Adriana Rozwadowska:



Źródło: fb
Opublikowano: 2021-12-24 12:51:56

[oryginał u Grzegorz Ilnicki, link w komentarzu, zapraszam] Tymczasem w poznańs

Adriana Rozwadowska:


[oryginał u Grzegorz Ilnicki, link w komentarzu, zapraszam]

Tymczasem w poznańskim sądzie pracy toczy się jedna z rozlicznych spraw pracownicy dobrze znanego już Wam Paroca kontra Paroc.

Pewnego jesiennego dnia 2019 roku Paroc postanowił bowiem poinformować załogę mailem, że odtąd traci coś na kształt parocowej karty multisport: bo do tej pory pracownicy mieli bezpłatny wstęp na basen, saunę, siłownię. Nie da się ukryć, że to jednak składnik wynagrodzenia.

Gdyby Paroc chciał obniżyć wynagrodzenia – te wypłacane w złotówkach – musiałby aneksować umowy. W tym wypadku jednak po prostu wydał komunikat: zabraliśmy, nie ma, można wracać do roboty.

A oto urywek z rozprawy. Pełnomocnik powodów to nikt inny, jak jeden z liderów związku zawodowego i strajku w Parocu. W trzydziestym bodaj czwartym roku życia zalicza lekcję matematyki – zamiast wysłuchać stron i skonfrontować sprawę z literą prawa, sędzia postanowiła zaprząc do sprawy swoje poglądy, na chwilę przemienić się w rzeczniczkę Paroca, i pokrzykując wyjaśnić mu, że benefity kosztują.

Możecie tylko żałować, że nie słyszeliście całości.


Źródło: fb
Opublikowano: 2021-12-05 13:42:02

Teraz, zapraszam :) RYNEK PRACY – DIALOG SPOŁECZNY – PROTESTY PRACOWNICZE ___

Adriana Rozwadowska:


Teraz, zapraszam

RYNEK PRACY – DIALOG SPOŁECZNY – PROTESTY PRACOWNICZE
___
Rakowska | Rozwadowska | Polakowski


Źródło: fb
Opublikowano: 2021-11-29 18:00:24

„Gra w rasy” rusza w trasę. Kto z Warszawy, niech rezerwuje wieczór 7 grudnia, bo w Nowy Teatr o tym jak kapitalizm dzi

Adriana Rozwadowska:

„Gra w rasy” rusza w trasę. Kto z Warszawy, niech rezerwuje wieczór 7 grudnia, bo w Nowy Teatr o tym jak kapitalizm dzieli, by rządzić będę rozmawiał z Adriana Rozwadowska. Oraz zachowajcie czujność, nie wyłączajcie odbiorników i nasłuchujcie komunikatów, bo kolejne już wkrótce

#Grawrasy


Grawrasy

Źródło
Opublikowano: 2021-11-10 19:19:28

Agresywni, roszczeniowi, etatowi. Co robią i ile zarabiają związkowcy?

Adriana Rozwadowska:


