Ruch wolnych ludzi

Piotr Ikonowicz:

Ruch wolnych ludzi

Rząd się nie myli nigdy, ale na wszelki wypadek jak ognia unika pytania się o zdanie społeczeństwa. Może dlatego, że społeczeństwo w takich sprawach jak system edukacji (sprawa sześciolatków, czy likwidacji szkół), prywatyzacji, wojny w Afganistanie ma inne zdanie niż rząd. Zatem musi się mylić. W tej sytuacji referendum, jako instrument demokratyzacji państwa zawłaszczonego przez partie rządzące, nie może jakoś się odbyć. Nawet wtedy, kiedy prosi o nie milion obywateli. Dlaczego? Bo partia, która liczy sobie w porywach dwadzieścia- trzydzieści tysięcy osób, żyjących zwykle z naszych podatków – mówi nie, bo nie. Władza nie ufa w mądrość społeczeństwa, obywatele nie ufają władzy, ale na szczęście dla rządzących ci obywatele nie mają nic do powiedzenia. I ten system nazywa się w Polsce demokracją. Im bardziej demokracja przedstawicielska zawodzi jako mechanizm odzwierciedlający interesy i przekonania większości Polek i Polaków, tym zacieklej władza zwalcza mechanizm demokracji bezpośredniej, odrzucając kolejne wnioski o referendum. I nie ma tak naprawdę partii, która byłaby w stanie w tym zasadniczym sporze o prawo do samostanowienia ludzi stanąć po stronie obywateli. Partie wspierają wnioski i referenda tylko wtedy, kiedy jest to dla nich wygodne. Nikt bowiem nie chce wystawiać swoich poglądów pod osąd publiczny. Partia, która w sposób pryncypialny poparła by każdy wniosek o referendum, uznała by tym samym demokratyczną zasadę ludowładztwa. Partia, która walczyła by w kampanii referendalnej o zgodny z jej programem wynik głosowania, mogłaby nie tylko udrożnić system demokratyczny, ale i przejąć władzę w państwie, uzyskując mocny mandat do rządzenia. I do takiej partii chętnie przystąpię, a jak trzeba zrobię wszystko, aby ona powstała. Na razie ukształtowany po 1989 roku system partyjny prowadzi do wyłonienia rządów, które – wbrew woli większości – wprowadzają kolejne trudne, antyspołeczne reformy.
Przez osiem lat siedzieliśmy w piwnicy na warszawskim Grochowie i pomagaliśmy jako Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej biednym ludziom wychodzić kłopotów. Uczyliśmy się ich problemów. Przechodziliśmy najlepszy z możliwych kurs edukacji obywatelskiej. Poznawaliśmy rzeczywistość od strony, od której nie znają i chyba nie chcą jej znać politycy parlamentarni. Dlatego mieliśmy odwagę zrobić następny krok i rozpocząć budowę ugrupowania, które upomni się o te część społeczeństwa, a jest to z pewnością większość, z którą nie liczy się władza ani ustawodawcza, ani wykonawcza. Nie liczy się z ich interesami ani z ich opiniami. I wszystko jedno czy chodzi o politykę zagraniczną, edukację sześciolatków, eksmisje na bruk, czy system podatkowy. Zasadą jest ignorowanie zdania większości i rządy uprzywilejowanej mniejszości.
Ruch Sprawiedliwości Społecznej to próba oddolnej samoorganizacji obywateli wykluczonych z najważniejszej funkcji w państwie, współdecydowania o własnym losie. Organizujemy tych, którym pensja nie wystarcza na utrzymanie rodziny, tych którzy toną w długach, tych którzy pracują w pocie czoła, żeby Donald Tusk mógł jeździć na szczyty europejskie i chwalić się sukcesem gospodarczym, którego owoce konsumują pozbawione serca elity władzy i pieniądza.
Każdy kto czuje, że w Polsce potrzebny jest przełom i kto tu i teraz chce walczyć z niesprawiedliwością może do niej przystąpić. Nie jesteśmy dogmatykami, nie posiedliśmy uniwersalnej prawdy o świecie, ale umiemy patrzeć i liczyć. Widzimy inne kraje europejskie, w których obywateli traktuje się lepiej, w których dochód narodowy dzielony jest sprawiedliwiej, gdzie różnice społeczne nie są tak ogromne i samo to porównanie wyznacza nam kierunek działania. Są wśród nas ludzie o bardzo różnych wizjach przemiany społecznej, ale dla każdego jest miejsce, bo zamierzamy się pięknie różnić, a nie wymuszać jedność i podporządkowanie się "jedynie słusznej linii partii". Istniejące dziś na scenie politycznej ugrupowania łączy leninowska zasada "centralizmu demokratycznego" My tę zasadę odrzucamy i stawiamy na wielonurtowość, bogactwo myśli i idei. Dyskusję i jedność w działaniu. Działaniu na rzecz wspólnot lokalnych, walk pracowniczych, związkowych, w obronie pokrzywdzonych jednostek i grup zawodowych. Działaniem w obronie słabszych, a nie pustymi obietnicami będziemy sobie zjednywać zwolenników, aż przyjdzie dzień kiedy zwykli zastraszeni przez system, zgnębieni codzienną walką o byt obywatele uznają nas za narzędzie w walce o swoje interesy, których przez 23 lata transformacji nikt z polityków nie dostrzegał choć wiele na ten temat kłamano w czasie kampanii wyborczych.
Jesteśmy za równością, bo nadmierne różnice majątkowe to zniewolenie ubożejącej większości społeczeństwa. I tylko niwelowanie tych różnic uczyni ludzi wolnymi. Wolnymi od strachu, wyzysku i biedy.


