Kochajmy się!

Piotr Ikonowicz:

Kochajmy się!

W USA dopiero w 1973 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne usunęło homoseksualność z listy zaburzeń psychicznych i emocjonalnych. Dwadzieścia lat później Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) poszła w ślady Amerykanów. W Polsce stosunek do odmiennej orientacji seksualnej jest wciąż raczej średniowieczny niż nowoczesny i europejski. Według badania CBOS z początku tego roku 83 procent badanych Polaków uważa homoseksualizm za odstępstwo od normy. Co czwarty badany sądzi, że nie powinno się go akceptować. 63 procent ankietowanych nie chce, by pary homoseksualne publicznie pokazywały swój sposób życia. Posłanka Pawłowicz z PiS opowiadając swe szokujące brednie kontynuuje najgorsze tradycje PRL. W roku 1986 w Polsce przeprowadzono akcję "Hiacynt". W ciągu kilku lat aresztowano kilkanaście tysięcy osób homoseksualnych. Musiały podpisywać "zeznanie", w którym przyznawały się do odmiennej orientacji seksualnej. Oficjalnie tłumaczono tę akcję faktem, że środowisko homoseksualne jest kryminogenne. W praktyce, chodziło o zastraszenie. Akcja "Hiacynt" skończyła się wiele lat temu, lecz wciąż istnieją teczki założone homoseksualistom. Wielu zatwardziałych homofobów to osoby starające się „wyprzeć” własne skłonności. Strach przed innością potęguje Kościół, a to przecież to co wyczyniają księża i zakonnicy z małoletnimi doprowadziło w głównej mierze do kojarzenia homoseksualizmu z pedofilią. Różne szacunki wskazują, że homoseksualna jest znacząca część społeczeństwa. Może to być nawet 10%. Co ciekawe, kiedy pytanie nie dotyczy stylu życia, tylko pociągu seksualnego odsetek ten dramatycznie rośnie. Skoro więc już wiadomo, ze homoseksualizm to nie choroba, którą należy i można leczyć, czas zacząć leczyć z homofobii większość naszego bogobojnego narodu. Strach przed ujawnieniem się wynika nie tylko z obawy przed kłopotami z zatrudnieniem, szykanami, ale przed potępieniem i odrzuceniem. Tu tolerancja to za mało. Geje i lesbijki potrzebują akceptacji, tak samo jak Żydzi, Murzyni, innowiercy i ateiści. Bo zachodnia cywilizacja od czasów starożytnej Grecji to akceptacja różnorodności, umiłowanie i ciekawość wobec tego co obce, inne – ksenofilia. To dzięki swej niesamowitej różnorodności Europa jest wyjątkowa. Czas już by Polska stała się jej częścią. Kochajmy się drodzy rodacy!


Źródło
Opublikowano: 2013-08-31 00:04:52

Władze i elity boją się wybuchu społecznego. Jednocześnie w Parlamencie ani w mediach nie toczy się żadna poważna debata

Piotr Ikonowicz:

Władze i elity boją się wybuchu społecznego. Jednocześnie w Parlamencie ani w mediach nie toczy się żadna poważna debata na temat zahamowania procesu rozwarstwienia i sięgnięcia po rosnące zyski firm, aby poprzez mechanizm podatków i polityki społecznej ulżyć najbardziej potrzebującym i uzyskać środki pozwalające na wzrost gospodarczy tworzący godziwe miejsca pracy. Taką debatę może zainicjować tylko nowe ugrupowanie polityczne, prospołeczne, prawdziwie lewicowe. Jeżeli ono nie powstanie, jeśli nie zostaną sformułowana konkretne postulaty zmian wybuch nie da przełomu a tylko oderwie od żłobu jednych darmozjadów, aby przy nim posadzić innych.

Niskie płace, wysokie ceny

Ankietowanych CBOS szczególnie oburza brak pracy i wysoki poziom bezrobocia. Z czynnikiem tym łączy się krytyczny stosunek do polityki gospodarczej rządu, który nie jest w stanie tworzyć nowych miejsc zatrudnienia. Ten stan rzeczy wywołuje wiele negatywnych konsekwencji społecznych, np. emigrację młodych, która po osłabieniu w latach 2009–2011 ponownie rośnie. Oburzenie wzbudza także niski poziom płac, co w połączeniu z rosnącymi cenami i opłatami sprawia, że wielu Polakom, którzy mają szczęście mieć pracę, i tak trudno przeżyć od pierwszego do pierwszego. Dodatkowo, nawet jeśli pracę mamy, to często nie jesteśmy zadowoleni z form zatrudnienia – przede wszystkim z umów śmieciowych – i złego traktowania przez pracodawców. Jak ustalili ankieterzy CBOS, polski bunt z powodu braku wzrostu poziomu płac wydaje się jednym z poważnych problemów, z którym będą musiały się mierzyć kolejne rządy. Na liście przyczyn oburzenia wymienianych przez ankietowanych z jednej strony pojawiały się bardzo często „niskie płace”, „za małe pensje”, „niskie zarobki” oraz formułowane ogólnie zarzuty w rodzaju „ludzie nie mają za co żyć”, a z drugiej – „podwyżki cen” czy też w ogóle „wysokie ceny”, „drożyzna”, „inflacja”.

Z badania wynika, że narzekamy również na rosnące w szybkim tempie różnice dochodowe. Co znamienne, pojawia się problem „zubożenia klasy średniej”, tradycyjnie dość dobrze sobie radzącej. Właśnie w ramach tej grupy społecznej pojawia się największa dynamika niezadowolenia. O ile pięć lat temu młodzi, wykształceni i osiągający wysokie dochody nie mieli większych powodów do obaw, czy zawsze będą w stanie utrzymać swoje życie na poziomie, do którego się przyzwyczaili, o tyle dzisiaj lęków tych nie brakuje im na co dzień. Wynikają one głównie ze stałej obawy o zatrudnienie, bo tym o nie trudniej, im bardziej rozbudzone ma się ambicje i oczekiwania finansowe.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-28 09:12:28

Od 1 września straci pracę ponad 7 tys. nauczycieli. Bardzo dobrze. Trzeba się pozbyć tych pasożytów społecznych. Za osz

Piotr Ikonowicz:

Od 1 września straci pracę ponad 7 tys. nauczycieli. Bardzo dobrze. Trzeba się pozbyć tych pasożytów społecznych. Za oszczędzone pieniądze należy kupić jeszcze więcej samolotów-nielotów Dreamliner po 200mln/szt., więcej pociągów Pendolino po 100mln./szt., zbudować więcej stadionów i lotnisk, posłać wojsko na jakąś nową wojenkę, nakupić izraelskich bezzałogowych dronów, wpakować forsę w zagraniczne firmy budujące nam autostrady. A nauczyciele won! Problem w tym, że zwolnienie 7 tys. nauczycieli da oszczędności, które starczą ledwo na 1.5 Pendolino lub na jakieś 3/4 Dreamlinera. Jest na to rada. Trzeba zwolnić 70 tys. nauczycieli. Wtedy starczy na kilka Pendolin i ze dwa Dreamlinery, do tego możemy jeszcze zaprosić artystkę Madonnę.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-26 10:30:33

Dlaczego nie zostałem doradcą Tuska

Piotr Ikonowicz:

Dlaczego nie zostałem doradcą Tuska

Kiedyś ktoś mnie zapytał, co doradziłbym premierowi Donaldowi Tuskowi, gdyby ten z jakichś przyczyn był skłonny słuchać moich rad. Odpowiedziałem, że nic bym mu nie doradził, bo premier Tusk i tak nie byłby w stanie moich rad wprowadzić w życie. A gdyby zaczął wprowadzać. Gdyby zwiększył obciążenia podatkowe dla najbogatszych, opodatkował korporacje, uruchomił środki budżetowe na tanie budownictwo mieszkaniowe, pomoc społeczną, wprowadził ubezpieczenie od bezrobocia to natychmiast przestałby być premierem. Przeciwko rządowi realizującemu dla odmiany pro społeczne, a nie antyspołeczne reformy natychmiast mobilizują się osławione rynki finansowe. Rząd, który przerywa proces bogacenia się bogatych i ubożenia biednych ma jak w banku, że finansowanie deficytu budżetowego robi się nagle niezwykle drogie, bo inwestorzy mają niezawodny instynkt klasowy i tylko rosnący, a nie malejący wyzysk ich przyciąga. Mniej chętnie kupowaliby, a nawet zaczęliby gwałtownie wyzbywać się polskich obligacji skarbowych, co zmusiłoby rząd do podniesienia ich oprocentowania. Dodatkowo ludzie pokroju filantropa George’a Sorosa zaczęliby atak spekulacyjny na polską walutę. W wyniku gwałtownego spadku kursu złotego import podrożałby tak, że produkcja krajowa straciłaby opłacalność, co z kolei załamałoby eksport, który ma decydujący wpływ na PKB.
Gdyby ktoś jednak wątpił w prawdziwość mego wywodu, wystarczy aż nadto przykładów. Kiedy w 1982 roku socjalistyczny rząd Francois Mitteranda rozpoczął ambitny program denacjonalizacji części przemysłu, kurs franka spadł na łeb na szyję, a rząd musiał się ze wszystkich socjalistycznych pomysłów wycofać. Fakt, że był to zorganizowany atak spekulantów na francuską walutę potwierdza szczerze jeden z głównych architektów owego ukarania Francuzów za zuchwałość, George Soros. Kapitał, który kiedyś musiał posługiwać się CIA, wysyłać marines i wspierać wojskowe przewroty, dziś może się ograniczyć do uruchomienia rynków finansowych, aby obalić niewygodne rządy, które próbują służyć ludziom, swoim wyborcom, swemu krajowi, a nie interesom międzynarodowych korporacji, spekulantom i lichwiarzom.
Żeby się przekonać czy prezydent, premier, nowy rząd ma akceptację rynków wystarczy zauważyć czy kampania wyborcza pochłania wielkie sumy. Dlatego tak szybko prysnęły nadzieje związane z Barackiem Obama, którego kampania wyborcza pochłonęła najwięcej środków w historii USA. Kampanie Platformy Obywatelskiej też są bizantyjsko bogate, dlatego wiadomo, że to władza dla rynków przewidywalna, stabilna, antyspołeczna. Kiedy jednak jakaś siła polityczna, ruch, lider idzie do władzy poparciem masowego ruchu, a nie wielkich pieniędzy, jeżeli dochodzi do władzy na fali masowych aspiracji niezamożnej większości, to wiadomo, że rynki, inwestorzy, spekulanci zrobią wszystko, żeby takiej władzy, politykowi ściąć głowę.
Mechanizm jest prosty. Trzeba dostać najwięcej głosów w wyborach, ale nie sposób rządzić bez akceptacji rynków czyli w interesie tych, którzy mają przeciwko tym, którzy nie mają, albo mają mało, nie dość dużo. Taki Tusk znajduje się więc w pułapce. Dostając masowe poparcie musi robić rzeczy całkowicie sprzeczne z interesem większości swoich wyborców. Wije się więc między posłuszeństwem wobec swego prawdziwego pana – kapitału, a potrzebą udawania, że dobrze ludziom życzy.
Ostatnio mieliśmy klasyczny przykład tego tragicznego dylematu. Reforma emerytalna, wzorowana na tej, która w Chile już zbankrutowała, polega na tym, że rząd zmusił obywateli do wpłacania składek do prywatnych firm – funduszy emerytalnych. Ci zamiast inwestować te pieniądze w rozwój gospodarki i pomnażać, pożyczają nam nasze składki na wysoki procent lokując je w obligacjach skarbu państwa. W normalnym obiegu gospodarczym, rynkowym pomysł, że jeden podmiot da drugiemu pieniądze do zainwestowania, a ten zamiast je zainwestować pożyczy mu je na wysoki procent, czyli będzie się bogacił na odsetkach od powierzonych mu pieniędzy, płaconych przez tego kto mu je powierzył, jest nie do pomyślenia. Bo nikt nie jest tak głupi, żeby robić tego rodzaju interesy. Jednak do tego interesu zmusiła obywateli władza państwowa. Dają się skubać pod przymusem. Kiedy więc wyszło na jaw, że emerytury, które miały być wyższe od ZUS-owskich będą znacząco niższe, premier Tusk zapowiedział częściowe wycofanie się państwa z wymuszania na obywatelach, aby dawali się dalej okradać. Było słychać i widać jak Donald Tusk błaga kanciarzy z OFE, żeby kradli mniej. Kanciarze jednaki warknęli, a premier poszedł dokona z podwiniętym ogonem.
Wcześniej rząd braci Kaczyńskich zapowiadał budowę 3 milionów mieszkań pod wynajem i skończyło się identycznie. Trudno sobie, bowiem wyobrazić, żeby banki i deweloperzy, którzy praktycznie kontrolują władzę państwową pozwolili na takie psucie interesów. Gdyby jakiś program budownictwa mieszkaniowego sprawił, że ludzie mogą niedrogo wynajmować mieszkania, to popyt na kredyty hipoteczne i drogie mieszkania stawiane przez deweloperów uległby drastycznemu ograniczeniu. Nikt bowiem nie skacze do wody z kamieniem młyńskim u szyi jeżeli nie musi. Dziś olbrzymia liczba wybudowanych już mieszkań stoi pusta, bo deweloperzy zarobili już dosyć i mogą poczekać na koniunkturę, a zjawiska głodu mieszkaniowego i bezdomności narastają, bo ani rząd, ani żaden samorząd nie odważą się podskoczyć deweloperom i bankom rozwiązując problemy mieszkaniowe obywateli poprzez tanie budownictwo czynszowe.
Po co więc chodzić na wybory skoro premier, prezydent, ministrowie, radni i posłowie to tylko marionetki w rękach ludzi trzymających władzę, bo posiadających kapitał, który dzięki kontrolowaniu rządzących stale pomnażają kosztem interesów społeczeństwa? No właśnie, po co?


Źródło
Opublikowano: 2013-08-23 09:30:00

Koniec mitu klasy średniej

Piotr Ikonowicz:

Koniec mitu klasy średniej

Państwa trzeciego świata charakteryzują się tym, że istnieje klasa ludzi bardzo bogatych oraz bardzo biednych. Coś takiego jak klasa średnia nie istnieje. W Polsce również właściwie klasy średniej nie ma. Często przeciętne życie bez fajerwerków uważane jest w Polsce za klasę średnią. W rzeczywistości jednak większość ludzi w Polsce żyje tylko lekko ponad granicą biedy.

