Wprawdzie przypominała nam o tym, co roku, ale i tak na kilka dni przed kolejnym Bożym Ciałem musieliśmy wszyscy raz jes

Łukasz Najder:

Wprawdzie przypominała nam o tym, co roku, ale i tak na kilka dni przed kolejnym Bożym Ciałem musieliśmy wszyscy raz jeszcze wysłuchać jej planów, rad i przestróg tyczący się tego wyjątkowego – dla naszej rodziny i naszej ulicy – święta. Babcia powtarzała więc znowu, gdzie należy ustawić najdorodniejszą z kolekcji jej palm – palm traktowanych przez nią z ekstraordynaryjną czułością, regularnie glansowanych skurzaczkami z delikatnego materiału, wystawianych na krzepiące wiosenne mżawki, plewionych z pożółkłych, obumarłych liści – jakie upiąć firanki, skąd pobrać ozdoby i dzban w motywy parahelleńskie, o której godzinie włączyć się w nurt ceremonii, a o której wrócić z niej do domu na obiad. Obiad w Boże Ciało należał do tych lepszych, z deserem i kruchą cielęciną. Przykazywała również, żeby już zawczasu uszykować przedłużacz. Dzięki niemu bowiem można było iluminować obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem aureolą mrugających lampek choinkowych. Obraz ów troczono do żeliwnej balustradki i prętów naszego balkonu za pomocą całego systemu dyskretnych olinowań i wywieszano wraz z kilimem – a właściwie: na nim – o barwie soczystego bordo. Wyglądanie przez okno, gdy dołem sunęła rozmodlona, gwarna fala wiernych i osób duchownych, było surowo wzbronione. Do obserwacji i partycypowaniu w tym zbiorowym akcie ducha służył balkon właśnie, ewentualnie brama lub chodnik przed kamienicą. Babcia ostrzegała, że niezastosowanie się do tego zakazu sprowadzi na głowę profana rychłą brutalną śmierć. Nigdy – ani wtedy, gdy miałem lat osiem, dziesięć, dwanaście, ani dziś – nie mogłem pojąć, jakiego rodzaju koniunkcja zachodzi pomiędzy tą niewinną, trywialną wręcz, czynnością a życiem człowieka. Solennie jednak stosowałem się do tego edyktu. Inna stała miała natomiast charakter meteorologiczny. „Po południu będzie na pewno lało” – prorokowała babcia niejako automatycznie i bardziej z obowiązku niż dla zwerbalizowania tego, co ujrzeć mogła w błysku jasnowidzenia. Bo w Boże Ciało – po procesji – zawsze psuła się pogoda i słońce zamieniało się miejscami z deszczem.

To babcia zamawiała kwiaty z ogrodu pani Malanowskiej. Kiedy więc w środowe popołudnie wracałem ze szkoły, pąsowe i białe peonie czekały już w rozstawionych w kuchni wiadrach na swoją jutrzejszą premierę. Inkrustowano nimi balkon. Były mi pierwszym widomym znakiem, że Boże Ciało jest tuż-tuż, stanowiły początek, sygnał do rozpoczęcia prac.

Pan Franek spod dwudziestego pierwszego – czyli z naprzeciwka – objawiał się raptem w swojej legendarnej, opiętej na ogromnym brzuchu koszulce Orła Łódź i metodycznie bielił wapnem do wysokości dwóch trzecich pnie akacji, w które to drzewa więcej niż bogata była nasza ulica. Rosły co parę metrów, po obu jej stronach. Po akacjach brał się za krawężniki, pieczołowicie wpierw je omiótłszy. W ślady pana Franka szła wkrótce reszta mieszkańców. Szurano miotłami, moczono szczotki i pędzle w mlecznej cieczy, śmietniki na kółkach i auta odholowywano w głąb podwórek, świeżą farbą olejną pociągano tu przybrudzoną siatkę, tam – odbity detal w furtce lub bramie. Społeczność żyła, działała. Pod wieczór intensyfikowano nawet wysiłki i przygotowania. Z piwnic i strychów wyciągano ogromne, zakurzone pudła, z nich – wytwarzane domowymi sposobami girlandy, długie sznury garnirowane kolorowymi wstążkami i florą z plastiku. Rozpinano je później – do wtóru nawoływań po nazwisku czy imieniu, śmiechów i aluzyjnego stukania kijami od rolet w parapety i szyby – między jednym balkonem a drugim, między oknami, od okna do latarni, od latarni do akacji, od akacji do któregoś z niższych dachów, po skosie, z góry na dół i z dołu w górę, ponad jezdnią i wzdłuż ścian, za ich pomocą łączono kamienice, oplatano wszystko gęstą barwną pajęczyną, nimi ubierano ten ścinek drugorzędnego miasta, równo trzydzieści adresów na południowych peryferiach Łodzi lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku.