Źródło
Opublikowano: 2013-12-13 10:30:05

WestJet Christmas Miracle: real-time giving

Anka Górska:


widzieliście to?
https://www.youtube.com/watch?v=zIEIvi2MuEk
wielu powie, że to po prostu reklama linii lotniczych i paru szczęśliwcom zdarzyło się coś wyszarpać od bogatego.
ale ja myślę, że ci, którzy dostali te prezenty poczuli coś więcej niż tylko bycie trybikiem w reklamowej machinie. może znowu zaczną pisać listy do Św. Mikołaja? może znowu uwierzyli, że warto marzyć, choćby tylko o skarpetach i bieliźnie?
mówię Wam, warto

dobrego dnia!


Źródło
Opublikowano: 2013-12-12 09:43:17

Mój wywiad w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej

Piotr Ikonowicz:

Mój wywiad w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej

Piotr Ikonowicz: "Muszę się trochę kurczyć "

Zapytałem kiedyś na klubie SLD, dlaczego nie zajmujemy się biednymi. I uzyskałem od Krzysia Janika bardzo treściwą odpowiedź: "Bo oni nie głosują". Z Piotrem Ikonowiczem rozmawia Grzegorz Sroczyński
Dzieci?

– Czworo. Julka, Karol, Karolina. I jeszcze Paweł – mój przybrany, syn Agaty.

Julka jest w Kraju Basków. Tam, gdzie mieszka, nie można odczytać żadnej nazwy banku, bo ciągle są zamazywane. Nie lubią tam banków. Kiedy w kryzysie zaczęły się samobójstwa z powodu eksmisji, to samorządy baskijskie przeniosły pieniądze publiczne do tych banków, które nie eksmitują. Inny świat.

Co Julka tam robi?

– Skończyła w Madrycie szkołę dla pracowników socjalnych, zajmuje się dziećmi imigrantów. Ostatnio przez dwa miesiące opiekowała się Muną, dziewczynką z Sahary Zachodniej. Kiedy Muna dostanie ciastko, to odłamuje połowę i oddaje innemu dziecku spotkanemu na ulicy. Tak samo dzieli się kieszonkowym. Ma obyczaje ludzi biednych.

Ludzie biedni się dzielą?

– Empatia rodzi się z wyobraźni. Jeżeli nigdy nic podobnego mnie nie spotkało, to ja to odrzucam. Uważam, że biedy nie ma. Albo że jest zawiniona.

Zawiniona?

– To powszechne przekonanie wśród polskiej klasy średniej: biedni są sami sobie winni, bo leniwi i niezaradni. Jeśli za wszelką cenę chcę wierzyć, że to, co mam, słusznie mi się należy i nie zamierzam się z nikim dzielić, to wygodnie uznać, że tamci nie mają, bo się nie postarali. Wtedy mój świat jest poukładany. Znika poczucie winy. Ten mechanizm działa zwłaszcza wśród naszych elit, które się nachapały.

Już zaczynasz…

– Co zaczynam?

Mówić Kaczyńskim.

– Dlaczego mam brzmieć inaczej? Za dużo złodziejstwa widziałem.

Wszyscy kradną. To znam.

– Wy nic nie rozumiecie. Nic. I sprowadzacie wszystko do populizmu, który potem wyśmiewacie. Tymczasem na dole wzbiera ludowa skarga na państwo, które jest niesprawiedliwe. Dla wielu grup społecznych Polska jest złą macochą. Poczytaj sobie własną "Gazetę": teksty Żytnickiego o poznańskich czyścicielach kamienic. Albo o pracodawcy, który zamiast wypłacić pensję, bije pracownika. To nie są incydenty. Do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, którą prowadzimy z Agatą, ciągle zgłaszają się ludzie z podobnymi kłopotami.

