Jutro 24 czerwca o 16 w Centrum Wielokulturowym na Jagiellońskiej 54 zaczynamy d

Piotr Ikonowicz:


Jutro 24 czerwca o 16 w Centrum Wielokulturowym na Jagiellońskiej 54 zaczynamy dyskusję o rozwarstwieniu. Oto moje wstępne uwagi, które rozwinę jutro.

Bajka o klasie średniej, prawda o rozwarstwieniu

Warto zastanowić się dlaczego Polska, która odniosła sukces mierzony wzrostem PKB jest wciąż krajem ludzi zadłużonych, z trudem wiążących koniec z końcem, gdzie depresja jest chorobą społeczną, w którym wstyd przyznać się do porażki więc większość kłamie, że ma się dobrze.

W ujęciu socjologicznym – stratyfikacja społeczna nazywana inaczej uwarstwieniem społecznym wyraża fakt, o hierarchicznym układzie pozycji lub kategorii społecznych, (relacja nadrzędności i podrzędności) które można określić mianem klas, warstw, kategorii społeczno-zawodowych albo też segmentów. Elementy te muszą charakteryzować się odrębnością w stosunku do innych kategorii ze względu na różne kryteria, z reguły mające charakter ekonomiczny, polityczny i społeczny.
Większość decyzji podejmuje klasa wyższa, to ona rządzi, choć czyni to dyskretnie. Zawsze kiedy jej interesy są w jakiś sposób zagrożone klasa ta stroi się w piórka klasy średniej, która, przynajmniej oficjalnie, jest „przewodnią siłą narodu”. Wiadomo, że z oczywistych względów klasa wyższa nie cieszy się sympatią więc ten zabieg socjotechniczny, chowanie się za klasą średnią, jest bardzo zręczny i wręcz niezbędny dla utrzymania status quo. O byciu klasą wyższą decyduje stosunek do kapitału. Rządzą jego właściciele i kadra zarządzająca państwem, gospodarką w ich imieniu. Ich interes jest zespolony z interesem właścicieli kapitału, a dodatkowo lojalność wobec właścicieli zapewniają wysokie zarobki. Klasa wyższa wytwarza mitologię powszechnego dobrobytu, aby zapobiec wszelkim buntom i sprzeciwom wobec niesprawiedliwego podziału dochodów i bogactwa.

Liczba osób uważających się za klasę średnią rośnie w zawrotnym tempie. Gdy w lutym 2020 roku CBOS zapytał ludzi o „określenie swojej pozycji w hierarchii społecznej”, to 46% respondentów zadeklarowało przynależność do „klasy średniej właściwej”. Dochód per capita wśród osób samo identyfikujących się w klasie średniej najczęściej mieścił się w przedziale od dwóch do trzech tysięcy złotych. W 2021 roku Instytut Badawczy Ariadna przeprowadził badanie, aż którego wynika, że 35% Polaków uważa się za klasę średnią. Są też najnowsze badania według, których aż 77% ankietowanych deklaruje taka właśnie przynależność klasową.

W raporcie z września 2019 roku Polski Instytut Ekonomiczny szacuje liczebność klasy średniej w Polsce tylko na podstawie kryterium dochodowego, jakim jest przedział między 67% a 200% mediany dochodu rozporządzalnego netto przeważonego przez liczbę członów gospodarstwa domowego. Przy takich założeniach klasa średnia w Polsce liczy sobie 11-12 mln i zawiera w sobie 54% osób w wieku 24-64 lat.

Według Instytutu Badań nad Gospodarką rynkową Kluczowym kryterium przynależności do niej jest odgrywanie ważnej roli w gospodarce – tworzenie miejsc pracy, kreowanie zmian na rynku, np. w drodze wyznaczania wzorców konsumpcyjnych, gromadzenie oszczędności, a także tworzenie popytu na dobra z tzw. wyższej półki. Istotne jest także aktywne uczestnictwo w życiu społecznym, kreowanie wzorców zachowań społecznych, kształtowanie opinii publicznej, działalność artystyczna, wpływ na legislację itd. I zgodnie z tymi kryteriami W Polsce żyje około miliona osób, które możemy zaliczyć do tzw. klasy średniej.