Ludzie, którzy wciąż jeszcze zaliczają siebie do klasy średniej nie potrafią upiec pasztetu z pieczarek za siedem złotych, ani zrobić chleba z mąki otrzymanej w banku żywności. Są zatem zupełnie nie przygotowani na to, co ich czeka. Bieda z czasem wypracowuje strategie przetrwania. A ludzie, którzy brali drogie auta w leasingu i kredyty hipoteczne nie potrafią przeżyć za sumy, które dotychczas wydawali na przyjemności. A będą musieli. Już muszą. Pod sklepami Biedronki parkują coraz droższe auta. Czasy wrzucania do koszyka bez specjalnego przyglądania się cenom bezpowrotnie minęły.

Zgodnie z danymi wynikającymi z rocznych rozliczeń PIT za rok 2009, zarobkami powyżej 50 000 złotych brutto pochwalić się może 4% polskich podatników, a powyżej 85 000 złotych zarabia 1% płatników podatku dochodowego. W obecnym rozumieniu tego pojęcia do klasy średniej włącza się przede wszystkim kategorie społeczno-zawodowe, charakteryzujące się względną samodzielnością, osoby pracujące we własnych firmach lub mających pracę umysłową oraz pewnym poziomem dobrobytu. Podatników jest w Polsce 25 milionów, a więc ludzi o średnich dochodach w podanym przedziale jest zaledwie 750 000 osób. Przy czym ci, którzy zarabiają najmniej w tej grupie mają na rękę około 3 tys. zł miesięcznie a ci podchodzący pod górną granicę, 85 000 zł rocznie uzyskują miesięczny dochód netto w wysokości około 4 900 zł. (Wyliczone za pomocą kalkulatora wynagrodzeń dostępnego na stronie http://www.podatki.biz/).

Oczywiście nie wszyscy oni pobierają wynagrodzenie na podstawie umowy o pracę. W Polsce jest 2,9 mln osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. Jednak prowadzenie takiej działalności nie zapewnia nawet średniego dochodu skoro ich liczba jest niemal trzykrotnie wyższa niż liczba osób, które osiągają dochód powyżej 50 000 zł. Tak więc tym, którzy prowadzą działalność gospodarczą może zostawać trochę więcej pieniędzy w kieszeni dzięki możliwości odliczania wydatków na własne utrzymanie poprzez zakwalifikowanie ich jako koszty funkcjonowania firmy.

Jedynie 1% podatników, czyli 250 000 osób osiąga dochody powyżej 85 000 zł rocznie. I to o nich jest mowa, gdy opisuje się w polskich mediach klasę średnią. Tymczasem rodzina z dwójką dzieci, w której tylko jedno z małżonków pracuje przy dochodzie 50 000 zł rocznie ma po 750 zł na osobę miesięcznie. To jest kwota zbliżona do minimum socjalnego. Od takiego dochodu zaczyna się w Polsce klasa średnia, co sprawia, że wiele osób podejmuje dodatkowe zatrudnienie. Jak wynika z danych GUS za II kwartał 2010 r prawie 1,2 mln osób w Polsce pracuje w więcej niż jednym miejscu. Tygodnik „Wprost” opatrzył informacje na ten temat tytułem „Pracoholizm klasy średniej” chociaż dane o dochodach wskazują, że raczej jest walka o byt niż obłędne zamiłowanie do zapracowywania się na śmierć. Większość pracowników w Polsce pracuje dłużej niż przewiduje to kodeks pracy. Z danych GUS, wynika, że aż 11 milionów z 16 milionów pracujących Polaków spędza w pracy ponad 40 godzin tygodniowo. Wśród wszystkich krajów OECD Polska zajmuje trzecie miejsce pod względem rocznego, przeciętnego czasu pracy w przeliczeniu na jednego pracownika. W 2009 roku statystyczny Polak przepracował 2 015 godzin rocznie, ustępując jedynie Koreańczykom (z Korei Płd) – 2074 godzin i nieznacznie Rosjanom -2016.

Państwo S. zgłosili się do naszej sutereny na warszawskim Grochowie po bezpłatną pomoc prawną, kiedy załamała się ich działalność gospodarcza. Eksport usług budowlanych do Francji. Ponad 200 000 zł zadłużenia, groźba licytacji mieszkania, brak środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych. Wprawdzie żona znalazła jakąś pracę, ale za 1900 zł netto, ale na życie i obsługę zadłużenia było to zdecydowanie za mało. Na negocjacje do banku jechaliśmy jeszcze ich nowiutkim luksusowym wozem. Potem samochód za niewielką część ceny rynkowej zlicytował komornik. A raty trzeba płacić dalej. Bank zgodził się wstrzymać na sześć miesięcy z pójściem do sądu w zamian za symboliczne jak na stutysięczne zadłużenie spłatę w wysokości 400 zł miesięcznie. Jeżeli jednak do tego czasu nie znajdą nowej pracy czy innego solidnego źródła dochodów, pod młotek pójdzie jedyne, spółdzielcze mieszkanie. Łatwość, z jaką udało się z bankiem wynegocjować korzystne warunki „odroczenia wyroku”, dowodzi jak wiele jest trudnych, czy beznadziejnych kredytów, których dłużnicy nie próbują czy też nie mają szans w ogóle spłacić. Przykład państwa S, dość typowy, pokazuje jak cienka jest granica między dobrobytem całkowitą ruiną.

Dekoniunktura to tylko jedna i to nie najważniejsza przyczyna deklasacji polskiej klasy średniej, która zanim się jeszcze na dobre narodziła zaczyna zanikać. Pewien absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego powołał do życia wydawnictwo prawnicze. Wydawał kodeksy z komentarzami, miał rynek zbytu, pierwszorzędnych autorów, pieniądze i prestiż, jaki w dzisiejszych czasach jest udziałem ludzi sukcesu. Dziś z domu, działki, luksusowego mieszkania i dwóch samochodów, egzotycznych wakacji pozostały tylko wspomnienia. Robert, sprzedawszy wszystko, co mógł wyniósł się na wieś gdzie za resztkę kapitału chciał utworzyć swojski ośrodek wypoczynkowy. Zdołał jednak wykończyć tylko jeden domek dla wczasowiczów, w którym był zmuszony zamieszkać sam. Padł ofiarą wielkich korporacji wydawniczych, które podkupiły autorów i wymiotły go z rynku dumpingowymi cenami. On sam ani nie przeinwestował, ani nie popełnił żadnych błędów. Błędna okazała się wiara, że akurat on będzie tą małą rybka, której wielka ryba nie pożre. Podobny los spotyka kupców bazarowych, sklepikarzy, którzy przetrwawszy pierwszą nawałnicę supermarketów zmuszeni są konkurować z małymi sklepami osiedlowymi otwieranymi przez sieci handlowe. Różnica w cenach zaopatrzenia między hurtowniami, w których zaopatruje się rodzimy handel, a korporacyjnymi centrami logistycznymi wynosi około 12%.