Biedak za niespłacenie pożyczki idzie siedzieć na podstawie oskarżenia o wyłudzenie kredytu. Natomiast pracodawca, który go zatrudnił na czarno i potem nie wypłacił półrocznej pensji, nie siedzi. "Więzienie to miejsce dla głupich i biednych" – powtarzał facet, z którym ostatnio siedziałem w jednej celi. Usłyszał tę sentencję od policjanta, który go doprowadzał do aresztu.

To wszystko jest klasowe.

Klasowe?

– Sędzia poluje i gra w brydża z miejscowym biznesmenem, który trzęsie miastem. I ten sędzia ma instynkt klasowy. Kiedy widzi przed sobą człowieka, który ma być eksmitowany na bruk za niepłacenie czynszu, to nie czuje z nim żadnej wspólnoty. Nie będzie się w jego sprawę zagłębiał, bo należy do innego środowiska. To jest jeden z głównych mechanizmów polskiej niesprawiedliwości. Kulturowy. "Nie mam takich znajomych". Klasy społeczne w Polsce przestają się znać i rozumieć.

Napisaliśmy ostatnio projekt nowelizacji kodeksu pracy, żeby pracownik nie był karany za zatrudnienie się na czarno, lecz jedynie pracodawca. Teraz jest tak, że ludzie oszukani przy wypłacie boją się poskarżyć, państwo czyni ich wspólnikami własnych ciemiężców. Nad projektem dyskutowano na posiedzeniu klubu Palikota, wszystko pięknie. Ale potem idziemy na papierosa i jeden z posłów mówi na boku: "Kurcze, Piotrek, ja nie znam żadnego pracownika, wszyscy moi znajomi to pracodawcy. Zabiją mnie, jeśli to poprę".

Co to za facet kręci się po twoim mieszkaniu?

– Stefan.

Rodzina?

– Nie. Oni z nami tylko mieszkają. Stefan, Natalia i ich jedenastoletnia córka Małgosia.

Dlaczego?

– Stracili dom, wylądowali z dzieckiem w noclegowni we wspólnej sali, więc opieka zagroziła, że zabierze Małgosię do bidula. Wtedy uciekli i zaczęli nocować we trójkę w samochodzie z włączonym silnikiem. Tak trafili do nas.

Nie mogli zarobić i czegoś sobie wynająć?

– Zarabiają. On rozwozi obiady, a ona jest opiekunką. Ale z dochodów nie udałoby się wynająć mieszkania na wolnym rynku i przeżyć, kupić jedzenia. Zatrudnienie dające jako taki zarobek wymaga zameldowania. Jak masz w dowodzie brak meldunku – a oni tak mają – to dostajesz najgorsze prace po 5 złotych za godzinę. Poza tym oboje są pod pięćdziesiątkę, ludzi w tym wieku rzadko zatrudnia się w Polsce za przyzwoite stawki.

Od dawna są w twoim mieszkaniu?

– Już rok. Ale to nie jest moje mieszkanie.

Agaty?

– Też nie. Jadę na jednym wózku z moimi klientami z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej i nie mam mieszkania. Różnica jest taka, że mogę zarobić i co miesiąc opłacić wynajem.

Trzy pokoje w bloku na Gocławiu. Ile?

– Dwa tysiące.

Jak zarabiasz?

– Mam stałe felietony w "Uważam Rze", "Faktach i Mitach" i londyńskim "Gońcu Polskim". Publikuję też w "Rzepie". No i jestem tłumaczem.

Ile znasz języków?

– Siedem. Bułgarski, serbski, rosyjski, hiszpański, włoski, portugalski, angielski.

Mógłbyś nieźle zarabiać.

– I czasem się udaje. Mam wyliczone, że aby na wszystko starczyło – wynajem mieszkania, opłaty, rachunki, żarcie, książki, benzynę – muszę zarobić siedem tysięcy miesięcznie. Na cztery osoby. A właściwie na pięć – pomagam też trochę Julce w Hiszpanii.

Często nie udaje się tyle zarobić i wtedy zalegam.

Teraz zalegasz?

– Za ciepłą wodę. Tu mieszka w sumie osiem osób, więc uzbierało się 20 tysięcy. Dwa razy wyłączali nam prąd, bo żeśmy nie mieli kasy. Trzeba było to jakoś dzieciom wytłumaczyć, więc teściowa wpadła na pomysł, że to taka zabawa jak w dawnych czasach, kiedy świeczki były. Oczywiście szybko uruchomiłem prąd, bo mam jednak to całe zaplecze, mogę od znajomych pożyczyć, skołować. I to jest ta różnica. Ludzie naprawdę biedni są zwykle samotni, oni nie mają od kogo pożyczyć.