Najnowsze badania wykazały, że nawet ponad 70% badanych uważa się za klasę średnią.

Skąd ten rozrzut? I czy wobec tak rozbieżnych kryteriów, definicji pojęcie to jest w ogóle użyteczne? Czy jest tylko czymś w rodzaju fetyszom czy propagandowego hasła wspierającego urzędowy optymizm?

Paradoksalnie definicja Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową jest najbliższa lewicowemu, marksowskiemu pojmowaniu podziału klasowego, który wyznacza stosunek do środków produkcji (odgrywanie ważnej roli w gospodarce – tworzenie miejsc pracy, kreowanie zmian na rynku).

Klasa średnia to ideologiczny fundament współczesnego kapitalizmu. Służy do kamuflowania istotnych podziałów klasowych i klasowych konfliktów interesów i wynikającego z nich rosnącego prawie wszędzie rozwarstwienia. Im więcej osób przypiszemy do klasy średniej tym bardziej optymistyczny jest obraz opisywanego przez nas społeczeństwa. Bo nawet jeśli wizerunek klasy średniej to już nie dom za miastem, dwa samochody w rodzinie i utrzymywanie się z jednego wysokiego dochodu, jak w amerykańskim śnie, to wciąż osoby przynależące do klasy średniej mogą mówić o stabilizacji i życiowym sukcesie. Takie podejście niewątpliwie jest korzystne dla władzy i dla systemu wyzysku i dominacji, w którym przyszło nam żyć. Bo skoro zdecydowana większość nie ma na co narzekać, to bunt staje się niemożliwy nawet do pomyślenia. Nie sposób buntować się przeciw sukcesowi.

Dekonstrukcja tej propagandowej idylli jest zatem nie tylko zajęciem (zadaniem) czysto teoretycznym, ale otwiera drogę do rzetelnej analizy społecznego podziału pracy i dochodu narodowego.

Ostatnio czasie jednym z wiodących tematów debaty publicznej są rosnące w zastraszającym tempie raty kredytów hipotecznych. Mówi się przy okazji, że wzrost ten (nierzadko dwukrotny) uderza w klasę średnią. To ciekawe, bo dostęp do kredytów hipotecznych ma jakieś 10-12% społeczeństwa. Odkąd mieszkania za sprawa bańki spekulacyjnej stały się dobrem luksusowym oraz instrumentem finansowym stały się za drogie nawet dla części owych górnych dziesięciu procent najlepiej sytuowanych obywateli.

Jedyna drogą do własnego mieszkania jest w Polsce kredyt hipoteczny. Jakieś 90% obywateli ma więc dro9gę do mieszkania zamkniętą, a rynek najmu jest słaby a najem jeszcze droższy niż raty hipoteczne. Czy zatem nie jest bliższe prawdy uznawanie za klasę średnią tylko tej części społeczeństwa, która w w ogóle może jakoś zaspokoić swoje potrzeby mieszkaniowe?

Nie upieram się. W ogóle nie chodzi mi o zbudowanie nowej, tym razem „słusznej” definicji klasy średniej. Celem tych rozważań jest raczej uznanie, że to pojeci8e jest tak niejednoznaczne, że niczego nie tłumaczy. Jest raczej generatorem dobrego samopoczucia niż kluczem do zrozumienia.