W sprawie o eksmisję pani D., która zainwestowała w ratowanie i rozwój państwowych zakładów drobiarskich w Suwałkach i z dnia na dzień straciła wszystko przegrywając z PSL-owskim lobby Animexu, sąd przecierał oczy ze zdumienia. Sąd pyta:
– W jaki sposób weszła pani w posiadanie domu?
– Wybudowałam go,- odpowiada zlicytowana właścicielka willi w Józefowie.
– Dom ma jaką powierzchnię?
– 390 metrów kwadratowych.
Pani D. i jej rodzina czekają aż gmina wskaże im lokal socjalny, do którego się wyprowadzą. W Suwałkach przeszkoliła i zatrudniła 120 osób bezrobotnych, pod zastaw domu wzięła na kredyt maszyny, wdrożyła nowe technologie. Ale Animex przejął zakład za stare długi, które nie były uwidocznione w księgach rachunkowych firmy. Pani D. pozostaje w branży, z którą jej rodzina jest związana jeszcze od okresu międzywojennego. Jej Dziadek i ojciec mieli zakłady masarskie. Ona handluje mięsem w sklepie stojąc za ladą. Klasa średnia, przedsiębiorcy i rzemieślnicy z tradycjami w nowej rzeczywistości przegrywają z układami politycznymi w ministerstwach i samorządach. Liberalne marzenie o wolnym rynku, na którym wystarczy zachowywać się racjonalnie by pomnażać zyski, ustąpiło miejsca klientelizmowi i korporacyjnej dominacji. Coraz mniej jest tu miejsca na self-mademenów z klasy średniej.

Wreszcie warszawscy czy krakowscy urzędnicy, przedstawiciele wolnych zawodów, nauczyciele, drobni przedsiębiorcy nagle stają się pariasami, gdy dowiadują się, że ich mieszkanie komunalne zostało zwrócone spadkobiercom byłych właścicieli. Dochód, który dotychczas wystarczał na godziwe życie trzeba raptem przeznaczyć na wynajem lub kupno mieszkania na wolnym rynku. Ci, którzy w porę tego nie pojmą, albo zwyczajnie ich nie stać na wyprowadzenie się z prywatnej już kamienicy, nie tylko w końcu są eksmitowani, ale wychodzą ze sporów prawnych z właścicielem gigantycznie zadłużeni. W Czechach problem reprywatyzacji rozwiązano ustawa, któraś przyznaje spadkobiercom i właścicielom przedwojennym odszkodowania w wysokości 20% wartości tynkowej po odliczeniu amortyzacji. U nas oddaje się budynki z lokatorami, którzy bez własnej winy zostają przeważnie raz na zawsze zdeklasowani. O skali zjawiska świadczy fakt, że w 2008 r. wartość roszczeń reprywatyzacyjnych szacowano na 60 do 100 mld złotych. Przy czym zdecydowana większość z 55 000 wniosków dotyczy kamienic z lokatorami.

Badania przeprowadzone na zlecenie MasterCard przez firmę badawczą The Future Laboratory w 2009 roku – „w Polsce rośnie klasa średnia, grupa ludzi wykształconych, dobrze sytuowanych, świadomych konsumentów. Badacze przewidują, że w dużej mierze to właśnie ta grupa będzie w najbliższych latach kształtować zachowania konsumenckie i preferencje szerszej rzeszy Polaków. Będzie też akceleratorem polskiej przedsiębiorczości.” W tym samym raporcie czytamy, że klasa średnia (71%) uważa, że: w dobrym guście jest np. ubierać się w „secondhandach”, bo to oznacza prawdziwą umiejętność zarządzania budżetem i wyróżniania się.”

Wszystko można polakierować, nieobca jest nam wszakże Polakom propaganda sukcesu. Praca na kilku etatach to pracoholizm, a ubieranie się w „tanim Armanim” to właściwe zarządzanie budżetem. Rzeczywistość jest jednak taka, że nieliczni w Polsce średniacy coraz częściej spłacają jedne kredyty następnymi, a te kolejną kartą kredytową. Już dzisiaj tzw. dochód rozporządzalny, czyli ten pozostający po spłacie zobowiązań (czynsz, raty kredyty, inne stałe opłaty, zajęcia komornicze) jest tak niski, że ludzie ci mogliby ubiegać się o pomoc społeczną. Mogliby, gdyby nie fakt, że rząd od 2006 roku nie waloryzował progów dochodowych uprawniających do korzystania z pomocy i Gdyby pomoc społeczna operowała pojęciem dochodu rozporządzalnego, a nie nominalnego.

Doradcy bankowi twierdzą, że dłużnicy grzeszą brakiem rozsądku dając się ciągle kusić „małą ratką”. Jednak ci, którzy rzucili się konsumować padli ofiarą nie tylko bankowych reklam, ale przede wszystkim lansowanego przez polityków wszystkich opcji „mitu klasy średniej.”

Ikonowicz


Źródło
Opublikowano: 2013-08-23 09:18:36

Okupacja złodziei

Piotr Ikonowicz:

Okupacja złodziei

Własność to kradzież stwierdził Pierre Joseph Proudhon. Gdyby ktoś chciał autora tej myśli „zdyskwalifikować” jako anarchistę dodam, że jako jeden z pierwszych Proudhon podjął próbę stworzenia banku o zerowym oprocentowaniu. Zbudował też podstawy systemu pomocy wzajemnej, którego zasady są do dziś stosowane w zakładach ubezpieczeń wzajemnych.

Jest w polskim kodeksie karnym przepis, który stanowi: „Art. 286. § 1. Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.” I wiecie co? Z tego artykułu prokuratura bardzo rzadko podejmuje dochodzenia. Zwykle je umarza, bo cały ten kapitalizm, rynek i demokracja oparte są na opisanym w przepisie karnym oszustwie. Gdyby każdego, kto doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu osiągnięcia korzyści majątkowej zamykać do więzienia cały polski i nie tylko biznes siedziałby w pace.

Do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej przychodzi coraz więcej osób w ten sposób oszukanych. Część z nich to klasyczne ofiary, ludzie, którzy nie potrafiąc poruszać się w rynkowej dżungli podjęli ryzyko prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Niedowidzący staruszek, który prowadził kiosk ruchu a teraz ma mieć zlicytowane mieszkanie, bo wspólnik go oszukał. Aptekarka, którą wspólniczka doprowadziła do bankructwa i licytacji maleńkiego mieszkanka na Żelaznej w Warszawie. Sklepikarz Kędzierzyna Koźle, który wyremontował, a właściwie odbudował po pożarze pawilon, a samorząd go właśnie pozbawia jedynego źródła utrzymania, bo nie dopilnował jakichś formalności, zakładając, że władza publiczna to nie mafia. Ci wszyscy przerażeni, pokonani ludzie nie mogą zrozumieć, że państwo zamiast ścigać przestępcę, tego kto podstępem doprowadził ich do ruiny, koncentruje swoje siły na odebraniu im ostatniej koszuli, wdowiego grosza.

Jednak założenie, że ktokolwiek robi interesy musi kraść i oszukiwać jest wpisane w system. Zwycięzca bierze wszystko, a ostatnich gryzą psy. Wygląda to mniej więcej tak, że goniąc złodzieja, który ma nasz portfel natykamy się na policję, prokuraturę i komornika, którzy zgodnie twierdzą, że teraz złodziej jest nowym właścicielem, a oni będą go bronić, bo własność prywatna jest święta.