Pożyczasz od swojej siostry Magdy Gessler?

– Nie. I nawet nie dlatego, że się unoszę honorem. Po prostu ludzie bogaci mają nieustannie potrzeby finansowe i wydają więcej, niż zarabiają.

1 maja 1982 roku działacz podziemnej "Solidarności" Piotr Ikonowicz organizuje niezależne obchody Święta Pracy. Wbrew "Solidarności", która ogłosiła bojkot pierwszomajowych pochodów.

– Zwołaliśmy komitet porozumiewawczy lewicy rewolucyjnej – trockiści, anarchiści, socjaliści – rozwiesiliśmy odezwy, żeby iść na pochód niezależny. Byłem w ekipie podziemnego Radia Solidarność i w miejsce, gdzie nagrano wezwanie do bojkotu, wkleiliśmy "Czerwony sztandar", czyli hymn Polskiej Partii Socjalistycznej. Obywatelskie nieposłuszeństwo! Pokazaliśmy, że 1 maja to nie jest wcale komusze święto, tylko nasze. Maciek Guz, trockista, robotnik, szedł na przedzie z obrazem Matki Boskiej za kratami, a za nim 20 tysięcy ludzi. I ani jednego zomowca, bo byli kompletnie zaskoczeni. Dopiero 6 maja mnie wsadzili i internowali w Białołęce, ale tylko na kilka miesięcy.

Ideowo kim wtedy byłeś?

– Socjalistą, ale takim z PPS-Lewica. Czyli hardcore'owym, jednolitofrontowym. Nieodżegnującym się od komunizmu, jeśli jest szczery. Z Józkiem Piniorem napisaliśmy tekst o rewolucji demokratycznej, w którym przewidzieliśmy koniec PRL-u.

Wchodziliśmy do fabryk na lewe przepustki, robiliśmy wiece strajkowe. Znałem Polskę po zakładach. Wiedziałem, gdzie jest nasza fabryka i gdzie można przenocować.

W 1984 roku walczyliśmy z eksportem polskiego węgla do Wielkiej Brytanii. Robiliśmy ulotki dla dokerów w Szczecinie, żeby nie ładowali węgla na statki. Nasi współpracownicy w Londynie rozdawali ulotki z przeprosinami i wyrazami wsparcia dla brytyjskich górników.

Ale o co chodziło?

– O solidarność. Brytyjscy górnicy prowadzili strajk generalny przeciwko Margaret Thatcher, która zamykała kopalnie i wywalała ludzi na bruk. Strajkowało ponad 140 tysięcy ludzi, wielkość urobku spadła o 75 proc. I wtedy dzięki pomocy socjalistycznej Polski i eksportowi naszego węgla udało się złamać strajk. Byliśmy na komunę wściekli. Zespół Miki Mausoleum śpiewał o tym tak:

Brytyjscy górnicy nie mają już sił,
przez prawie rok walczyli o swe prawa,
brytyjscy górnicy nie mają już sił, bo walka z polskim węglem to niełatwa sprawa.

Śląskie pieruny są uparte w pracy i włażą w dupę pani Thatcher,
by pomóc załatwić swych brytyjskich braci.
PROLETARIUSZE WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ!
NIECH ŻYJE ROBOTNICZY INTERNACJONALIZM!

Patrzcie i uczcie się, jak kapitalistów wspomaga socjalizm.

Edek Mizikowski, z którym w 1988 roku wchodziłem na gmach KC [między świętami a Nowym Rokiem powiesili na KC transparent: "Uwolnić więźniów politycznych"], w czasie wizyty Thatcher witał ją w bramie kościoła św. Stanisława Kostki. Podał jej rękę, podziękował za wszystko, co zrobiła dla naszej wolności, a drugą ręką rzucił nad głową ulotki: "Chleba i pracy dla polskich i brytyjskich górników".

To był 1988 rok. Wtedy już nikt nie wierzył w socjalizm. Ani Miller, ani Kwaśniewski, ani nawet Jaruzelski. Ty wierzyłeś?

– Wierzyłem. Jako jedyny dobrze poinformowany.

Dobrze poinformowany?

– Wiedziałem, co się zaraz będzie działo. Plan Balcerowicza to miało być tylko kilkaset tysięcy bezrobotnych – było kilka milionów. Miała wzrosnąć produkcja, a spadła. Majątek fabryk rozkradziono. Od początku byłem przeciw.