Następował wtedy mój – i nie tylko mój – ulubiony moment. Bo w tę zupełnie nadzwyczajną wigilię Bożego Ciała nie obowiązywały kodeksy i tabu, którymi zazwyczaj krępowano inwencję i żywiołowość tutejszych, krnąbrnych dość, dzieci. Puszczano nas luzem. Mogliśmy wszędzie zaglądać i włazić, wrzeszczeć, mogliśmy w końcu – i to było najważniejsze, najbardziej przejmujące – „być na dworzu”, do której nam się podobało. Wykorzystywaliśmy ów przywilej w pełni. Spośród obrazów dzieciństwa, jakie zostały w mojej pamięci, ten wciąż zachowuje swoją intensywność: sfora chłopców na lśniących rowerach gnająca przez gorącą, czerwcową noc, a ponad nimi tęczowe dekoracje, krzyki i światła.

W Boże Ciało budziły mnie głosy tych, którzy od samego rana ciągle jeszcze coś wokół poprawiali, czynili ładniejszym i trwalszym, sprzątali, byli zaangażowani. Balkony tonęły w roślinach doniczkowych i ciętych i w dewocjonaliach różnego kształtu, zastosowania i kalibru. W bramach wystawiano miniaturowe ołtarze – stół pod koronkowym obrusem, srebrny krucyfiks, gromnice i panteon katolicki utrwalony na płótnie bądź tekturze techniką naiwną – a w oknach gipsowe figurki Świętej Rodziny i fotografie papieża Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego w oszklonych ramkach. Papież miał na nich zafrasowane, łagodne oblicze, prymas zaś przypominał srogiego, wymagającego wuja w dojrzałym wieku, który jeśli nagradza któregoś ze swoich nielicznych beniaminków, to wyłącznie cukierkiem ślazowym. Grubo przed godziną dziesiątą byliśmy gotowi.

Po dziesiątej procesja wlewała się w naszą ulicę. Pomimo tego, że od rogu ze Rzgowską dzieliło nas ledwie kilkadziesiąt metrów, to dopiero po wpół do jedenastej zjawiała się pod balkonem, na którym staliśmy wraz z babcią. Sunęła wolno, ociężale. Poprzedzał ją ogłuszający hałas dziesiątek mosiężnych dzwonków kołyszących się w dłoniach ministrantów i kościelnych i polifoniczne śpiewy, część z nich przepuszczona przez sprzęt nagłaśniający marki Unitra. Dziewczynki w strojach komunijnych roniły zblakłe płatki róż przed postępującym sztywno kapłanem, który na wysokości twarzy dzierżył monstrancję wykonaną z imitacji złota, sztuczne małe słońce. Dwóch nobliwych mężczyzn w garniturach i białych rękawiczkach wspierało go pod łokcie, czterech innych trzymało drzewce, na których rozpięty był suty, wzorzysty baldachim. Leciwe reprezentantki Koła Różańcowego niosły wprost na sobie dorodne, ciemnobrązowe grona koronki wykonanej z drewna w makroskali. Atletycznym młodzieńcom powierzono chorągwie – parafii, diecezji i te z lokalnymi patronami. Ich głowice osadzili sobie w skórzanych łuzach przypiętych do pasa i wznosili oburącz. Czuć było kadzidłem i odświętnym dniem, mieszaniną potu, ciepła i perfum.