Człowiek na zdjęciu to Marcin Lewandowski, wiceszef Konfederacji Pracy w fabryce Paroc, w której w sierpniu br. doszło do największego zakończonego sukcesem strajku w sektorze prywatnym od właściwie nie wiadomo kiedy.
Tekst o nim (i nie tylko) pisało mi się szczególnie miło. Bo o związkowcach – zwłaszcza tych etatowych – mówi się zazwyczaj tylko źle: wyłącznie przez pryzmat niektórych górników czy związków w niektórych spółkach Skarbu Państwa – postrzega się więc większość przez pryzmat marginesu.
Co jest bez sensu, bo równie dobrze możemy całkowicie znieść prawo, bo ktoś je łamie, albo wlepić każdemu polskiemu pracodawcy karę grzywny, bo pan Wiesław zatrudnia na dzieło.
Bo słyszeliście kiedyś w mainstreamowych mediach zachwyty nad związkowcami równe zachwytom nad przedsiębiorcami, którzy zbudowali prężnie działającą firmę? Albo wywiady, w których pytałoby się ich o sytuację gospodarczą, na rynku pracy i w ich firmie tak, jak pyta się przedstawicieli przedsiębiorców? Otóż nie. Związkowcy mają za to łatkę nieobiektywnych – w przeciwieństwie do zawsze obiektywnych przedstawicieli biznesu.
Tym tekstem chciałabym powyższą lukę choć trochę wypełnić: wybrałam więc pięciu związkowców, którzy odwalają naprawdę dobrą robotę – a tekst zawiera ich sylwetki.
I tak Marcin Lewandowski ukończył administrację, i opowiada, jak doszło do strajku: „Spotkania z pracodawcą są kulturalne, ale wciąż słyszymy, że jest kryzys. Trwa nieustannie. W 2020 roku na pierwsze spotkanie w sprawie podwyżek poszliśmy otwarci na dialog. Usłyszeliśmy, że nie ma dla nas żadnych propozycji. Potem był rok rokowań i mediacji. Chyba nie można powiedzieć, że jesteśmy niecierpliwi i nie chcemy się dogadać, prawda?”
Albo Michał Kulczycki, szef „S” pracowników ochrony i sprzątania, człowiek, który zimą 2016 roku złaził całą Warszawę, urząd po urzędzie, żeby pokazać, ile zarabiają pracownicy ochrony w ministerstwach i innych państwowych przybytkach. Powstał raport, którego nigdy nie zapomnę: w ochronie płaciło się wtedy 4, 5, 7 zł za godzinę pracy. Rok później w życie weszła stawka minimalna za godzinę pracy, i co najmniej podwoiła zarobki. Kulczycki jest jednym z jej ojców – i jednym z ludzi, którzy zmusili gigantów z branży ochrony, wcześniej związkowcom grożących i je zwalczających, do ucywilizowania warunków pracy i dialogu (Solid podpisał nawet papier, że szanuje prawo do zrzeszania się i dał związkowi prawo do kontaktu z każdym nowym pracownikiem). Jako etatowy związkowiec, który organizuje teraz m.in. oszukiwanych przez agencje ochrony Ukraińców, i walczy z szarą strefą w sprzątaniu, zarabia na wygodnym związkowym etacie zawrotną płacę minimalną z hakiem. I mówi tak: „To zasada zapałki: pojedynczą bez trudu można złamać, jeden pracownik z molochem nie wygra. Pęczek ugnie się, ale nie złamie. A żeby był dialog, firma musi czuć na plecach oddech pracowników. Zawsze powtarzam: organizujcie się, bo nikt za was waszych problemów nie załatwi. A jak was nie będzie, to za chwilę mnie też nie będzie.”
Albo Wojciech Jasiński, szef OPZZ KP w Solarisie, którego zapytałam, czy jest roszczeniowy. A on odpowiedział: „Tak jak wszyscy. Przedsiębiorcy zrzeszają się w BCC czy Lewiatanie, żeby forsować dla siebie lepsze prawo, a przez to więcej zarabiać. Nikt z nich nie prowadzi biznesu dla zabicia czasu. Pracownik również pracuje dla pieniędzy, a nie za uśmiech szefa. Ktoś pracę sprzedaje, a ktoś inny ją kupuje. To transakcja”.
I Piotr Burczyński, absolwent informatyki, szef OPZZ KP w Parocu, dla którego strajk nie jest największym sukcesem – jest nim umiejętność połączenia pracy zawodowej, pracy związkowej i życia rodzinnego. Bo Burczyński etatu związkowego nie ma – żeby ludzie nie patrzyli na niego podejrzliwie, i żeby być bliżej nich. Robi więc na dwa i mówi: „Są tacy, też na samym dole w hierarchii, którzy myślą, że dystansując się od związków, zyskają dobrą opinię u pracodawcy. Ale na razie 800 zł dostali dzięki naszej pracy, nie dobroci pracodawcy”.
Zapraszam, bo naprawdę warto posłuchać, jak wyglądają praca i wygodne związkowe posady panów. A jeśli znów usłyszycie, że związki nadają się na Powązki, bo jakiś jeden przewodniczący z drugim coś tam, można linkować.

Agresywni, roszczeniowi, etatowi. Co robią i ile zarabiają związkowcy?

Źródło
Opublikowano: 2021-11-08 13:15:00

Z cyklu prokurator PiS w każdej rodzinie.