Zanim rozpoczęła się w Polsce neoliberalna okupacja i zaczęto realizować plan Balcerowicza, zasięgnięto rady szwedzkich socjalistów, co sądzą o tym zestawie reform. Przysłali miażdżący raport, którego konkluzja brzmiała: nie idźcie tą drogą. W Polsce to przeczytano i schowano do szuflady. I właśnie dlatego Mazowiecki był taki przerażony i zemdlał w czasie swojego exposé…

Piotr…

– Taka jest moja teoria.

Był zmęczony, i tyle.

– A znasz nową wersję dowcipu: "Ilu trzeba Polaków, żeby wkręcić żarówkę?"?

Nie znam.

– "Ani jednego. Rynek to zrobi za nich". Tak się z nas śmieją na Zachodzie. Śmieją się, że Polacy dali się zbajerować neoliberalnej ideologii najbardziej w całej Europie. Uwierzyliśmy w bujdy, że wolny rynek jest lekarstwem na wszystko, a problemy społeczne rozwiążą się same. Byle rosło PKB.

Co ci się najbardziej dziś w Polsce nie podoba?

– Nowy rodzaj faszyzmu. Po to, żeby bić Żydów, trzeba było w niemieckiej wyobraźni zbiorowej sprowadzić ich do istot nieludzkich, odebrać im człowieczeństwo. Stali się niegodni, aby żyć – unwertes Leben. I dzisiaj ludźmi unwertes Leben są ludzie niezamożni. Wróciły czasy pogardy. Ta pogarda dotyczy każdego, kto sobie nie radzi na wolnym rynku.

Gdzie ty to widzisz?

– Na każdym kroku. W sądach, w urzędach, w mediach. Szczególnie w mediach.

To włącz sobie choćby TVN. W co drugich "Faktach" leci wzruszający kawałek o samotnej matce, której trzeba pomóc.

– Zgoda. Tyle że istotą wszystkich tych programów jest to, że one usypiają. Nie odbywa się po nich żadna poważna dyskusja systemowa. Jest epatowanie krwią, łzami, potem i nieszczęściem indywidualnym. INDYWIDUALNYM. Bieda jest pokazywana jako problem niezaradnych jednostek, a nie kłopot społeczny, któremu trzeba zaradzić systemowo.

82 proc. Polaków nie ma żadnych oszczędności. I każda z tych osób może się błyskawicznie osunąć w biedę. Bo jak straci pracę, to zasiłek nie wystarczy na kupienie jedzenia, opłacenie czynszu. Trzeba wtedy wybierać. Przestajesz płacić czynsz, zalegasz z ratami kredytu i lądujesz na bruku. Znam historie ludzi zamożnych, firma, willa i dobre samochody, którym noga się powinęła i tak wylądowali. Mamy straumatyzowane, przerażone społeczeństwo, w którym powszechną chorobą jest depresja.

I w którym ponad 80 proc. ludzi twierdzi, że są szczęśliwi. To wynik z ostatniej "Diagnozy społecznej".

– No jasne. Polacy w badaniach ankietowych odpowiadają, że są szczęśliwi i że ich sytuacja ekonomiczna jest niezła. Dlaczego? Bo wykreowany przez media wizerunek biednego jest taki, że on pije i jest leniwy.

U mojego syna w szkole na przedmiocie podstawy przedsiębiorczości uczono, że bezrobotny to taki człowiek, któremu się nie chce pracować. Tak jakby nie istniało bezrobocie strukturalne polegające na tym, że nie możesz znaleźć pracy, choćbyś na głowie stawał.

Poszedłeś do szkoły z awanturą?

– Nie poszedłem, bo nie mogę wszędzie walczyć. Poobrażam sobie wszystkie sklepy i do Bydgoszczy po zakupy będę musiał jeździć.

Polak zapytany, czy należy do najbiedniejszych, odpowie, że nie należy, i będzie się zakłamywał, bo najbiedniejsi to przecież lumpy. Banki, analizując te opowieści o dobrobycie i powszechnej szczęśliwości, wiedzą, że ci sami ludzie nie mają zdolności kredytowej, więc jak ich sytuacja materialna może być dobra? Negocjuję z bankierami porozumienia kredytowe i wiem, jak oni myślą. I jak oceniają rzeczywistą sytuację polskich rodzin.

Dużo negocjujesz z bankami?

– Sporo. U nas, niestety, nie ma prawnego nakazu łagodzenia warunków kredytowania, jak ktoś ma kłopoty. Nakazu negocjacji. Odwrotnie – banki natychmiast zaostrzają warunki. Tracisz pracę, nie płacisz kilku rat i zaraz stawiają klauzulę wykonalności. Nie dają oddechu.