Wrażenie potężniejsze od Najświętszego Sakramentu, przed którym pochylał głowę lub klękał każdy – a klękały nawet największe z okolicznych łajz, gnębiciele żon, alkoholicy, ekswięźniowie i czynni złodzieje, wytatuowani cwaniacy w ciuchach i fryzurach z poprzedniej dekady – robił na mnie tłum, morze głów i Polaków, ciągnąca się masa ludzka, setki, jeśli nie tysiące, dla których koryto naszej ulicy okazało się zbyt wąskie, przez co oni szli, szli i szli. Szli, wydając niepokojący owadzi pomruk. Nawet kiedy ich wszystkich już tutaj nie było, bo skręcili w Tuszyńską, a z Tuszyńskiej w Unicką, z Unickiej w Bednarską, z Bednarskiej – w Rzgowską, gdzie kończono i rozpuszczano procesję, to wciąż w powietrzu wisiał szum po nich i ciężar tamtej obecności. Przez dobrą chwilę ta pustka wydawała się pustką nie do zniesienia.

Natomiast po Bożym Ciele było na świecie dokładnie tak, jak zapowiadała to babcia. Deszcze padały, umierali ludzie.

Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 22:27:28

Nie powiem – pierwsze moje podejście do nowej Masłowskiej, to była skucha. Odbiłem się. Pewnie dlatego, że czytałem z pr

Łukasz Najder:

Nie powiem – pierwsze moje podejście do nowej Masłowskiej, to była skucha. Odbiłem się. Pewnie dlatego, że czytałem z przedpremierowego pedeefa, a to rzecz, która najlepiej działa jednak na papierze. Raz, że wersy tego dołująco-szalonego poematu ładnie wtedy leżą na stronie i konkretnie, dwa – książka jest świetnie zaprojektowana przez Macieja Chorążego. Forma, okładka, ilustracje, wszystko gra zawodowo. No i zalecam też nie lekturę przerywaną i dziabanie po kawałeczku, ale ciąg, jedno posiedzenie. Spokojne 3 godziny i po sprawie. Starczy włożyć do tego głowę i otworzyć uszy i oczy. Pyk.

MC Doris nie dzieli się tutaj diagnozami, które zmienią nasze zdanie o świecie i ludziach, nie oświetla fragmentów rzeczywistości dotąd spowitych przez mrok, przez zbiorowy sekret. Po prostu – na różne sposoby cierpimy w późnym kapitalizmie, miotamy się uwięzieni między przeżarciem a nienasyceniem, po omacku szukamy miłości, akceptacji, sukcesu, idealnego pomysłu na siebie, dzięki któremu nasze ego zaliczy dobre ćpanko w towarzystwie i szoszialach. Spoko – to o nas.

Językowo ciekawie, jędrnie, hiphopowo i do rymu. Aczkolwiek znać miejscami, że nadaje wczesny rocznik 80. Bo czy dzisiejsze trzynastolatki mówią "dżaga"? Czy "na szybkości" nie kojarzy się bardziej z totalnym szajbusem w rodzaju Macieja Rocka niż brudnym, ulicznym rapem? "Peniał"?

Skojarzenia miałem bardziej filmowe niż literackie – "Niemiłość" Zwiagincewa, "Na skróty" Altmana. "Inni ludzie" to kilka osób z różnych klas społecznych splecionych ze sobą w finansowo-seksualno-rodzinnym uścisku. Dość morderczym, dodam. Nieszczęśliwi i unieszczęśliwiający, okrutni i czuli, zdradzający i żałujący za swoje grzechy, decyzje kredytowe, nieudane związki etc.

Ale do mnie "Inni ludzie" przemawiają najbardziej jako hipnotyzujący kawałek o tym dziwacznym, ogromnym mieście nad Wisłą, stolicy RP(g), w którym powietrze zimą wali spalonym tapczanem, niebo ma kolor poloneza, czterdziestoletnie dziewczyny mieszkają w pracy, sposobem na kryzys w małżeństwie bywa przearanżowanie kuchni, wokół "raczej real niż Loreal", a nocami oświetla wszystko dorodny, nieskalany księżyc, który w istocie jest logo Lidla.


Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 20:56:12

Obejrzyj No, this viral video doesn’t show Muslims attacking cars in Britain


Kibolska burda w Szwajcarii jest sprzedawana przez rasistów jako muzułmańskie zamieszki w Birmingham. Nic nowego, ale przy okazji uświadomiłem sobie, że to robią te same typy zapewne, które jarają się kibolskimi bijatykami. Filmików z dobrego mordobicia czy demolki nie ma znowu tak dużo. Ciekaw…

Więcej

No, this viral video doesn’t show Muslims attacking cars in Britain.

They’re football hooligans in Switzerland.


Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 19:21:01

Z dniem 23 maja Pelplin stracił burmistrza. Zajmujący dotychczas to stanowisko P

Z dniem 23 maja Pelplin stracił burmistrza. Zajmujący dotychczas to stanowisko Patryk Demski na początku maja znalazł na siebie lepszy pomysł czy też – jak sam twierdzi – pojawiło się przed nim nowe wyzwanie. Demski został wiceprezesem zarządu ds. inwestycji i innowacji w spółce Lotos. Bardzo ciepła posadka biorąc pod uwagę kończącą się kadencję burmistrza. Przewidywane średnie dochody wiceprezesa to 58-95 tysięcy złotych miesięcznie.

Co ciekawsze, na nowym stanowisku Patryk Demski będzie odpowiadał za przeprowadzenie fuzji Lotosu z Orlenem – przedsięwzięcia budzącego wiele kontrowersji na Pomorzu. Połączenie dwóch gigantów polskiego przemysłu rafineryjnego zapowiadane jest od dłuższego czasu, ale nadal nie znamy jego szczegółów. Rodzi to wiele pytań, m. in. o wysokość dalszych wpływów z podatku CIT na konto województwa pomorskiego, a także o możliwe przerzucenie kosztów takiej fuzji na klienta w postaci wzrostu cen paliw.

Zostawmy jednak sprawy gospodarcze na najwyższym szczeblu i powróćmy do kwestii złożenia urzędu: na kilka dni przed rezygnacją ze stanowiska Burmistrza Miasta i Gminy Pelplin Patryk Demski pozostawił mieszkańcom i mieszkankom Rajków bardzo niemiłą niespodziankę – oficjalnie zrezygnował z dotacji przyznanej przez wojewodę pomorskiego na remont budynku szkoły. W wyremontowanej za 500 tys. złotych placówce miał powstać żłobek.
Rezygnacja z dotacji: https://goo.gl/z6dSLV

Możemy się tylko domyślać, jakież to są szczególne uwarunkowania społeczne, na które powołuje się w piśmie, miały wpływ na taką decyzję. Naszym zdaniem zabrakło „ucha społecznego”, którym chwalił się były burmistrz. Wedle naszych informacji, uwarunkowania są takie, że żłobków jest za mało. Na niedostatek żłobków narzekają nie tylko mieszkanki i mieszkańcy miast. O żłobkach w wielu mniejszych gminach można tylko pomarzyć. Przez brak placówek opieki dziennej kobiety, bo to na nie w przeważającej części spada obowiązek zajmowania się dzieckiem, mimo chęci nie mogą podejmować pracy zarobkowej. Partia Razem w swoim programie samorządowym kładzie nacisk na kwestie opieki nad dziećmi, opieki, którą powinny zapewnić władze lokalne.

Na szczęście „foch” Patryka Demskiego nie przesądził o losach żłobka w Rajkowach. Dzięki postawie Radnych Miasta i Gminy znalazły się środki na realizację tej jakże potrzebnej inwestycji – zostaną one wygospodarowane z budżetu miasta.

Żródła:
➡️ https://radiogdansk.pl/…/77120-wczoraj-burmistrz-pelplina-d…

➡️ https://www.tcz.pl/index.php…


Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 18:05:00

Dramat z odpadami w Polsce Pożar śmieci w Olsztynie

Dramat z odpadami w Polsce Pożar śmieci w Olsztynie

Niekontrolowany wwóz śmieci z zagranicy do Polski to dochodowy biznes dla "Przedsiębiorców". Ci powinni je segregować i recyklingować. Jednak nagminnie zdarza się, że śmieci znikają w kłębach trującego dymu 🔥
Schemat jest wszędzie podobny: środek nocy, "samozapłon", pożar i wielogodzinna akcja gaśnicza.

Podobne chwile przeżywaliśmy ostatnio w Olsztynie. W czwartkową noc, 24 maja, zaczęła płonąć sortownia śmieci wielkogabarytowych, działająca przy olsztyńskim Zagładzie Gospodarki Odpadami Komunalnymi.
Spłonęło 1500 ton starych, zużytych mebli, składowanych na około 350 metrach kwadratowych. Zadymione toksycznym dymem były największe olsztyńskie osiedla: Nagórki, Jaroty, Pieczewo.