Długi oszukanego nie są po prostu niepowodzeniem w interesach. Stają się winą, za którą jest on od razu, brutalnie karany. Nie ma nawet na adwokata, więc trafia w ręce domorosłych prawników z tzw. biur porad prawnych (ich naganiacze czyhają z ulotkami pod każdym sądem), które wyłudzają od niego ostatnie pieniądze zawalając wszystko, co można zawalić w sądzie. Przerażony kieruje się do różnych szemranych doradców finansowych, którzy kierują go do lichwiarzy. Ci zaś prowadzą jak na rzeź do nieuczciwych notariuszy by wyłudzić przepisanie wszystkiego, co taki delikwent jeszcze ma. Potem, gdy lichwiarz staje u drzwi ze ślusarzem i bez komornika bezprawnie wyrzuca bez wyroku, klauzuli, procedury człowieka na ulicę, policja stoi murem po jego stronie, a prokuratura odmawia ścigania.

Dziesięć procent społeczeństwa posiada już 58% majątku. Wystarczyło trochę ponad 20 lat, by większość tego, co wspólnie wytworzono przez pokolenia trafiło w ręce nielicznych. A ci nieliczni nie mają litości dla przegranych. Eksmisje z bloków zakładowych, z reprywatyzowanych na podstawie wątpliwych kwitów kamienic, gigantyczne nadużycia przy ściąganiu długów, egzekucja komornicza, która nie liczy się z żadnymi, nawet tymi brutalnymi regułami gry, które obowiązują.

I wreszcie finał. Oboźna 7 w Warszawie, eksmisja 22 rodzin na bruk oraz zgony dwóch osób w piwnicy tego budynku to jest pana. Woźniaka – zmarł w lipcu w 2009 r. w piwnicy na betonie, w brudzie i bez ogrzewania. W 2011 r. drugi eksmitowany – Andrzej Karwowski lat 63 z lokalu Nr 67 eksmitowany do piwnicy w dniu 22 września 2010 r. Zmarł prawdopodobnie we wtorek lub w piątek 16 marca – 18 marca. Na interwencję przyjechała straż miejska, pogotowie i policja, gdy rodzina nie mogła się dostukać do piwnicy (relacja Maryli Woźniak z lok 62). Według relacji pani Maryli z 20.3.2011 r. pan Karwowski miał ciężki oddech już we wtorek, gdy z nim rozmawiała.

Biedni, ograbieni z dorobku całego życia ludzie w Polsce są traktowani jak nielegalni imigranci, jak przestępcy. Przestępcy rządzą. Nieliczni jeszcze walczą, reszta przegrywa albo emigruje.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-23 08:45:11

Krzywa wzrostu i biedy

Piotr Ikonowicz:

Krzywa wzrostu i biedy

Pracownikom madryckiego metra zapowiedziano obcięcie płac o 5%. Związki zawodowe zwołały wiec. Siedem i pół tysiąca pracowników zebranych na wiecu postanowiło strajkować. Metro zamarło. W Warszawie pani Agnieszce pracodawca zaproponował obniżkę pensji o tysiąc złotych, czyli o 50%. Pani Agnieszka odmówiła. Zwolniono ją. Nie należy do żadnych związków zawodowych. W Grecji odbywa się kolejny strajk generalny przeciw polityce cięć wydatków socjalnych. Ulice są pełne demonstrantów. Knajpki, kafejki, restauracje są pełne demonstrantów. Grecja, Hiszpania to kraje ogarnięte kryzysem. Mają duże kłopoty z deficytem budżetowym. Polska to kraj wzorowy. Polacy nie strajkują. Pracują od świtu do nocy. Zdecydowana większość nie jeździ na urlopy. Po pracy idą do domu, żeby zdążyć się wyspać przed następnym kilkunastogodzinnym dniem pracy. Nie stać ich na jedzenie poza domem. Nie stać ich na strajki, nie stać ich na życie. Są smutni, martwi, burkliwi i samotni. I tą postawą zapewniają, że krzywa wzrostu rośnie. Hiszpanie i Grecy swój kryzys i swoje protesty i strajki omawiają wieczorami w pełnych radosnego gwaru barach. Oni żyją. A my? My mamy wzrost.
Kiedy jest bieda bogaci zwykle usiłują zaciskać pasa biednym. Na Zachodzie Europy biednym się to nie podoba, więc się buntują. Na Wschodzie jesteśmy jak pani Agnieszka. Nie stać nas na bunt, bo każdy jest sam, osobno spożywa żelazne racje, jakie mu przydziela jaśnie państwo zatroskane kryzysem i nadmiernym deficytem. Bo najłatwiej zabrać słabemu, choćby po to, żeby silni i potężni nie musieli sobie odejmować kawioru od ust.
Bogaci mówią biednym, że nie stać nas na rozdawnictwo i dalej garną do siebie ile się da. Logika tej manipulacji jest prosta. Ilekroć pieniądze trafiają do kieszeni ludzi zamożnych stają się bodźcem rozwoju gospodarczego, przedsiębiorczości. Te w kieszeni pracownika to czynnik podnoszący koszty pracy i zmniejszający konkurencyjność gospodarki. Nic tak nie hamuje wzrostu gospodarczego i ducha przedsiębiorczości jak przyzwoite płace. Niskie płace natomiast zachęcają inwestorów i są dźwignią wzrostu. Każda złotówka wydana na pomoc bezrobotnym, biednym, chorym, samotnym matkom i wielodzietnym rodzinom to gwóźdź to trumny rozwoju kraju. Bo nie wolno ludzi rozleniwiać. Zawsze mogą podjąć na czarno pracę za stawkę niższą od płacy minimalnej. Taka niewolnicza praca jest szczególnie pożyteczna, bo daje przedsiębiorcom upragnioną konkurencyjność. Ale rozpieszczeni socjalem będą się bezczelnie domagać umów, płatnych urlopów, i wyżej opłacanych nadgodzin. Dopiero gdy obetniemy „przywileje socjalne” ludzie zrozumieją jak wielkim przywilejem jest możliwość podjęcia jakiejkolwiek pracy, na dowolnych warunkach za dowolną płacę wypłacana niekoniecznie regularnie. I to się sprawdza, to daje wyniki. My mamy wzrost, a oni nie. Polska biedą i wyzyskiem stoi. Polityka ograniczania środków na pomoc społeczną nie wynika wyłącznie, ani przede wszystkim ze szczupłości środków budżetowych. Jest ona pochodna polityki dyscyplinowania siły roboczej, która nie mając żadnej alternatywy musi przyjąć każde nawet najbardziej niekorzystne warunki zatrudnienia i przyczyniając się do wzrostu wydajności opartego na wyzysku.
Zwolnienie najbogatszych z opłacania ZUS-u od zarobionych pieniędzy powyżej określonej kwoty, to bodziec pro-rozwojowy, podobnie jak ulgi podatkowe dla tych, którzy mogą na siebie wydać środki, aby je następnie odpisać od podstawy opodatkowania. Natomiast zniżka na przejazdy koleją dla ubogiego emeryta czy studenta, to już w języku liberalnej propagandy przywilej socjalny, który należy eliminować dla dobra kraju i jego wzrostu gospodarczego.
Niewątpliwie budowa piramid była sukcesem faraonów i kapłanów starożytnego Egiptu. Niemały też udział w tym sukcesie mieli ciągnące bloki kamienne niewolnicy. Do dziś podziwiamy dokonania cywilizacji Egiptu i pamiętamy nazwiska faraonów, których doczesne szczątki kryją te imponujące budowle. Tylko bezpośredni autorzy, niewolnicy poszli w zapomnienie. Podobnie będzie z panią Agnieszką. W końcu będzie musiała pójść do pracy za nędzne wynagrodzenie, zapewne na czarno. A owoce jej wysiłku skonsumuje Tusk i spółka chwaląc się w Brukseli wskaźnikiem wzrostu i zachęcając inne kraje do pójścia polską drogą. A będzie rosła krzywa wzrostu i biedy.

