W 2015 roku na PiS zagłosowało 5,7 miliona wyborców. Po czterech latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdeg

Tomasz Markiewka:

W 2015 roku na PiS zagłosowało 5,7 miliona wyborców. Po czterech latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdego z symetryzmu PiS uzyskał ponad 8 milionów głosów. Na Andrzeja Dudę w 2015 roku głosowało w pierwszej turze 5,2 miliona osób. Teraz, po pięciu latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdego z symetryzmu, było to 8,5 miliona.

Moim zdaniem to pokazuje, że opozycja zapędza się coraz bardziej w kozi róg całą tą podniosłą narracją o „najważniejszym wyborze po 1989” i „ostatniej szansie na uratowanie demokracji”. Bo zagrzewanie do mobilizacji działa w dwie strony: mobilizują się nie tylko wyborcy antyPiS, ale też PiS. Dlatego o ile w czasach Tuska i Komorowskiego można było liczyć na to, że do wygranej z PiS-em wystarczy konserwatywno-liberalny elektorat PO, to potem musiał to być już sojusz PO, Lewicy i PSL, a teraz trzeba jeszcze liczyć na elektorat nacjonalistycznej Konfederacji.

To jest walka na wyniszczenie: komu pierwszemu skończą się możliwości mobilizowania coraz większej grupy wyborców. Opozycja ma tu problem, bo musi nie tylko mobilizować, ale zastanawiać się, jak utrzymać w ryzach coraz bardziej egzotyczny sojusz, rozciągający się od lewicy po skrajną prawicę z Konfederacji.

Wybory prezydenckie to jeszcze pół biedy (w sensie praktycznym, moralny chwilowo pomijam), bo wystarczy to jakoś skleić do czasu wyborów, a potem Trzaskowski nie będzie na co dzień związany koniecznością spełniania całkowicie sprzecznych oczekiwań. Jednak w przypadku wyborów parlamentarnych, gdyby okazało się, że sklecenie koalicji od Lewicy po Konfederację jest jedynym sposobem utworzenia rządu nie-PiS-owskiego, to jeśli nawet udałoby się uformować taki rząd, niczego on nie osiągnie i prędko rozpadnie się z hukiem. Pozostanie tylko głęboki niesmak.

Nie chcę udawać, że mam jakieś złote recepty, bo nie mam. Jestem wyborcą polityków, którzy kręcą się w okolicach 3%. Mam tylko wrażenie, że w całym tym zgiełku bitewnym, wśród okrzyków o „kończącym się PiS-ie”, „pożytecznych idiotach z lewicy” i „ostatniej szansie na wygraną”, jakoś umyka fakt, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której żadna siła polityczna nie jest w stanie samodzielnie pokonać partii Kaczyńskiego. I mało kto zastanawia się nad tym, jak w ogóle zabrnęliśmy w ten ciemnych zaułek, w którym „uratowanie demokracji” zależy od skutecznego podlizywania się Krzysztofowi „Polska dla Polaków” Bosakowi.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-29 15:36:37