Według informacji podanych przez Radio Olsztyn doszło do samozapłonu. Mamy wątpliwości wobec tej wersji. Sytuację łączymy z ogromną ilością pożarów wysypisk w całej Polsce. To podlegający rządowi Prawo i Sprawiedliwość Główny Inspektora Ochrony Środowiska tylko w 2015 roku wydał zgodę na import do Polski 300 tysięcy ton odpadów z zagranicy. I to za rządów PiS (według danych GUS) dwukrotnie zwiększył się wwóz śmieci do Polski!

Nasz kraj tonie w śmieciach! Recyklingujemy ledwie ich 2⃣5⃣%. Nielegalne spalanie śmieci to nie rozwiązanie sytuacji. Nie trujcie nas toksynami

Opracowaliśmy program polityki ekologicznej: http://partiarazem.pl/…/stanowisko-ws-polityki-ekologicznej/

Postulujemy w nim wdrożenie między innymi polityki „zero śmieci".

Razem dla środowiska!


Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 16:28:15

Powiedzmy, że jest rok 2011 czy też nawet – 2013, a ty jesteś Thomasem Pynchonem, który siedzi w swoim klimatyzowanym bu

Łukasz Najder:

Powiedzmy, że jest rok 2011 czy też nawet – 2013, a ty jesteś Thomasem Pynchonem, który siedzi w swoim klimatyzowanym bunkrze na pustyni Nevada i na potrzeby najnowszej powieści szlifuje wizję futurystycznej Ameryki, tego wielkiego Las Vegas opanowanego przez szaleńców, miliarderów, celebrytów i fanatyków religijnych.

A siedź se, kurwa, nawet do jutra, a i tak nie wymyślisz takiego akapitu.


Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 16:11:48

Piotr Ikonowicz przeciw manipulacji jego wypowiedzią

Piotr Ikonowicz przeciw manipulacji jego wypowiedzią

W związku z pojawiającymi się w mediach wyrwanymi z kontekstu fragmentami moich wypowiedzi w Studio Polska w dniu 26 maja, informuję co następuje: przede wszystkim prawicowe media eksponują z mojej wypowiedzi jedno jedyne zdanie:” Niech tłusty pofatyguje się na kolanach”. Miałaby to by….

Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 12:47:38

Przypominam ten tekst teraz kiedy startuję na prezydenta Warszawy, bo to jest taki mój manifest

Przypominam ten tekst teraz kiedy startuję na prezydenta Warszawy, bo to jest taki mój manifest