Piotr Ikonowicz


Źródło
Opublikowano: 2013-08-21 09:53:11

Hołownia: Lekarzu, zmień zawód

Anka Górska:

Dodałabym jeszcze, że coraz częściej udanie się do lekarza jest swoistą formą rosyjskiej ruletki – trafię na takiego, który coś wie i leczy, czy takiego, który realizuje kontrakt z nfz…

Hołownia: Lekarzu, zmień zawód

W pierwszym dniu wypadu w Podkarpackie potykam się na schodach. Noga puchnie, ból, coraz trudniej chodzić. Nazajutrz ruszam po pomoc, szpital nosi imię Jana Pawła II. Kuśtykam na SOR. Pod sufitem plansze: „Twoje zdrowie naszą misją”.

Źródło
Opublikowano: 2013-08-21 08:50:42

George Orwell w polemice z F.A. Hayekiem:

Piotr Ikonowicz:

George Orwell w polemice z F.A. Hayekiem:

Profesor Hayek nie dostrzega albo nie chce dostrzegać, że powrót do "wolnej" konkurencji oznacza dla wielkiej grupy ludzi tyranię gorszą – bo jeszcze bardziej nieobliczalną – niż tyrania państwowa. Kłopot z konkurencją polega na tym, że ktoś w niej wygrywa. Profesor Hayek zaprzecza jakoby kapitalizm prowadził w sposób nieunikniony do monopolu, ale praktyka pokazuje, że tak właśnie jest. Ponieważ znaczna większość woli dyscyplinę państwową od kryzysów gospodarczych i bezrobocia, będziemy nadal dryfować w stronę kolektywizmu, jeśli tylko opinia publiczna będzie miała w tej sprawie coś do powiedzenia.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-19 11:11:17

Ku nowej partii lewicy

Piotr Ikonowicz:

Ku nowej partii lewicy

Najłatwiej napisać odezwę, spędzić kilkaset osób, zawołać dziennikarzy i ogłosić, że oto powstał nowy byt polityczny. Jednak przeciętny odbiorca dostrzeże w tym wydarzeniu jeszcze jedną grupę chętnych do życia kosztem podatnika i pchania się do żłobu. I będzie miał rację. Lewica tak nie powstaje. Lewica powstaje na blokadach eksmisji, w sądach gdzie broni się ludzi przed krzywdą, eksmisją, nieuzasadnioną windykacją, lichwą. Lewica wykuwa się na marszach pustych garnków, podczas których lokatorzy protestują przeciw drakońskiej podwyżce czynszu. Na ulicy gdzie młodzi aktywiści zbierają podpisy pod petycją cofającą podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. W proteście przeciw inwestycji deweloperskiej, która odbiera mieszkańcom, park, przedszkole, plac zabaw. Budowanie lewicy to tysiące godzin spędzonych przed komputerem i w bibliotekach aby zaproponować nowe rozwiązanie prawne w sprawach socjalnych, mieszkaniowych, zdrowotnych czy edukacyjnych. Lewicę tworzy młoda grupa lewicowych dziennikarzy, którzy z niczego tworzą gazetę, za głodowe a często żadne pieniądze, tworzą kolejne portale internetowe, dzięki którym kto chce to się dowie gdzie i w jakiej sprawie dotyczącej kraju, świata, społeczeństwa, kłamią media głównego nurtu, korporacyjne telewizje i państwowa tuba propagandowa.
Tysiące ludzi w Polsce, mimo niechętnego stosunku władz samorządowych, szykan i represji, biedy i braku zainteresowania mediów tworzą w pocie czoła tkankę społeczną, ruch który postawi tamę wyzyskowi, wykluczeniu społecznemu, oszustwom elit, które pasożytują na zwykłych ludziach. Ci współcześni Judymowie i Siłaczki nie wierzą politykom, starając się przeciwstawić ich kłamliwym słowom swoje prawdziwe czyny. Cała ta energia, którą społecznicy wkładają w walkę o likwidowaną szkołę, szpital, miejsca pracy, godną płacę czy dach nad głową, z pewnością nie idzie na marne, bo część tych walk bywa zwycięska. W Krakowie obroniono wiele szkół. W Poznaniu udało sie ocalić część lokatorów przed czyścicielami kamienic, którzy wylądowali w końcu na ławie oskarżonych, a i my w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej wygrywamy większość naszych walk o ocalenie rodzin przed nędzą i bezdomnością. Wszystko to jednak nie składa się jeszcze na alternatywę dla chorego, nieludzkiego systemu politycznego, w którym społecznicy zastępują państwo, a państwo zawsze staje po stronie silniejszego przeciwko słabszemu, biednemu, choremu, sponiewieranemu i oszukanemu obywatelowi.
Niedawno Leszek Miller zwołał na stadionie narodowym naradę aktywu, który wprawdzie rozprawiał o ważnych kwestiach społecznych i gospodarczych, ale bez ambicji dokonania zmian głębokich, systemowych. Uczestnicy tamtego spotkania myślą głównie o wyborach, a nie o przemianie społecznej. O tym jak bardzo jest prawdopodobne, że słuszne skądinąd postulaty pójdą po tych wyborach w zapomnienie, świadczy fakt, że SLD i jego liderzy, a nawet, jak wynika z badań, wyborcy Sojuszu pragną dojść do władzy za cenę sojuszu z PO i Donaldem Tuskiem. Wszystko pod hasłem nie dopuszczenia do władzy PiS-u. Jednak im bardziej staje się oczywiste, ze głos oddany na SLD utrzyma przy władzy obecną ekipę tym większe szanse ma prezes Kaczyński na ostateczny sukces.
Polska, ten dziwny kraj biednych ludzi bez wyrazistej lewicy na scenie politycznej, może jednak się zmienić, kiedy poprawiacze świata, marzyciele i społecznicy uwierzą, że większość krzywd i niesprawiedliwości z którymi na co dzień walczą można rozwiązać wyłącznie na drodze politycznej. Bez charyzmatycznych przywódców, partyjnych szyldów, ruch sprzeciwu i społecznej wrażliwości może wkroczyć na scenę i wyprzeć z niej karierowiczów i cwaniaków. W końcu ludziom, którzy na co dzień pomagają innym zamiast tylko gadać ludzie łatwiej uwierzą. To społeczni praktycy mają wiedzę jak zmienić prawo i politykę państwa, aby większości obywateli żyło się w miarę znośnie. Dlatego już tej jesieni spróbujemy zorganizować takie spotkanie, na którym będziemy mówić o sposobie domknięcia budżetów domowych, ubezpieczenia od bezrobocia, polityki społecznej umożliwiającej zakładanie rodziny i posiadanie dzieci, potanienia tych składników kosztów utrzymania, które zależą od władzy publicznej. Będziemy szukali sposobu uczynienia państwa sojusznikiem ruchów i organizacji społecznych oraz zawodowych, a nie wrogiem wspierającym wyłącznie korporacyjne interesy. W naszym kraju brakuje bowiem partii, ruchu politycznego i społecznego, który reprezentowałby niezamożną większość obywateli, którzy stracili, a nie zyskali na transformacji ustrojowej. Wymaga to kolejnej takiej transformacji w kierunku, który wyznacza wyrażona w badaniach opinii publicznej wola ludzi. I dopiero wtedy większość wygra wybory. Demokracja zacznie działać. A Polska zgodnie z wolą większości będzie Polską socjalną i obywatelską. Gdzie zamiast prywatyzować zyski i nacjonalizować straty, zaczniemy robić dokładnie odwrotnie.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-16 11:25:13