Po mimo znaczących jak na Polskę po transformacji transferów socjalnych, rozwarstwienie w naszym kraju rośnie i już jest najwyższe w Unii Europejskiej. Wprawdzie oficjalny wskaźnik Giniego stosunek górnych 10% do dolnych 10%) wynosi 0,28 i sytuowałby nas na poziomie Danii, ale na Zachodzie mierzy się go w oparciu o dane administracyjne a u nas wyznaczany jest na podstawie ankiet, w którym zwykle bogaci zaniżają swe dochody a biedni zawyżają. Mamy też badania, które próbują jakoś porównywać dane ankietowe z danymi podatkowymi. Po korekcie wynika z tych badań, ze współczynnik Giniego w Polsce to nie 0,28 a 038. Właśnie ukazał się World Inequality Report 2022. To dokument prezentujący wyniki badań nad stanem nierówności ekonomicznych na świecie. Przygotowuje go zespół World Inequality Lab, w skład którego wchodzą tacy ekonomiści, jak Thomas Piketty, Emmanuel Saez oraz Gabriel Zucman, którzy zasłynęli badaniem nierówności na świecie. Według zespołu stworzonego przez Thomasa Piketty’ego 10% polskiego społeczeństwa przejmuje niemal 40% dochodu narodowego. Jeszcze większe jest rozwarstwienie majątkowe. Majątek jednej dziesiątej najbogatszych Polaków odpowiada za 60 proc. wartości całego posiadanego przez nas wszystkich majątku. Średni majątek dolnych 50% społeczeństwa majątek o wartości minus siedemset euro (w ujęciu według parytetu siły nabywczej). Oznacza to, że pół Polski ma więcej długów, niż majątku. Podobna sytuacja występuje jedynie w czterech innych krajach uwzględnionych w raporcie – Brazylii, Chile, Meksyku a także RPA. Przy czym jedynie w tym ostatnim kraju sytuacja jest gorsza niż w Polsce. Lepiej od nas pod tym względem wypadają np. Indie i Nigeria.

Jeżeli przynależność do klasy średniej oznacza „radzimy sobie”, to w świetle danych o rozwarstwieniu radzi sobie o wiele mniejsza część społeczeństwa niż przypuszczaliśmy.

Jednym z kryteriów sukcesu mierzonego poczuciem bezpieczeństwa jest posiadanie oszczędności. Wobec nie istnienia w Polsce systemu państwa socjalnego, tylko oszczędności mogą zapewnić nam elementarny spokój, brak strachu o przyszłość bliższa i dalszą. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, ze oszczędności większe niż 20 000 zł. ma zaledwie 17.8% Polaków. Jeżeli dodamy do tego, że połowa ma więcej długów niż oszczędności otrzymamy obraz społeczeństwa ztraumatyzowanego i pozbawionego jakiegokolwiek zabezpieczenia na czarną godzinę. A czarna godzina pojawia się ostatnio dość często. A to utrata pracy lub części dochodów z powodu pandemii, a to wzrost kosztów utrzymania wynikający z inflacji.

Podział na klasę wyższą, średnią i niższą jest dowolna konstrukcją nie wnoszącą niczego do naszej wiedzy o społeczeństwie. Raczej sprawia, że obraz staje się zaciemniony. Za to z dyskursu publicznego zniknęła klasa robotnicza , dziś częściej określana jako klasa pracująca. Mamy wprawdzie w Polsce wciąż 5 milionów robotników fabrycznych, ale w mediach słyszą oni, że nie istnieją.

Kiedy w latach 70tych robotnicy niemieccy zarabiali dość by sporo oszczędzać, a nawet inwestować nadwyżki na rynku kapitałowym zaczynali się oni identyfikować z klasą średnią. W tym sensie, że ich dochody pochodziły nie tylko z pracy, ale i z pracy cudzej poprzez mechanizm rynków kapitałowych. Dziś górnicy w KWK Bogdanka w swej masie uważają się za klasę średnią, bo w otoczeniu biednego lubelskiego regionu wyróżniają ich stosunkowo duże zarobki. Nie znam jednak przypadku, aby inwestowali oni w papiery wartościowe czy grali na giełdzie. Zarabiają dzięki własnej wytężonej pracy fizycznej.

Nie istnienie klasy pracującej i zastąpienie jej mglistym pojęciem klasy średniej jest potrzebne dla zakamuflowania najważniejszego w kapitalizmie konfliktu. Konfliktu między pracą a kapitałem. Kiedy KWK Bogdanka weszła na giełdę pracownikom obcięto różne bonusy w postaci np. 14tej pensji wypłacanej z zysku kopalni, bo bonusy te poszły do kieszeni udziałowców. Tu zaznaczył się zasadniczy int6eresów między rentierami, dla których „pieniądze pracują” i robotnikami, którzy pracują na zyski rentierów.

