spekulacji. Pewien hinduski ekonomista na konferencji poświęconej problemom Trzeciego świata przytomnie zauważył, że większość pomocy dla tych krajów wraca do darczyńców, a problemem jest ograniczona ilość źródeł energii i surowców, których USA zużywają najwięcej w stosunku do liczby ludności. Nie pomagajcie nam! zaapelował Hindus, tylko zużywajcie mniej, to i dla nas wystarczy! Amerykanie go nie posłuchali, a tam gdzie napotykali na opór wysyłali wojska. Teraz jest szansa, że inni też będą mogli pożyć.

Ameryka jeszcze nie zbankrutowała. Postanowiła się bardziej zadłużyć. Oficjalnie to najsilniejsza gospodarka świata, a bogaci pożyczają taniej. Podniesiono, więc decyzją Kongresu dopuszczalny limit zadłużenia USA z 14.3 biliona dolarów do 16.7 biliona. Podniesienie limitu uchroni na razie Stany Zjednoczone przed odebraniem statusu bezpiecznej gospodarki przez agencje ratingowe, które wciąż jej dają status AAA. To właśnie ten status sprawia, że amerykańskie obligacje skarbowe, najpewniejsza i najpopularniejsza lokata na rynku finansowym świata są stosunkowo nisko oprocentowane. Kompromis zawarty przez demokratów z republikanami nie rozwiązał problemu tylko pozwolił mu narastać, bo oficjalnie nie rozstrzygnięto jeszcze, kto zapłaci za powstrzymanie lawiny zadłużenia, która decyzją Kongresu jedynie się nasiliła oddalając w czasie katastrofę, która może załamać cały światowy system finansowy. Zaplanowano wprawdzie cięcia w wydatkach socjalnych na jakieś 2.1 biliona w ciągu najbliższych 10 lat, ale w żadnym razie nie rekompensuje to utraty 1 biliona rocznie dochodów budżetowych jaki spowodowała wprowadzona przez Busha Juniora obniżka podatków dla najbogatszych. To właśnie ten prezent dla elity oraz gigantyczne wydatki wojskowe sprawiły, że świat w ciągu najbliższych 2-3 lat przestanie subsydiować amerykańską gospodarkę tanimi kredytami, a amerykańska waluta przestanie być światową walutą rezerw i transakcji. Już dziś od ryzyka związanego z posiadaniem amerykańskich papierów dłużnych inwestorzy ubezpieczają się, a transakcje te są zawierane są w euro, a nie w dolarach. Próby ucieczki od najbezpieczniejszej do niedawna lokaty wywindowały do niespotykanego poziomu ceny złota. Ale kruszcu jest zbyt mało, aby mógł wypełnić tę rolę. Na światowym rynku finansowym nie ma łatwego zamiennika, tak wiele tego wydrukowano i sprzedano z powodu ufności w wieczność i potęgę amerykańskiego imperium.

Światowy system finansowy przypomina dziurawy garnek. Dopiero, co wpompowano weń setki miliardów dolarów pieniędzy podatników, aby go uchronić przed skutkami spekulacji na hipotekach. Dłużnikom banki odebrały domy, które teraz stoją puste i tracą na wartości, a bankierom i spekulantom wypłacono wielomilionowe odprawy i bonusy, a już pojawia się nowy wyciek. Otóż za amerykańskie wyprawy wojenne, i podarunki podatkowe Busha dla najbogatszych Amerykanów, trzeba płacić znowu i to pod ciągłą histeryczną groźbą, że świat się zawali. Toczy się więc spór o to, kto ten ciężar poniesie. Co się stanie, kiedy biedacy na całym świecie nie będą już mogli produkować po to by Amerykanie mogli konsumować? Gdzie biedni Chińczycy i pracowici Europejczycy wyeksportują swe towary, jeżeli Ameryka ogłosi niewypłacalność i pogrąży się w chaosie?

Logika nakazywałaby przypuszczać, że może sami zaczną nieco więcej konsumować. Przecież fabryki, pola uprawne i technologie nie znikną. Gospodarka fizycznie będzie istnieć nadal. Znikną tylko skomplikowane instrumenty finansowe, dzięki którym uboga, często głodująca większość zapracowywała się na śmierć by zapewnić dobrobyt sytej mniejszości. Ten trend rozpoczęli Chińczycy. Wzrost cen i niedostatek żywności na światowych rynkach jest niewątpliwie wynikiem bogatszej w proteiny diety na chińskich stołach. Niedawno podniósł się krzyk, że Chiny zużywają więcej energii niż USA. Błąd, Chińczycy ledwo zaczęli gonić Amerykanów w zużyciu energii, bo przecież jest ich o miliard więcej.

Za czasów Roosevelta sprawę załatwił New Deal. Kraj potrafił obejść się bez giełdy. Wystarczyło, że państwo przeszło na stronę ubogiej większości, aby kraj wyszedł z kryzysu i zaczął się dalej rozwijać. Dziś w ramach globalnej gospodarki taki Nowy Porządek powinien dotyczyć całej światowej gospodarki. Siły wytwórcze, jakimi dysponuje ludzkość są wystarczające, aby każdemu mieszkańcowi Ziemi zapewnić dostatek. Sęk jednak w tym, że światem nie włada rozum. Nie włada żadna większość, tylko mniejszość. Rządzą spekulanci i rentierzy. I oni mają dla nas inny scenariusz.