Adriana Rozwadowska:


Z cyklu prokurator PiS w każdej rodzinie.
Jest kolejna inicjatywa posła PiS Bartłomieja Wróblewskiego (najszerzej znanego ze złożenia wniosku ws. aborcji do Trybunału Konstytucyjnego). Tym razem poseł wejdzie z butami w życie rodzin – jak sądzę przede wszystkim tych odstających od wzorca.
Wróblewski złożył właśnie w Sejmie projekt ustawy: postępuje depopulacja Polski, dlatego za 30 mln zł powstanie Polski Instytut Rodziny i Demografii. Niech Was tylko nie zmyli nazwa.
Owszem, instytut ma zająć się badaniami demograficznymi, których mamy w Polsce w bród, ale – mówią czołowi demografowie – ich wyniki nie podobają się rządowi PiS, więc sobie zamawia własne, a środki na te prawdziwe tnie.
Ale projekt przewiduje coś jeszcze, coś, o czym demografom raczej się w najśmielszych snach o kierunkach rozwoju polskiej demografii nie śniło: prezes PIRiD będzie mógł „żądać wszczęcia postępowania w sprawach cywilnych dotyczących rodzin oraz w sprawach rodzinnych, w szczególności w sprawach ze stosunków między rodzicami a dziećmi, dotyczących wykonywania władzy rodzicielskiej oraz brać udział w toczącym się już postępowaniu – na prawach przysługujących prokuratorowi”. Tak stoi w projekcie, nie kłamię.
Prezes zajmie się także przysposobieniami (wiecie, rozumiecie). W ten oto sposób – głosi uzasadnienie projektu ustawy – ma chronić rodzinę.

***
Link do tekstu – zapraszam do klikania i o nie ładnie proszę – wklejam w komentarzu, bo Facebook tnie mi ostatnio niemiłosiernie zasięgi za linki.
Oraz nie róbcie „wrrr”, bo za to też tnie!


Źródło
Opublikowano: 2021-11-04 17:24:15

Zarobki w ZUS? Oficjalną, wysoką średnią dostaje… 5 proc. pracowników

Adriana Rozwadowska:


5844 zł brutto (4209 netto) – jak na Polskę ładna pensja – zarabiają średnio wg prezes ZUS urzędniczki. A mi udało się zdobyć ankietę, którą Związek Zawodowy Pracowników ZUS przeprowadził – bo się na powyższą wieść wkurzył – na próbie blisko 3,5 tys. zatrudnionych w 35 oddziałach. Bo w tę średnią ZUS wliczył nadgodziny, nagrody jubileuszowe i odprawy.
A z tej wynika – tej ankiety – że:
> najczęstsza płaca w ZUS mieści się w przedziale 2492 a 3331 zł na rękę
> 15 proc. urzędniczek zarabia minimum: między 2062 a 2485 zł netto
> w tym istnieją osoby pracujące w ZUS-ie ponad 20 lat, które zarabiają 2203 zł na rękę
> barierę 5010 zł brutto – do podanej średniej brakuje jeszcze prawie tysiąca złotych – przekracza zaledwie 5 proc. pracujących (najczęściej są to kierownicy)
Dalej:
> 82 proc. urzędniczek stwierdziło, że nie jest w stanie sprostać wszystkim nałożonym obowiązkom w ciągu 8 godzin pracy, dlatego
> 71 proc. pracownic pracuje w nadgodzinach, z czego…
> tylko 9 proc. z własnej woli
W ZUS-ie cały czas trwają spory zbiorowe. „Solidarność” zażądała nawet latem dymisji prezes Uścińskiej. Szkopuł polega na tym, że prezes ma budżet, jaki ma, czyli jaki klepnie jej Sejm. A z tego wynika, że zażalenia należy kierować nie do niej, a raczej do partii rządzącej.
A ta ostatnia jest tak propracownicza, że nie zainteresowała się jak do tej pory żadnym z protestów budżetówki. Których nawet nie zliczę.
Prace nad budżetem na siódmy rok rządów PiS trwają. Do tej pory budżety ZUS i PIP musiały ustąpić pierwszeństwa m.in. budżetowi IPN-u, jednak bardzo wierzę, że akurat w tym roku spadnie na nie istna ulewa pieniędzy.
O czym poniżej.