Mechanizm rozwarstwienie bierze się z wyzysku. Właściciele kapitału zagarniają lwią część dochodu wypracowanego przez ludzi pracy. Pensja, płaca ma wystarczyć na utrzymanie i jej relacja do wypracowanego zysku praktycznie nie istnieje. Płaci się tyle ile wynika z rynkowego układy sił między pracodawcami i dostępną „siłą roboczą” czyli najmniej jak można. Są branże i zawody, w których płaca wynosi o wiele więcej niż trzeba na „odtworzenie siły roboczej”. Nie oznacza to jednak, że wyzysk siły roboczej jest tam mniejszy. Przeciwnie w takich zawodach jak informatycy wypracowany zysk bywa tak duży, że stosunkowo wysokie wypłaty i tak stanowią mikroskopijna część wypracowanego dochodu. Zdarza się więc, że osoby dobrze zarabiające są obiektem szczególnie wielkiego wyzysku, bo dają o wiele więcej niż otrzymują w zamian.

Masowa kultura, media, reklamy sprowadzają ludzi pracy do roli biernych konsumentów realizujących wyłącznie własny egoistyczny interes w ramach wyścigu wszystkich ze wszystkimi. W rezultacie znikają jedno po drugim prawa pracownicze, regulacje rynku pracy. Nie istnieje bowiem w wyobraźni zbiorowej taki podmiot jak świat pracy, która zasstąpiono0 konsumująca klasa średnią. Kto nie łapie się do klasy średniej ten się wstydzi, bo okazał się nie dość pracowity, zaradny, itd. Ten brak zbiorowej identyfikacji skutkuje brakiem solidarności i obezwładnieniem ludzi pracy, którzy godzą się na twarde warunki stawiane przez kapitał. Umowy śmieciowe, wydłużony czas pracy, niskie pensje, złe traktowanie.

Ideał równości został obśmiany jako przeciw skuteczny. Uznano, że równość oznacza bierność, brak inicjatywy, kreatywności itp. Ideał harmonii społecznej opartej na współdziałaniu ustąpił miejsca wyścigowi, dążeniu do maksymalizacji zysku i chciwości wyniesionej na sztandary. Jednak rezultat tego mechanizmu mógł być tylko jeden. Rosnąca przepaść między malejącą „elitą” a całą resztą. Żeby ten stan rzeczy zamaskować wymyślono humbug pt. „klasa średnia”.

Ideał sprawiedliwości i równości zastąpiono pojęciem użyteczności. Przy kryterium użyteczności jest proste. Użyteczni są ci, którzy wygrywają w wyścigu. Bogaci są solą ziemi, a biedni cóż… raczej zbędni.

Dlatego stosunkowo rzadko kwestionuje się astronomicznie wysokie zarobki elity menedżerskiej, apanaże członków rad nadzorczych, ale skromne zasiłki na to już dyskursie publicznym „patologia”. Przy czym klasa próżniacza żyjąca z naszej ciężkiej pracy stara się nam i to skutecznie zaszczepić kult pracy zwany też dosadniej „kultem zapierdolu”.

To dzięki tej ciężkiej pracy bez końca ( w wymiarze godzinowym ponad 1900 godzin rocznie, dłużej pracują w Europie tylko Grecy) doprowadziła do potrojenia dochodu narodowego w okresie transformacji. Jednocześnie od 1990 roku nastąpił spektakularny wzrost nierówności. Trudno się zatem oprzeć wrażeniu, że bogacąca się elita zachęca nas do wzmożonego wysiłku niczym woźnica swojego konia.

Kiedy okazało się, że na Nowym Ładzie stracą trochę osoby zarabiające powyżej 10 000 zł miesięcznie zagrzmiały media, że oto państwo pakuje rękę do kieszeni „świętej klasy średniej”. A jak wynika z danych GUS takie zarobki osiąga zaledwie 6-8% Polaków. Bardzo często używa się „klasy średniej” jako parawanu dla obrony interesów klasy wyższej. Chodzi o to by ludzie stosunkowo niezamożni utożsamili się z tymi, którzy często ich kosztem opływają w dostatki. Stąd powszechny sprzeciw wobec redystrybucji budżetowej, która przeważnie jest korzystna dla samych protestujących. Wpaja im się jednak fałszywą świadomość klasową i na użytek sporu o podatki stają się oni częścią kręgu ludzi sukcesu.