Pieniądze są dla frajerów

Większość swojego czasu spędzam na obcowaniu z innymi ludźmi. Na pracy społecznej. Z punktu widzenia kapitalizmu zachowuję się nieracjonalnie. Nie pożądam jednak dóbr materialnych. Wolę raczej przeżywać głęboko każdą minutę swojego życia. Chcę, żeby miało ono znaczenie. Życie samo w sobie wydaje mi się niesamowitym darem, szaleńczą, zawrotną przygodą. A przygody tylko wtedy mają sens i smak, gdy się je przeżywa z innymi. Bardzo nie lubię słowa pomaganie. I dlatego za każdym razem, kiedy próg Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej przekracza kolejna osoba poszkodowana przez system, staram się zrobić wszystko, abyśmy wraz z tą osobą jak najszybciej mieli za sobą etap „pomagania” i żebyśmy przeszli do etapu współpracy. Bo współpraca, bezinteresowna, pozbawiona podtekstów materialnych wspólna działalność czyni ludzi wolnymi. Taka współpraca to cios wymierzony w system oparty na konkurencji, system wzajemnego wyniszczania się ludzi. Zamiast ponurego wyścigu, w którym ostatnich gryzą psy, bierzemy się pod ręce i ramię w ramię uderzamy w mur, którym ci na górze podzielili tych na dole.
Nas, którzy pragniemy spokojnego dostatku, więzi międzyludzkich, dyskusji przy trzepaku o sensie istnienia, udanego życia rodzinnego i mnóstwa czasu dla najbliższych i przyjaciół jest nieskończenie więcej niż tych, którzy zmuszają nas do walki o błyskotki, luksusowe auta, apartamenty, klucz do toalety dla personelu kierowniczego wyższego szczebla. Bo gdyby ktoś z nas się tam jednak po karkach innych, znajomych i kolegów z pracy wspiął, to i tak będzie wciąż nienasycony, albo rozczarowany i nieszczęśliwy. Bo to droga dla bezwzględnych egoistów, a ci zwykle są sami. I nawet, jeśli otacza ich wianuszek uśmiechniętych i dobrze ubranych kibiców, to przecież wiadomo, że każdy z nich czegoś chce, a żaden uśmiech czy uścisk dłoni nie może być szczery. Na tym szczeblu szczerość umiera z braku powietrza. Wolimy jednak, instynktownie, żeby nasz dotyk nie zamienił w złoto kanapki z kiełbasą i świeżym ogórkiem, którą trzymamy w ręku. Wolimy nasze proste, naturalne przyjemności od nienaturalnego blasku, który wprawdzie oświetla, ale nie daje ciepła.
Więc zasuwam całymi dniami w pocie czoła nie dla pieniędzy, tylko dla idei. Bo pieniądze są dla frajerów. Oczywiście coś tam zarabiam na opędzenie najpilniejszych potrzeb życiowych, ale robię to niejako na marginesie najważniejszej części mojego życia. W czasie wolnym od pracy społecznej. Tak jak teraz, kiedy nocą piszę ten felieton, za który redakcja zapłaci mi skromne honorarium. Oczywiście od czasu, kiedy zasiadałem w Sejmie mój standard znacznie się obniżył, ale życie jest o wiele ciekawsze. Wtedy nie wiedziałem bez ilu rzeczy człowiek może się spokojnie obejść. Bez rzeczy tak, bez ludzi, nie. I jestem szczęśliwy widząc, jak rozszerza się wokół nas krąg niepokornych, wyprostowanych ludzi, którzy podejmując walkę z systemem, przestają być niewolnikami.
Teraz spostrzegłem, że palnąłem gafę. Napisałem, że pieniądze są dla frajerów. Już słyszę to oburzenie, że jak śmiałem, skoro z braku owych pieniędzy, którymi w swoim „jaśniepaństwie” tak pogardzam cierpi tak wielu. A ja wam mówię, że ojciec rodziny zasuwający na budowie od świtu do nocy i jego niezmordowana żona sprzątająca po nocach hektary powierzchni biurowych, nie pracują dla pieniędzy. Oni walczą o przetrwanie, oni pracują dla swych dzieci. Nie z miłości czy szacunku dla cholernej mamony, która ich w tej nieludzkiej mordędze uwięziła, tylko z konieczności. Kiedy wiec piszę, że pieniądze są dla frajerów, mam na myśli tych idiotów, którzy zostają po godzinach lub biorą kolejną dodatkową robotę, choć wcale nie muszą. Nie muszą mieć najnowszej marki samochodu, pralki, telewizora. Ale ubóstwiają szmal, zakupy i niszczą siebie składając swe szanowne osoby na ołtarzu zysku, dochodu, kapitału. Ich dzieci mają wszystko, oprócz rodziców. I nie zauważane przez tych, którzy nie mieli szans zobaczyć jak dorastają, nie zauważą kiedy staruszkowie będą się starzeć. I też zapewnią im wszystko, luksusowe domy dla starców. Tak, trzeba to powtórzyć, żebyście zapamiętali, pieniądze są dla frajerów! Bo największe szczęście na tym świecie to miłość i przyjaźń, a tych nie dostaniecie za pieniądze, one wymagają naszego czasu i naszej uwagi.
W jakimś kraju afrykańskim tubylcy zatrudniani przez białego człowieka pracowali tylko tyle godzin ile potrzeba było na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych, a resztę czasu mieli dla siebie. Woleli być szybciej wolni po fajrancie. „Mądry” biały człowiek wziął się na sposób i aby zachęcić Murzynów do dłuższej pracy, podwoił stawką za godzinę pracy. Ale miejscowi zrobili coś, czego nie przewidział. Pracowali jeszcze o połowę krócej, bo już mieli na życie, a życie miało dla nich urok dopiero po pracy, kiedy robili, co chcieli, a nie to, czego chciał od nich biały człowiek. To dzikusy! zaklął biały pracodawca. Nie wiedział tego, co wiedzieli jego pracownicy. Że pieniądze są dla frajerów.

Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 12:13:36

Dyskusja o dziennikarstwie: Czy można nazwać cynikiem naukowca

Dyskusja w Wilnie z udziałem mojego taty…

Dyskusja o dziennikarstwie: Czy można nazwać cynikiem naukowca

W ramach trwającego Festiwalu Poezji „Maj nad Wilią”, na Uniwersytecie Wileńskim, odbyła się polsko-litewska dyskusja poświęcona współczesnemu dziennikarstwu pt. „Dziennikarz – zawód dla cyników?”.

Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 12:08:36

Zwycięstwo! Wojewódzki Sąd Administracyjny uchylił decyzje pisowskiego wojewody

Zwycięstwo! Wojewódzki Sąd Administracyjny uchylił decyzje pisowskiego wojewody o dekomunizacji ul. Dąbrowszczaków na Pradze. W zbiórce współorganizowanej przez Razem zebraliśmy 1697 podpisów w obronie nazwy ulicy.
Sąd ośmieszył właśnie wojewodę i IPN – instytucję opanowaną przez ignorantów historycznych spod znaku aktualnej władzy. W wyroku skład sędziowski wskazał, że decyzja “dekomunizacyjna” bazowała na niepodpisanych przez nikogo, krótkich notkach biograficznych ze strony IPN. Nie dokonano żadnych historycznych analiz ani nie wskazano, w jaki konkretnie sposób patroni ulic propagowali komunizm.

Półtora roku temu działaczki i działacze Razem, wspólnie z inicjatywą Łapy precz od ul. Dąbrowszczaków zebrali w zaledwie 9 dni 1697 podpisów mieszkańców. W petycji do Rady Warszawy, którą podpisywali mieszkańcy wskazywaliśmy, że Dąbrowszczacy to godni patroni: ponad 5 tysięcy mężczyzn i kobiet, w większości emigrantów pracujących we Francji i Belgii, którzy między 1936 a 1939 rokiem pomagali bronić legalnie wybranego rządu Hiszpanii przed wojskowym zamachem stanu generała Franco. Byli to również pierwsi Polacy, którzy bili się z hitlerowskimi Niemcami wspierającymi wojska puczystów. Wiedzieli, że „jeśli dziś padnie Madryt, to jutro padnie Warszawa” i to Warszawę będą bombardować ci sami piloci, którzy wcześniej atakowali miasta Hiszpanii. Historia przyznała im rację.
Wczorajsza decyzja sądu jest zwycięstwem prawdy historycznej. W czasie, gdy rzeczywistość wokół nas pełna jest nacjonalistycznych przekłamań historii i brunatnych pseudobohaterów, a politrucy w instytucjach historycznych starają się wymazywać lewicową historię – taki wyrok daje nadzieję.

[Zdjęcie: Działacze zbierają podpisy przeciw dekomunizacji ul. Dąbrowszczaków. Nagłówek: “Ulica Dąbrowszczaków zostaje!” tekst: “W 2016 roku zbieraliśmy podpisy mieszkańców przeciw dekomunizacji tej ulicy. WSA właśnie uchylił decyzję wojewody Sipiery!”]


Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 10:32:49

Jedna z pracownic Amici Wronki przesłała mi wczoraj wieczorem wiadomość: Dzień dobry .dziękuję za nieugiętość w naszej s

Jedna z pracownic Amici Wronki przesłała mi wczoraj wieczorem wiadomość: Dzień dobry .dziękuję za nieugiętość w naszej sprawie. Nie jest lekko bo również walczymy w sądzie o prawdę i nie zamierzamy się poddać .
Pozdrawiam serdecznie

Źródło
Opublikowano: 2018-05-31 09:59:10

„Ci ludzie mają krew na rękach”. Amica Wronki procesuje się z Piotrem Ikonowiczem

http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/575388,amica-wronki-proces-piotr-ikonowicz-krew-pracownik-samobojstwo.html

„Ci ludzie mają krew na rękach”. Amica Wronki procesuje się z Piotrem Ikonowiczem

Po samobójstwie pracownicy Amiki Wronki Piotr Ikonowicz powiedział, że koncern "ma krew na rękach". Prawnicy firmy pozwali go za te słowa i zaprzeczają, że do śmierci kobiety mógł doprowadzić mobbing. W środę zeznawał jeden z dyrektorów.