Zarobki w ZUS? Oficjalną, wysoką średnią dostaje… 5 proc. pracowników

Źródło
Opublikowano: 2021-11-04 12:05:55

Żyd antysemita, Legia i jelenie. Dyrektor cmentarza: „Moja praca to ciągłe napięcie”

Adriana Rozwadowska:


A było to tak. Tego samego wieczora, którego przy moim stoliku pojawił się były, zachowujący się jak nafurany, dyrektor w resorcie pracy (vide post z września), usiadł przy nim także typ lat na oko 35, a może mniej nawet, blondyn w bluzie dresowej koloru zmęczonej życiem czerwieni.
Rozmowa dotyczyła m.in. książki Mai Staśko i rozmaitych lewicowych raczej insajderskich spraw, dlatego że poznaję właśnie dyrektora Cmentarza Żydowskiego w Warszawie raczej nie wpadło mi do głowy.
Tym sumptem dowiedziałam się m.in., że założyciel fanklubu Legii, niejaki pan Nissenbaum, był Żydem, i że spoczywa przy Okopowej, że wpada tam Leszek Bubel z byłym i obrażonym dyrektorem tego cmentarza, że Polacy co prawda może i wywęszą każdego mającego choć pół polskiego korzonka Petrusa Ratajczyka, ale siostrę Citroena, która leży przy Okopowej, przeoczyli nawet na Wikipedii, oraz poznałam przeciekawą historię rogacizny. W życiu nie pomyślałabym, że na cmentarzu tyle się dzieje i tylko ciągły stres.
Następnie zaś na dokładkę okazało się, że piję właśnie z duchownym („Mówiłem gminie, że bardzo się na duchownego nie nadaję. Bo co to za duchowny agnostyk? Który nie praktykuje, nie zmierza praktykować, którego rodzice nie praktykują, wszyscy w rodzinie się tego oduczyli, a to już trzecie pokolenie (…). Sięgnąłem nawet po ostateczny argument, że moje przystąpienie do duchowieństwa tylko ośmieszy stan duchowny. Odpowiedzieli, że stan duchowny ma na sumieniu gorsze rzeczy”).
Ale po co ja o tym. Albowiem cmentarz ów utrzymywał się z biletów (10 zł sztuka), niestety w pandemii przestał. Tymczasem jest to naprawdę zaskakujący kawałek miasta, wchodzisz, i lądujesz się w innym świecie, trochę w puszczy, trochę nigdzie, na pewno nie Warszawie (a jest to obszar ogromny jak Łazienki). Więc jeśli chcecie sprawić panu dyrektorowi przyjemność i wesprzeć ratowanie znikających cmentarzy, to można wpaść, posłuchać 47 gatunków chronionych ptaków, które ćwierkają tuż przy CH Arkadia i tamtejszych straszydłach mieszkaniowych, i zobaczyć – jak to ujął mój rozmówca – „fajny park i sporo ładnej rzeźby”. Możecie też zalajkować profil cmentarza na Fejsie (po co cmentarzowi Instagram też przegadaliśmy w rozmowie), albo kupić cmentarną cegiełkę. Do czego zachęcam tak samo jak i do przeczytania rozmowy, bo to jedna z moich w ostatnim czasie ulubionych.

Żyd antysemita, Legia i jelenie. Dyrektor cmentarza: „Moja praca to ciągłe napięcie”

Źródło
Opublikowano: 2021-11-01 13:23:22

Obrona UE to walka o praworządność i przeciwko 16 godzinom pracy dziennie

Adriana Rozwadowska:


Jestem z tych, którzy życzyliby sobie, żeby temat Maty i Matytaty się wypalił, i nie rozumieją rozmiarów zjawiska (choć, nie będąc fanką gatunku, bo będąc fanką muzyki z rodzaju raczej ciężkiego, doceniają skille Maty).
Ale trudno odmówić sobie – kiedy Matczak mówi o pracy po 16 godzin dziennie, twarzą obrony demokracji i Unii Europejskiej będąc, a przede wszystkim prawnikiem – przypomnienia o takich dokumentach jak unijna Karta Praw Podstawowych czy europejska dyrektywa o czasie pracy.
Zgodnie z nimi czas pracy w państwach członkowskich nie może przekraczać 48 godzin wraz z nadgodzinami, a pracownikowi należy zapewnić 11 godzin nieprzerwanego odpoczynku dobowego.
Z czego wynika, że walka o Unię, to nie tylko walka o praworządność, ale i przeciwko 16 godzinom pracy dziennie.
Klasyk z SLD powiedział kiedyś, że „Biedni nie głosują”. Kto przyjdzie na protesty w obronie sądów pracując na dwóch etatach? Albo zagłosuje systemem, który – w ich jedynym dostępnym życiu – nie pozostawia im czasu na życie rodzinne? Unia, której broni Matczak, już to wie: im więcej w Europie rządów skrajnej prawicy, tym bardziej kładzie nacisk na warunki życia i rozbudowuje Europejski Filar Praw Socjalnych.
Jak również, imho, niegodne autorytetu jest stawianie chochoła, i określanie bliżej niesprecyzowanej grupy społecznej mianem „leni” w celu jej dewaluacji – co przecież technicznie niczym nie różni się od nazywania prawników „kastą” – a potem odwracanie kota ogonem i twierdzenie, że zostało się, wraz ze swoimi ambicjami, bezpardonowo i wstrętnie zaatakowanym.
Nikt na Pana złośliwie nie napadł, Panie Matczak. To Pan zadzwonił.

Obrona UE to walka o praworządność i przeciwko 16 godzinom pracy dziennie

Źródło
Opublikowano: 2021-10-20 12:09:21

Z cyklu propracowniczy jak PiS, czyli wcale.

Adriana Rozwadowska:


Z cyklu propracowniczy jak PiS, czyli wcale.
No to mamy jasność. Po sześciu latach obietnic, że zlikwiduje śmieciówki, rząd zaopiniował projekt Lewicy w tej sprawie.
Lewica chciała nadać inspektorom pracy nowe uprawnienia – możliwość zamiany fikcyjnych zleceń w etat na drodze decyzji administracyjnej.
Rząd zajął właśnie stanowisko wobec tej propozycji. Brzmi następująco:
„Oznaczałoby to prawne uprzywilejowanie umów o pracę i byłoby sprzeczne zarówno z zasadą swobody nawiązania stosunku pracy, zasadą swobody umów, jak również z systemem prawa cywilnego, (…) byłoby naruszeniem kompetencji sądów pracy”.
Dalej pada jeszcze masa argumentów, głównie ad koszty pracodawcy. A podpisał się pod tym premier Mateusz Morawiecki.
Nie mam pojęcia, kto to wymodził, mam za to pojęcie o art. 22 kodeksu pracy. W przypadku pracy jak na etacie nie ma żadnej „swobody zawierania umów”. NIE MA.
Jakie są zaś kompetencje sądów – hm, chyba, jak PiS pokazał wielokrotnie, można je zmieniać? Inspektorzy wydają też przecież decyzje administracyjne w innych sprawach.
Ile razy pisałam, że coroczne, sakramentalne (ukazujące się zawsze w DGP) zapowiedzi takiej właśnie nowelizacji to baloniki, które PiS wypuszcza, aby wydawało się, że coś się w sprawie dzieje? I to działało, bo nie raz byłam pytana przez chcących zawrzeć zlecenie czy dzieło, czy to już obowiązuje. A pamiętacie jeszcze „test przedsiębiorcy”?
Zgłaszam więc temat do zamknięcia.
***
A w komentarzu tekst na ten temat, możecie mi kliknąć, będę miała profit.