Do kancelarii zgłosiła się kobieta, która miała 100 tysięcy długu. Jej mąż umarł na raka. Zbyt długo umierał jak na polskie warunki i wpadli w długi, bo przecież pielęgniarki, pampersy, masaże na odleżyny – to wszystko w Polsce jest za grube pieniądze. Ta kobieta już nic nie miała, ani mieszkania, ani zarobków, tylko cienką rentę. Napisałem pisma i uświadomiłem to trzem bankom. Umorzyli. Znam wiele przypadków, kiedy choroba prowadzi Polaka do bankructwa.

Co takiej osobie z długami radzisz?

– Po pierwsze, żeby zmieniła numer telefonu. Ludzie biedni często uważają, że zasłużyli na te wszystkie obelgi w słuchawce. "Ty złodziejko". "Już cię nie ma, załatwimy cię". To są teksty, które Polacy słyszą od przedstawicieli bardzo znanych banków, międzynarodowych szanowanych korporacji. U siebie te firmy nie pozwoliłyby sobie nawet na ułamek tego, co robią w Polsce.

Długi trzeba spłacać. Zgodzisz się.

– Zgodzę. Tyle że jeśli Anglik albo Francuz traci pracę i ma kłopot z przeżyciem do pierwszego, to idzie po zasiłek. A Polak musi iść do lichwiarza po pożyczkę.

Są zasiłki.

– Udawane! Niskie! Jałmużna! Nie można wytwarzać sytuacji, w której jedynym sposobem przeżycia dla osoby tracącej pracę jest zaciąganie na paskarski procent kolejnych pożyczek. Znam ten korkociąg na pamięć. Tracisz pracę, zaczynasz pożyczać po rodzinie, a jak rodzina już nie ma, to idziesz do lichwiarza i w ten sposób oddalasz moment katastrofy.

Opowiem ci historię z ostatnich miesięcy. Kobieta z dzieckiem dostała eksmisję na bruk…

Z dzieckiem? Można eksmitować w Polsce dziecko na bruk?

– Oczywiście. Dzięki drobnym zmianom w kodeksie postępowania cywilnego wprowadzonym trzy lata temu. Jeśli w wyroku eksmisyjnym nie jest oznaczone
dziecko, lecz jedynie dłużnik, czyli na przykład matka, to komornik ją eksmituje "ze wszystkimi rzeczami i osobami", czyli również z dziećmi. Dawniej na widok dzieci komornik musiał odstąpić od eksmisji, poinformować sąd rodzinny, co pozwalało ustalić uprawnienie do lokalu socjalnego. Teraz kamienicznicy wykorzystują zmianę prawa i w pozwie o eksmisję nie informują o dzieciach, żeby szybciej się pozbyć ludzi.

I co z tą kobietą?

– Napisaliśmy odwołanie, sąd przyznał jej lokal socjalny i zawiesił eksmisję. Następnego dnia administrator upewnia się, że wyszła do pracy, rozwala zamki i zaczyna wywozić rzeczy. Sąsiadka wszczyna alarm. Przyjeżdżamy na miejsce, blokujemy drogę dwoma samochodami, żeby nic nie wywieźli. Wzywamy policję. Pokazujemy wyrok sądu. Tymczasem administrator zaczyna gliniarzy przekonywać, że wyrok sądu jest niesłuszny. I dyskutują. Robią sobie na podwórku sąd nad sądem.

Policjanci w efekcie są skołowani. Siedzimy tak do wieczora, aż w końcu po moich nerwowych telefonach przyjeżdża szef warszawskiej prewencji i dopiero na jego rozkaz administrator wnosi rzeczy z powrotem.

Dlaczego policjanci nie reagowali od razu? Przecież mieliście wyrok o wstrzymaniu eksmisji. Czarno na białym.

– Tak. Ale jednocześnie administrator pokazywał im upoważnienie od właściciela kamienicy i akt własności, który w Polsce jest czymś w rodzaju licencji na zabijanie. Święte prawo własności – tak się przecież mówi. Sakralizowaliśmy w Polsce własność. A wyroki są nieważne.

Przyjeżdżam do mieszkania, w którym dwóch obywateli Ukrainy wyjęło właśnie drzwi z futryny i z tymi drzwiami na plecach biegnie przez podwórko. W mieszkaniu przerażona staruszka. Wchodzi do niej mafioso, który wyłudził akt notarialny. Wiadomo, że jest złodziejem. Wszyscy to wiedzą. W "Gazecie" Kolińska o nim kilka razy pisała, znają go w sądach, wyłudza mieszkania od lat razem z podstawioną panią notariusz. Wzywamy policję, a oni rozkładają ręce, bo ten facet pokazuje im akt własności.

I co?