Karuzela

Piotr Ikonowicz:

Karuzela

Zatrudnianie lub zwalnianie kogoś ze stanowiska według klucza partyjnego określano kiedyś mianem nomenklatury. W PRL funkcjonowała taka karuzela stanowisk. Rzucano takiego sprawdzonego towarzysza na resort przemysłu chemicznego i koleś chrzanił co tylko mógł, bo pojęcia nie miał ani o chemii, ani o przemyśle, znał się za to na aktualnej linii partii. Na błędach jednak ludzie się uczą i po kilku latach kiedy już się zaczynał jako tako orientować czym kieruje przenoszono go do innego resortu, a na chemii zaczynał się „poznawać” kolejny wypróbowany towarzysz. Miasto sięga tak daleko, jak kolektor ścieków, dalej szambo i wiocha. Podobnie jest z naszymi partiami; mają tylu członków, ile stanowisk za nasze podatki mogą obsadzić. W samorządzie partyjny „gabinet cieni” sięga sprzątaczek i woźnych w szkołach. Wyrzucanie, zwłaszcza po kilku latach „pisiorów” ze stanowisk zwykle nie służy zastąpieniu zwolnionego fachowcem, tylko „swoim”, który znów się będzie uczył na błędach. Warto więc może sprawdzać nie tylko legitymację partyjną ale i dokonania oraz kwalifikacje dymisjonowanego. Bo ta kuźnia kadr, jaką są państwowe i samorządowe posady jest za nasze, obywateli pieniądze. Skoro więc „pisiory” mają iść na odstrzał, to niech idą tylko ci szczególnie nieudolni, a wtedy może PIS pójdzie po rozum do głowy i po przejęciu władzy pozostawi na stanowiskach paru funkcjonariuszy z PO, którzy akurat coś już potrafią. Kto wie, może taką metodą prób i błędów partyjnej kadry dorobimy się jakiejś służby cywilnej?
Władza jest arogancka kiedy czuje za sobą poparcie partyjnej centrali. Z kolei partie w swej polityce kadrowej kierują się logiką wzajemnych przysług i poparć, a nie dobrem tych, którzy ten nieustający bankiet fundują. Jednak jeżeli „pisior” sprawujący swą funkcje pod rządami PO okaże się sprawny i dobrze oceniany przez obywateli, na których sprawy ma wpływ, wówczas szaleństwem jest zastąpienie go „swoim” gorszym. Bo mimo swej niesłusznej przynależności partyjnej obiektywnie działa w interesie aktualnej władzy. Ludzie bowiem nie znają przynależności partyjnej funkcjonariuszy, za to orientują się kto aktualnie rządzi. To jednak wymagałoby od partii politycznych stworzenia jakiegoś mechanizmu konsultacji z samymi zainteresowanymi. Z obywatelami. Żelazną miotłę czas zakopać.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-16 11:14:27

Piotr Guział mówi w rozmowie z Trybuną o Platformie Obywatelskiej, której odebrał władzę na warszawskim Ursynowie:

Piotr Ikonowicz:

Piotr Guział mówi w rozmowie z Trybuną o Platformie Obywatelskiej, której odebrał władzę na warszawskim Ursynowie:

(…) oni są przykładem władzy butnej. Oburzają się, jeśli wyborcy maja inne zdanie, a jakikolwiek obywatelski protest jest odbierany jako obraza majestatu. To jest taka dziwna strategia: im więcej protestów ze strony obywateli, tym więcej determinacji z ich strony, żeby wprowadzać na siłę nawet najbardziej szkodliwe rozwiązania i w żadnym przypadku w niczym nie ustąpić. Przede wszystkim jednak są kompletnie odizolowani od obywateli. Prowadzą rządy zza biurka, co w samorządzie już najbardziej nie ma sensu, bo w ten sposób dopiero na etapie wprowadzenia decyzji w życie dowiadują się komu, dlaczego i jak bardzo szkodzą

– mówi burmistrz Ursynowa, który twierdzi, że gdyby został wybrany prezydentem Warszawy to najpierw zajmie się uporządkowaniem spraw finansowych miasta.

(…) w ogóle w warszawskim ratuszu ma się obywateli w nosie, bez względu na ich status ekonomiczny. Każda dzielnica jest inna. Na Ursynowie ludzie mają wiele potrzeb związanych z wypoczynkiem po pracy. (…) Natomiast na Pradze bardzo dużo dzieciaków nie może otrzymać pomocy żywnościowej, chociaż tego potrzebują. (…) problem z pieniędzmi w tak zamożnym mieście jak Warszawa wynika z tego, że źle się nimi zarządza. To nie jest tylko kwestia decyzji, w co się inwestuje budżetowe pieniądze – chociaż to jest oczywiście bardzo ważne – ale także, jak się te inwestycje realizuje

– mówi Guział.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-15 19:54:02

Leczyć wszystkich!

Piotr Ikonowicz:

Leczyć wszystkich!

Rząd twierdzi, że prawie wszyscy w Polsce mają ubezpieczenie zdrowotne. Jest jednak jakaś ciemna liczba tych, którzy zostali na przykład wykreśleni z ewidencji w Urzędzie Pracy bo się zapomnieli "odhaczyć", ci, za których nieuczciwi pracodawcy nie odprowadzają składek, zatrudnieni na czarno. Najbardziej skandaliczna jest sytuacja bezdomnych dzieci. Przepis mówi, że jeżeli bezdomna kobieta urodzi dziecko, to nie można mu nadać numeru PESEL. Takiego dziecka nie można bezpłatnie nawet zaszczepić. Mój syn miał przerwę w nauce i zarejestrował się jako bezrobotny. Nie poszedł raz do urzędu pracy i wykreślono go z rejestru na sześć miesięcy. W ten sposób stracił ubezpieczenie zdrowotne. Ponieważ jest chory na astmę musimy płacić horrendalne sumy za jego leki. Odmowa leczenia osoby nie ubezpieczonej, czy wypisania zniżkowych leków dla wielu ludzi oznacza pogorszenie stanu zdrowia, a nawet śmierć. Skoro jednak, jak twierdzą władze takich pechowców bez ubezpieczenia jest niewielu, zasada w myśl której nie świadczy się usług medycznych nie ubezpieczonym – jest bezsensownym okrucieństwem. Polskę stać na powołanie funduszu, z którego pokrywano by koszty leczenia tej grupy, która z jakichś nie ma ubezpieczenia. Coś na wzór funduszu alimentacyjnego. Jeżeli jest to wina pracodawcy fundusz mógłby ściągać nie wpłacone składki tak jak alimenty z nie płacących rodziców. Resztę pokryją podatnicy. Jeżeli są prawdziwe szacunki NFZ, że liczba osób, za które pracodawca opłaca składkę na ubezpieczenie zdrowotne oraz członków rodzin korzystających z ubezpieczenia, wynosi 37 milionów 400 tysięcy, to liczba nie ubezpieczonych to około 1 milion osób. Trudno założyć, że wszyscy ci ludzie naraz zachorują. Nie chodzi więc o problem ekonomiczny czy finansowy, tylko o brak pomyślunku i wrażliwości. Nie ubezpieczeni są zwykle ludzie ubodzy, którzy nie maja środków na prywatne leczenie. Kraj, w którym ludzie nie są leczeni i szybciej umierają tylko dlatego, że są biedni to kraj Trzeciego Świata.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-12 07:55:54