Źródło
Opublikowano: 2018-05-30 22:51:15

Dyrektor Amiki przyznaje, że zgłaszano mobbing. Ikonowicz nie zamierza przepraszać za ‚krew na rękach’

Dyrektor Amiki przyznaje, że zgłaszano mobbing. Ikonowicz nie zamierza przepraszać za ‚krew na rękach’

Pracownicy Amiki skarżyli się na mobbing, ale nie dotyczyło to Ilony Pujanek, która popełniła samobójstwo – przekonywał w sądzie jeden z dyrektorów koncernu. Amica chce przeprosić od społecznika Piotra Ikonowicza za słowa o krwi na rękach.

Źródło
Opublikowano: 2018-05-30 22:24:53

Każdy ma swoje priorytety. Niestety.

Każdy ma swoje priorytety. Niestety.

Bezpieczeństwo Polski zaczyna się od zabezpieczenia potrzeb jej obywateli i obywatelek. Donald Trump nie zapewni nam bezpieczeństwa!

W trakcie parlamentarnego szczytu NATO protestujący rodzice osób niepełnosprawnych zostali zasłonięci parawanem, poturbowani i odcięci od toalet i pryszniców….

Więcej


Źródło
Opublikowano: 2018-05-30 15:38:25

Władze Gdyni planują sprzedaż udziałów Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji

Władze Gdyni planują sprzedaż udziałów Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji (PEWiK) w celu pozyskania 100 milionów złotych. Zgodnie z planem PEWiK ma przez następne lata (blisko 20) odkupywać te udziały spłacając tak powstałe zadłużenie.

Według nas kluczowe dla mieszkańców i mieszkanek Gdyni są odpowiedzi na trzy pytania:

1. Jak konieczność spłaty zobowiązań przez PEWiK wpłynie na koszt wody?
2. Jak konieczność spłaty zobowiązań przez PEWiK wpłynie na inwestycje w infrastrukturę wodną i kanalizacyjną oraz wykonywanie innych zdań?
3. Na co Samorządność Wojciecha Szczurka planuje wydać te pieniądze? Czy na kolejne chybione inwestycje prestiżowe, kolejne pomniki, a może dalsze podnoszenie wydatków na promocję?

Ostatnia katastrofa w Gdańsku, która skończyła się zrzutem ścieków do Motławy, pokazuje, jak ważna jest realizacja podstawowych zadań miasta. Nie chcemy, by miasto ryzykowało spadkiem jakości usług wykonywanych przez PEWiK, by trwonić pieniądze na kolejny zły pomysł Samorządności Wojciecha Szczurka.


Źródło
Opublikowano: 2018-05-30 14:30:31

Doszedłem do wniosku, że przez ostanie lata byłem zbyt ostry dla Tomasza Lisa. No bo wyobraźcie sobie, że jesteście praw

Doszedłem do wniosku, że przez ostanie lata byłem zbyt ostry dla Tomasza Lisa. No bo wyobraźcie sobie, że jesteście prawicowym chłopakiem, który śmiertelnie pokłócił się z innymi prawicowymi chłopcami. I musicie teraz iść na inną stronę podwórka, na której bycie prawicowym chłopakiem nie jest mile wdziane. I zakładacie tę maskę, i meczycie się dzień po dniu, żeby tylko dopiec tym kretynom, z którymi się pożarliście. Ciężkie, prawda? Tylko od czasu do czasu, gdy zamknięcie się w swojej twitterowej szopie, możecie powiedzieć, co naprawdę myślicie. Ponarzekać na poprawność polityczną. Skrytykować absurdy feminizmu. Zrównać czerwone, socjaldemokratyczne flagi z marszami faszystów. Ale potem trzeba znowu wyjść na podwórko i udawać takiego światłego, takiego europejskiego, takiego postępowego. Brrrr! Nie krytykujmy Tomka, współczujmy mu.

Źródło
Opublikowano: 2018-05-30 11:20:08

Dziś o 11:30 rozpoczyna się w Sądzie Okregowym w Poznaniu sprawa: Amica Wronki kontra Piotr Ikonowicz. Amica domaga się

Dziś o 11:30 rozpoczyna się w Sądzie Okregowym w Poznaniu sprawa: Amica Wronki kontra Piotr Ikonowicz. Amica domaga się ode mnie 60 000 zł. za to, że ponoć obraziłem spółkę twierdząc, że mobbing w ich zakładzie doprowadził do samobójstwa jednej z pracownic. Trzymajcie kciuki!

Źródło
Opublikowano: 2018-05-30 07:44:30