W 2004 roku 10% najbogatszych gospodarstw domowych w USA posiadało majątek wartości 3.6 miliona dolarów, podczas gdy 25% najbiedniejszych nie tylko nie miało żadnego majątku ale byli przeciętnie zadłużeni na 1.400 dolarów. Dziś 42 miliony Amerykanów są zmuszone do korzystania z bonów żywnościowych (w 2007 r. takich osób było 26 milionów), które jednak, jak podaje profesor David Shipler w książce „Pracujący biedacy: niewidzialni w Ameryce”, wystarczają zaledwie na wyżywienie rodziny przez dwa, góra trzy tygodnie. 22% dzieci w bogatych Stanach Zjednoczonych żyje poniżej linii ubóstwa i cierpi z powodu niedożywienia. W tych gospodarstwach domowych, racjonuje Shipler wyniki swoich badań, wydatki na czynsze sięgają 50 do 70% dochodów. Badanie 12 tysięcy takich rodzin wykazało ścisły związek między brakiem subsydiów mieszkaniowych, a niedowagą dzieci. Pracujący biedni stanowią ponad 30% amerykańskiego świata pracy. Ostatnie cięcia budżetowe Kongresu zniweczą nieśmiałe wysiłki prezydenta Obamy zmierzające do zapewnienia szerszego dostępu do opieki medycznej. Co szósty Amerykanin był objęty jakimś federalnym programem walki z ubóstwem. Teraz te programy padną ofiarą dalszych cięć. Amerykański mit mówi, że jeżeli tylko będziesz ciężko pracował, będziesz prosperował. Tymczasem z roku na rok miliony przedstawicieli klasy średniej zasilają szeregi working poor (pracujących biedaków). Ludzie dostrzegają, że mimo coraz cięższej pracy, coraz słabiej sobie radzą. W miarę jak produkcja czegokolwiek przenosi się do krajów, gdzie można płacić jeszcze mniej, pozostają już tylko nisko płatne zajęcia w usługach. Ameryka coraz mniej produkuje, a Amerykanie coraz mniej zarabiają.

Amerykański establishment odegrał przed światem farsę. Rozdzierano koszule, straszono, aby w ostatniej chwili zawrzeć porozumienie, którego treść była znana od początku. Za kolejny kryzys zapłacą ci, co zawsze – przeciętni, ciężko pracujący obywatele. Jedyną decyzją zmniejszającą deficyt, była decyzja o cięciach wydatków socjalnych państwa. Nikt, ani republikanie, ani demokraci, nie ruszą wydatków na kompleks wojskowo-przemysłowy, choć to dość szybko pozwoliłoby oddalić wizję bankructwa. Wojna w Afganistanie kosztuje 2 miliardy tygodniowo, czyli ponad 100 miliardów rocznie, a okupacja Iraku kosztowała do niedawna miliard dolarów dziennie. Do tego dochodzą zamówienia dla przemysłu zbrojeniowego. Kongresmani i senatorowie nie w przenośni, ale dosłownie siedzą w kieszeni korporacji, które na prowadzeniu wojen zarabiają. W Stanach wszak branie pieniędzy od biznesu odbywa się nie jak w Europie, pod stołem, ale jawnie i w majestacie prawa. Obama nie na darmo miał najdroższą kampanię w historii kraju,. I to nie po to, by teraz tknąć przywileje podatkowe najbogatszych. I nie tknie.

Amerykanie, zwłaszcza biedni Amerykanie,, nie są zbyt buntowniczy, bo za swe niepowodzenia winią siebie i bardzo się ich wstydzą. Kiedy profesor Shipler zapytał kobietę, która miała problem z wyżywieniem swoich dzieci o przyczynę tych niepowodzeń, odpowiedziała: „Bo jestem leniwa”. „Jak to?”, dziwił się profesor, „Wstaje pani codziennie o 3 nad ranem, żeby ciężko pracować w piekarni i uważa się pani za leniwą?” Nie umiała tego wyjaśnić.

Jeśli jednak, a wszystko na to wskazuje, proces ubożenia większości i bezwstydnego, ostentacyjnego bogacenia się elity będzie narastał, a rząd federalny wycofa dotychczasowe wsparcie dla najbiedniejszych, ludzie obudzą się z amerykańskiego snu i tak jak w Ameryce Południowej ruszą na sklepy. Państwo, które w ramach „walki z terroryzmem” dopuściło tortury i już zawiesiło wiele swobód obywatelskich, stanie się jeszcze bardziej policyjne. Na ulice wyjdzie największa prywatna armia świata, firma Blackwater i w imię świętej własności prywatnej zaprowadzi porządek. W końcu już dzisiaj na poligonach tej „zasłużonej” w Iraku armii najemników szkoli się amerykańska policja i wojsko, a bogaci miłośnicy broni palnej przychodzą sobie postrzelać. Zapewnianie bezpieczeństwa stanie się jeszcze lepszym biznesem, przy czym panowanie nad tłumem rodaków będzie łatwiejsze niż radzenie sobie z bojownikami islamu.

Po oddaleniu widma katastrofy lider demokratycznej większości w Senacie oświadczył, że „Ameryka zapewniła sobie możliwość płacenia swoich rachunków, teraz przyszedł czas, aby zapewnić amerykańskim rodzinom możliwość zapłacenia swoich”. Jeśli nie, na ulicach Nowego Jorku i Chicago pojawią się Mad Max i Robocop. Apokaliptyczne wizje postkapitalistycznego świata, które do niedawna były tylko filmową fikcją ziszczą się na ulicach amerykańskich miast, gdzie uzbrojone po zęby, wyposażone w przerażające roboty prywatne siły policyjne będą bronić bogatych przed szturmem biednych. Skoro można było zetrzeć w proch Faludżę to można i którąś z dzielnic Detroit. Przecież wciąż chodzi o to samo, o obronę amerykańskiego stylu życia, gdzie zwycięzca bierze wszystko.

Piotr Ikonowicz


Źródło
Opublikowano: 2013-04-07 16:11:01