Jednym z bardzo ważnych wyznaczników pozycji społecznej jest obok stosunku do środków produkcji, mieszkanie. Konieczność wynajmowania mieszkania na wolnym rynku czyni z osób o stosunkowo wysokich dochodach, osoby niezamożne. Jeżeli małżeństwo, w którym oboje pracują musi połowę swych dochodów przeznaczyć na wynajem mieszkania i i jego utrzymanie, stają oni wobec konieczności utrzymania się za jedną pensję. Zwykle jest to bardzo trudne, tym trudniejsze jeżeli się ma dzieci. Tymczasem wyznaczając granicę klasy średniej Polski Instytut Ekonomiczny nie uwzględnia jako członków gospodarstwo domowego.
Ojciec ekonomii klasycznej, Adam Smith uważał, że płaca robocza powinna wystarczać na utrzymanie czteroosobowej rodziny. Fakt, że połowa Polaków ma ujemny majątek czyli więcej długów niż oszczędności świadczy, że nie wystarcza.

Wzrost kosztów utrzymania dotyka zwłaszcza te gospodarstwa domowe, które większość swych dochodów przeznaczają na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych. Mieszkanie, jego ogrzanie, inne rachunki, żywność. Chodzi więc o niezamożna część społeczeństwa, gdyż akurat żywność, energia, opał, drożeją najszybciej i znacznie powyżej oficjalnego wskaźnika inflacji. Jednocześnie kryteria dochodowe uprawniające do korzystania z pomocy społecznej pozostają w tyle za owym wzrostem kosztów utrzymania.

Na drugim biegunie są ci, którzy inwestują w nieruchomości, których wartość rośnie w rekordowym tempie. Wartość tych inwestycji dodatkowo rośnie za sprawą prawie czterech milionów uchodźców z Ukrainy, którzy wytwarzają dodatkowy popyt na rynku mieszkaniowym. Kiedy się czyta tytuły prasowe można by ulec złudzeniu, że krąg osób zarabiających na spekulacji mieszkaniami jest szeroki, skoro jak głoszą media „Polacy masowo wykupują mieszkania”.

Narysowany klasy posiadające i posłuszne im media sztuczny horyzont utrudnia nam ostre widzenie rzeczywistości. Kiedy biedacy pożyczali u lichwiarzy żeby przeżyć do pierwszego media o tym nie wspominały. Kiedy rosną raty kredytów dla górnych 10-12% społeczeństwa w mediach słychać powszechny lament i państwo już spieszy z pomocą. Myliłby się jednak ten kto by sądził, że rządzący zlitowali się nad młodym małżeństwem, któremu najpierw niesłusznie udzielono kredytu, a potem rata wzrosła dwukrotnie stanowiąc 60 i więcej procent wydatków. Państwo dopłaci, żeby pomóc bankom, które za sprawa niewypłacalności kredytobiorców mogłyby stracić. Najlepszy dowód, że przy udzielaniu pomocy dłużnikom hipotecznym nie będzie stosowane kryterium dochodowe. Jeżeli więc bogatemu wzrośnie rata, ale o n specjalnie tego nie odczuje, państwo tez dopłaci.
Dopłacanie bogatym i skąpienie biednym, podobnie jak prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat to podstawowe mechanizmy narastającego rozwarstwienia.

Jak fałszywy dyskurs dyktowany przez elity władzy i pieniądza zastąpić rzetelnym obrazem rzeczywistości? Nie wystarczy przedstawienie faktów, które zadają kłam urzędowemu optymizmowi. Żaden think tank, żadna najbardziej nawet błyskotliwa dysertacja naukowa nie zastąpi aktorów społecznych. Marks uważał, że klasa w sobie może stać się klasą dla siebie. Czyli, że pokrzywdzeni, wyzyskiwani, okradani z owoców swojej pracy uświadomią sobie swój wspólny zbiorowy los. I nieraz tak w historii bywało. Zanim jednak ludzie ruszyli na barykady, na ulice czy do urn, ktoś musiał budować masę krytyczną świadomości zbiorowej, teorię zmiany, która wychodzi od zanegowania status quo. I oto jesteśmy na samym początku drogi. Próbujemy zanegować zastaną rzeczywistość. Mówimy, że król jest nagi. I czekamy na powszechny odzew. Na gromki śmiech tłumu.

Piotr Ikonowicz

Źródło
Opublikowano: 2022-06-23 11:25:52