– Dzwonię do komisariatu na Żytniej i tłumaczę, że ten gość z dwoma osiłkami wywalił drzwi. Bez komornika, nielegalnie. A zastępca komendanta mówi na to: "No tak, chłopaki oszczędzają na kosztach komorniczych".

Taki żart?

– Nie wiem. Mafia dla wiceszefa komisariatu to są "chłopaki".

I co dalej?

– Jest taka komórka w policji, bardzo słaba, ale jest: rzecznik praw człowieka przy komendzie wojewódzkiej. I trzeba o tym wiedzieć. Ja takie rzeczy na szczęście wiem, zadzwoniłem tam i oni wreszcie pomogli. Mafioso staruszki nie wyrzucił, sprawa o unieważnienie aktu notarialnego jest w sądzie.

Byłeś posłem przez dwie kadencje. Przejrzałem twoje przemówienia sejmowe z 2000 roku: "W gminie Dębe Wielkie cztery rodziny mieszkające w podupadłym dworku zostały sprzedane wraz z dworkiem". Albo: "Pan B. kradł samochody i za to kupił osiedle zakładowe". W kółko mówiłeś o eksmisjach.

– Pamiętam pana B., on miał cały gang i był ścigany listem gończym. Jednocześnie sąd wynajmował od niego pomieszczenia. Facet skupował dawne osiedla zakładowe za bezcen i gnębił lokatorów niemiłosiernie.

Osobie z długami radzę, żeby najpierw zmieniła numer telefonu. Bo ludzie biedni często uważają, że zasłużyli na te wszystkie obelgi w słuchawce: "Ty złodziejko", "Już cię nie ma, załatwimy cię"

Dlaczego zajmowałeś się takimi sprawami?

– Bo to przeżywałem. Wkurzało mnie, że w Polsce takie rzeczy się dzieją. A potem, kiedy ciągle o tym ględziłem z trybuny sejmowej, ludzie sami zaczęli się do mnie zgłaszać po pomoc. Dużo jeździłem, bo rozkręcałem PPS i chciałem, żeby komórki partyjne powstały w całej Polsce. Miałem wtedy nieograniczone zapasy energii. Jeździłem do miejsc całkiem zapomnianych, których od lat 20 nie odwiedził żaden polityk, ludzie czekali na mnie w stodole. I często to byli skrzywdzeni ludzie. Napatrzyłem się na biedę.

Ile eksmisji zablokowałeś?

– Osobiście byłem na co najmniej dwustu. Jako poseł miałem immunitet i to było skuteczne, bo siadałem w drzwiach i nie można mnie było ruszyć.

A pamiętasz, kto wprowadził możliwość eksmisji na bruk w Polsce?

– Lewica. Tak zwana lewica.

A dokładnie rząd SLD-PSL i minister budownictwa Barbara Blida. Byłeś wtedy posłem w klubie SLD.

– I od nich odszedłem.

Pamiętam kolację z posłami SLD w knajpie sejmowej, było nas 17, policzyłem. W całej tej grupie tylko ja nie byłem pracodawcą. Siedzimy, pijemy i poseł Henryk Długosz z Kielc – ten od późniejszej afery starachowickiej – opowiedział anegdotę następującą: "Przyszedł do mnie taki cizio na budowie i powiedział, że założy w mojej firmie związek zawodowy. To ja mu na to, że od dzisiaj kołki w stropy będzie wkręcał ręcznie, a nie wiertarką. I wiecie co? Nie ma związku zawodowego. Ha, ha, ha". I wszyscy się śmieją! Jeden poseł lewicy drugiemu takie żarciki zasuwa. Taka to u nas była lewica.

Zapytałem kiedyś na posiedzeniu klubu SLD, dlaczego nie zajmujemy się biednymi. I uzyskałem od Krzysia Janika bardzo treściwą odpowiedź: "Bo oni nie głosują".

Prawdę powiedział.

– Prawdę.

W 2000 roku kandydowałeś w wyborach prezydenckich. Pamiętasz swój wynik?

– 0,22 proc.

Słabszy był tylko facet od wkładek ortopedycznych.

– Ale relacje medialne trzeba było zobaczyć, mnie w ogóle nie pokazywali. A wtedy istniało tylko to, co jest w telewizji.

Media winne. Piotr!

– No i to, co Janik powiedział. Biedni chętnie brali ode mnie pomoc, ale nie było to wystarczającym powodem, żeby szli na wybory. Pamiętam takie osiedle bloków zakładowych, kilka tysięcy ludzi sprzedanych prywaciarzowi, oni byli w kompletnej dupie. Sporo dla nich zrobiłem. Dostałem tam dwa głosy.