System obalimy z nudów

Piotr Ikonowicz:

System obalimy z nudów

Nie zawsze należy się przedzierać aż do samego końca. Przecież można tak wiele napotkać po drodze.
Elias Canetti
Staliśmy się dla siebie nawzajem okrutni, obojętni, wrodzy, obcy. A przede wszystkim nie mamy czasu dla innych ludzi. Ledwie znajdujemy czas dla własnej rodziny. Gdy pytamy: Co słychać? Wcale nie oczekujemy odpowiedzi i gdy ktoś zaczyna coś opowiadać o swych przeżyciach, obojętne, dobrych czy złych, jesteśmy zniecierpliwieni. Nasze życie stało się torem przeszkód, na którym liczy się czas, w którym go pokonujemy. Ale nawet wtedy, kiedy nic nas nie goni, kiedy mamy czas, skąpimy go innym, bo mamy nawyk śpieszenia się. Ile razy widuję człowieka trąbiącego na wszystkich na drodze, jeżdżącego po mieście z piskiem opon, aby wreszcie dopaść kanapy we własnym domu i nudzić się przed telewizorem.
Ale życie nie kończy się olimpiadą, na której mamy zdobyć złoty medal, tylko śmiercią. To wszystko co po drodze, w dzikim pędzie tracimy nie wróci. Jest stracone. Tymczasem większość ludzi, którzy mniej lub bardziej świadomie rezygnują z wzajemnych kontaktów, cierpi z powodu samotności. Pustki spowodowanej brakiem kontaktu i prawdziwej rozmowy z bliźnim, nie wypełnią zakupy, obżarstwo, telewizja z wszechobecną zbrodnią popełnianą na terenie Stanów Zjednoczonych. Owszem zdarza się jeszcze, że ludzie kupują w małym prywatnym sklepiku, gdzie przy okazji nabywania włoszczyzny czy jajek toczy się prawdziwa rozmowa. Rzadko jednak prowadzą ją ludzie młodzi. Zwykle emeryci, dla których jest to wydarzenie towarzyskie. Często jedyne danego dnia.
To samo milczenie dotyczy rodziny. Małżonkowie amerykańscy poświęcają 17 minut tygodniowo na rozmowę, przy czym większość czasu zajmuje problematyka wspólnego gospodarstwa domowego. Polacy plasują się, według szacunków lingwisty prof. Zbigniewa Nęckiego, tuż obok Amerykanów.
Według danych CBOS, najwięcej czasu w rozmowach dorosłych z dziećmi zajmują potrzeby materialne! Kryzys w budowaniu więzi, przejawiający się w nieumiejętności rozmowy o tym, co czuję, myślę, zaczyna się w domu, od rodziców, którym brak czasu i ochoty na rozmowę z dziećmi, którzy również nie rozmawiają ze sobą. Wspólny obiad rodzinny to przeżytek, to wielkie święto. Każdy je w swoim kącie i o innej porze albo wynosi talerz przed telewizor.
Brak rozmowy to brak więzi rodzinnych i społecznych. Organ nie używany zanika. Coraz więcej ludzi dorosłych, a nawet wykształconych ma problem z jasnym wyrażaniem uczuć i myśli. Częściowo wynika to też z nie czytania książek. Kultura współżycia jest bowiem w dużej mierze zależna od obcowania z kulturą literacką właśnie. To milczenie, które nas dobija to znak „nowego wspaniałego świata”. Rozkwit głębokich rozmów przypadł w Polsce na czasy wojny i PRL. Współczesne Polaków rozmowy istnieją głównie w nocnych audycjach lub w talk-show, bo w życiu codziennym, po pierwsze, szkoda nam czasu, a po drugie, nie potrafimy już rozmawiać o ważnych sprawach. Wolimy cudze wzruszenia, bo własnych często nie umiemy doświadczyć.
Bardzo często odzywamy się do siebie zwrotami zapożyczonymi z reklam. Robimy to nierzadko z uśmiechem, zaznaczając w ten sposób, jak bardzo się dystansujemy od reklamowej sztampy. Ale w rzeczywistości jest to proteza, na którą ludzie , którzy schamieli, nie chodzą do teatru, nie czytają, nie rozmawiają, są skazani. W młodości, w czasach liceum rozmawialiśmy ze sobą zwrotami zapożyczonymi z „Ferdydurke” Gombrowicza, „Wesela” Wyspiańskiego czy jakiejś innej lektury, typu „Paragraf 22”, która akurat była modna.
Czasy są ciężkie, ludzie gwałtownie ubożeją. A im są biedniejsi tym bardziej skazani na czekanie, w kolejce do lekarza, wysiadywanie długich godzin w pociągach, autobusach i tramwajach w drodze do i z pracy. Im są mniej kulturalni, wykształceni tym bardziej cierpią. Zabija ich nuda. Nuda, która wynika z obracania się w kręgu najprostszych pojęć. Takich jak pieniądze, jedzenie, drobne naprawy, pogoda. Coraz rzadziej można spotkać człowieka, który podczas podróży lub przymusowej bezczynności wynikającej z oczekiwania na coś lub kogoś zagłębiają się w lekturze. A im mniej czytają, im mniej prowadzą istotnych rozmów zamiast gadki o tym co będzie na obiad (ulubiony temat w więzieniach i szpitalach) tym mniej mają do powiedzenia, więc tym więcej milczą i nudzą się.
Takie właśnie ludzkie stado hodowane do pracy i konsumpcji, które nie rozmawia, nie myśli, nie zadaje pytań, umożliwiło budowę niesprawiedliwego systemu opartego na wyzysku, w którym bogaci się bogacą, biedni biednieją. Bezmyślność, która rodzi jednomyślność umożliwiła rynkowy, neoliberalny totalitaryzm.
Ale przychodzi kiedyś taki moment, kiedy cierpienie, samotność, nuda stają się nie do zniesienia i wtedy ludzie tworzą „masę”. Zjawisko to opisuje Elia Canetti: „ …podziały znikają i wszyscy czują się równi. W zwartej masie, gdzie między jej członkami nie ma wolnego miejsca, gdzie ciało przyciska się do ciała, jeden jest równie bliski drugiemu jak samemu sobie. Ulga z tego powodu jest ogromna. Ze względu na tę szczęśliwą chwilę kiedy nikt nie jest czymś więcej, nikt nie jest lepszy niż inni, ludzie łączą się w masę”. A masa wiele potrafi zmienić.


Źródło
Opublikowano: 2013-08-02 09:22:52