A dlaczego?

– Nie wiem. Na obrońcę ludu wyrósł Lepper.

Może dlatego, że ty ze wszystkimi po drodze się kłóciłeś. Z Piniorem, z Lipskim. Twoja kariera polityczna to kolejne podziały.

– Wszystko albo nic – trochę tak ze mną było. Zgoda. Ale jak przejrzysz historię ruchu robotniczego, to znajdziesz tam gorące, płomienne polemiki i wynikające z poglądów rozłamy. Bo to jest dialektyczne. Nie można wierzyć w dwie sprzeczne rzeczy naraz.

Czyli człowiek ideowy musi być kłótliwy.

– Nie o to chodzi. Po prostu człowiek ideowy nie będzie się schylał do ziemi w imię kompromisu. I uważam, że to jest wartość.

Bezkompromisowość.

– Oczywiście.

A nie na tym polega społeczeństwo, że są kompromisy? Że jest jakaś droga środka?

– W środku to jest gówno po kotku. Nie może być kompromisu między koniem a jeźdźcem. Z każdym można współpracować, jeżeli jest jakiś punkt wspólny, wspólna idea.

Z PiS na przykład? Bo Kaczyński w sprawach społecznych mówi podobne rzeczy jak ty. "Sięgnąć do głębokich kieszeni". "Opodatkować korporacje".

– Kaczyński nie rozumie dość podstawowej rzeczy – że ma do czynienia z kapitalizmem, a nie ze spiskiem. On jest szkodliwy. PiS w imię zaradzenia złu społecznemu, które – nie przeczę – potrafi dostrzec, odbierze nam kawał demokracji jakby co.

Ty nie jakby co?

– Nie. Bo jestem marksistą demokratą. Wolna wola. I wolne wybory.

Ale słusznie, że pytasz. Bo idzie mój czas.

Twój czas?

– Od lat mówię językiem interesów grupowych i to zaczyna być wreszcie zrozumiałe dla zwykłych ludzi. Zanikają konflikty zastępcze, których byłem ofiarą, bo nie chciałem w nie grać. Nie ma już podziału na solidaruchów i komuchów. Podział na mohery i lemingi też przestaje być aktualny. Dziś na pierwszy plan w całej Europie wysuwa się wreszcie prawdziwy podział: na biednych i bogatych. Nierówności społeczne osiągnęły na świecie rozmiar niespotykany od lat 30. I w Polsce też wreszcie zaczynamy dyskutować o realnych problemach: pracy za grosze, stawkach minimalnych, umowach śmieciowych, nieuczciwych pracodawcach, którzy nie płacą pensji, korporacjach, które nie płacą podatków i puchną od nadmiaru gotówki. Jeśli polskie elity nie wezmą się na serio do niwelowania nierówności społecznych, to zmiecie je fala nienawiści i frustracji. Innymi słowy: albo w Polsce będziemy mieli koalicję Macierewicza i narodowców, albo porządną europejską lewicę z prawdziwym programem socjalnym. I ja właśnie tym się zajmuję. Próbuję budować prospołeczną lewicę, działając wśród prostych ludzi na samym dole.

I co dalej? Partia? Sejm?

– Chętnie. Ale przez najbliższe pięć lat nie mogę, bo mam wyrok.

Na własne życzenie. Mogłeś zapłacić grzywnę i dawno mieć to z głowy.

– Mogłem. Tylko jak się dowiedziałem o wyroku skazującym, to byłem nieprawdopodobnie oburzony.

Uderzyłeś tego faceta?

– To się działo w czasie blokady, ten człowiek był właścicielem, który chciał eksmitować lokatora. I ktoś go rzeczywiście zahaczył. Ale nie ja. Byłem więc przekonany, że zostanę uniewinniony. Dostałem wyrok: prace społeczne, czyli zamiatanie liści.

I trzeba było pozamiatać.

– No, ale jestem, jaki jestem. Mam swoje silne emocje: "Nie dam się! To niesprawiedliwe!". No i w końcu musiałem iść siedzieć. Ogłosiłem w więzieniu głodówkę, był z tego dym w mediach. I dobrze, bo zaczęto przy okazji mówić o naszym projekcie ustawy zakazującej eksmisji na bruk osób ubogich.

Po dwóch tygodniach zapłaciłeś grzywnę i wyszedłeś.

– Bo Agata była chora. Nie będę się wygłupiał jej kosztem.

Chęć brylowania dawno we mnie wygasła. Zmieniłem się. Wiem, że mam skłonność do wypełniania sobą całej przestrzeni i jeśli nie nauczę się trochę kurczyć, to będę sam.


Źródło
Opublikowano: 2013-12-05 09:36:35