Źródło
Opublikowano: 2021-10-18 12:21:25

Czemu protesty nie działają? Rozwadowska: W centralach związkowych nie widać woli walki

Adriana Rozwadowska:


Jestem osobą posiadającą niezwykły talent do zniechęcania do siebie ludzi poprzez nietaktowne, nieuwzględniające możliwych obraz wypowiedzi – ale co tam. W tej rozmowie z Michał Sutowski dzielę się historią, która sfrustrowała mnie do granic.
Jeszcze niedawno naiwnie myślałam, że centrale związkowe nie umieją w media społecznościowe i PR, bo nie mają ludzi – ciężko zatrudnić za związkowe pieniądze dobrego specjalistę, a średnia wieku w centralach sami wiecie – świadomości albo umiejętności przełamania marazmu w tym zakresie.
FZZ obserwuje na Facebooku 4,6 tys. osób, OPZZ przekroczył zawrotne 1,5 tys. W czasach, w których społeczne niezadowolenie przeradza się w protesty właśnie w mediach społecznościowych. „S” ma 9 tys. A mówimy o organizacjach, które łącznie zrzeszają jakieś 2 mln ludzi. Doprawdy imponujące.
Tymczasem wydarzył się w moim życiu taki miesiąc – jeden jedyny – kiedy zaistniał cud: media społecznościowe i PR pewnej centrali ożyły. Zaczęłam dostawać informacje prasowe pisane niesiermiężnym, fajnym językiem – w czasie rzeczywistym wobec dziejących się wydarzeń, a nie przypadkowo. Nie raz na jakiś czas – codziennie. Spadł na mnie grad propozycji: a może napiszę o tym? Albo tamtym? Centrala robi przecież masę rzeczy. Służono wszelkimi numerami – i podpowiedziami, nie tylko do godziny 14. Związek zaczął zachowywać się jak organizacje pracodawców – aktywnie lobbować.
Tekst powstawały, konta centrali zaczęły żyć, szerować je i podawać dalej, stały się bytem ożywionym uczestniczącym w strumieniu wydarzeń. Zadziały się zasięgi.
Jakież więc było moje uniesienie brwi, kiedy po kilku zaledwie tygodniach dostałam od autora tych zmian maila z pożegnaniem. Nie przedłużono mu umowy.
– Wtf? – zapytacie.
Bo nie zasięgi mają być zrobione, ale działacze związkowi zadowoleni – usłyszał, a od niego usłyszałam ja. A działacze zadowoleni nie byli. Bo jeśli na Facebooku ma pojawić się zdjęcie konkurenta z fajnym cytatem, który jeszcze nie daj boże by się szerował, to lepiej zarżnąć całe media społecznościowe. Bo teksty prasowe o działalności centrali to nic, czym należy się chwalić. Lepiej wrzucić posta z życzeniami z okazji Dnia Stolarza. Oczywiście wyłącznie po uzyskaniu właściwej pieczątki.
Przez kilka dni klęłam pod nosem rzeczy niezdatne do cytowania.
A potem wróciłam w rzeczonym zakresie na emigrację wewnętrzną.

Czemu protesty nie działają? Rozwadowska: W centralach związkowych nie widać woli walki

Źródło
Opublikowano: 2021-10-04 12:10:51

Salowe na śmieciówkach będą protestować. Firma, która ich zatrudnia, twierdzi, że nie będą

Adriana Rozwadowska:


Rozmaite już odpowiedzi pracodawców otrzymywałam, ale ta jest mimo wszystko warta uwagi – ponieważ urwała się z roku 2002.
W sobotę w Jaworznie odbędzie się protest ostrzegawczy salowych, które są wypożyczane Szpitalowi Wielospecjalistycznemu przez spółkę Impel. Tj. pośrednio. Bo panie co miesiąc podpisują trzy umowy zlecenia z trzema różnymi spółkami.
Na tych rozmnożonych umowach zarabiają minimalną, urlopy mają na gębę, a i to – jeśli im wierzyć, ale właściwie dlaczego nie – nie zawsze. Czasem urlop ma być, ale nie ma komu robić, więc znika. Za pracę w godzinach nocnych nie dostają dodatków, jeśli zachorują, chorują za darmo.
Co na to Impel? Poza tym, że pisze, że umowy zlecenia są formą zatrudnienia dopuszczoną prawem (nie są, artykuł 22 kp się kłania, ale dziękujemy za to zamieszanie rządowi, który doraźnie wprowadził stawkę minimalną, a potem zapomniał, że miał zlikwidować śmieciówki), a wynagrodzenia są naliczane prawidłowo, pisze też tak:
„Regularnie spotykamy się z osobami, z którymi współpracujemy. Ostatnie spotkanie odbyło się 20 września. Pracownicy nie zgłaszali żadnych postulatów (…). Wręcz przeciwnie – od większości zespołu otrzymaliśmy zapewnienie, że nie zgadzają się na osłabianie wizerunku naszej firmy i ich jako zespołu, oraz deklarują, że będą wspierać nas w działaniach, które temu mogą zapobiec. Załoga szpitala w Jaworznie nie potwierdza udziału w proteście i się z nim nie identyfikuje”.
Oczami wyobraźni już widzę te salowe, które organizują kontrprzemarsz w obronie umów zlecenia i płac minimalnych, i czują się urażone perspektywą poprawy warunków pracy, a wizerunek pracodawcy przedkładają ponad urlop. Widzę także te pracownice, które wypinając pierś przyznają się menadżerowi do współuczestnictwa w spisku. A właściwie to wyobrażam sobie to spotkanie jak te apele w chińskich fabrykach, ze skandowaniem peanów na cześć pracodawcy.
A ponieważ it’s so 00′ (kiedy bezrobocie sięgało kilkudziesięciu procent), to przypomina mi to spotkanie zapoznawcze u mojego pierwszego w życiu pracodawcy – „elitarnej” sieci Piotr i Paweł. Pan je prowadzący zaczął wtedy od słów:
– Chciałbym poinformować, że w naszej sieci nie ma związków zawodowych. I nie będzie. Są niepotrzebne, bo warunki pracy zadawalają pracowników. Wszyscy jesteśmy tutaj zadowoleni. Czy się rozumiemy? No.

Salowe na śmieciówkach będą protestować. Firma, która ich zatrudnia, twierdzi, że nie będą

Źródło
Opublikowano: 2021-09-24 14:26:14

Dyspozytor 112 odmówił przyjęcia zgłoszenia o wyziębionych nastolatkach z Konga. „Nie ma znaczenia, czy umiera, czy nie umiera” [NAGRANIE]

Adriana Rozwadowska:


Jeśli myśleliście, że dzwoniąc pod numer 112 otrzymacie fachową pomoc niezależnie od okoliczności – jesteście w błędzie. W państwie PiS (nie, nie mam obsesji, tak po prostu jest) jest to uzależnione od pochodzenia, koloru skóry, i tego, czy macie przy sobie odpowiednie papiery.
Zawsze może odebrać znudzony pan, który – zamiast wystrzelić serią pytań o stan zdrowia, miejsce pobytu i cokolwiek przydatnego – zacznie dopytywać Was, skąd Wy w ogóle macie numer do poszkodowanego, i po cholerę dzwonicie i zawracacie głowę, skoro pewnie już ktoś się tym zajął.
„No proszę pani, skąd pani ma informację, że oni umierają?” – pyta dyspozytor 112. I potem tłumaczy, że nie wszystkie hipotermie obchodzą obecnie służby tak samo: „Nie ma znaczenia, czy umiera czy nie umiera. Jest to osoba nielegalnie przebywająca w Polsce, tak?”
Do MSWiA, które jest odpowiedzialne za numer 112, wysłałam pytania o dalsze losy pana, którego egzemplifikacji profesjonalnej pracy zawodowej można posłuchać na nagraniu.

Dyspozytor 112 odmówił przyjęcia zgłoszenia o wyziębionych nastolatkach z Konga. „Nie ma znaczenia, czy umiera, czy nie umiera” [NAGRANIE]

Źródło
Opublikowano: 2021-09-23 16:59:20

Cała Polska od 6 lat szuka sposobu, jak by tu pozbyć się PiS.

Adriana Rozwadowska:


Cała Polska od 6 lat szuka sposobu, jak by tu pozbyć się PiS.
Niektórzy politycy PO szukają go m.in. na urodzinach Mazurka, wielkie nadzieje budziło Białe Miasteczko 2.0, które powoli i systematycznie sobie przygasa.
A co powiedzielibyście na 20 tys. osób przed Kancelarią Premiera, na Ujazdowskich? To byłoby coś, prawda?
Problem w tym, że – tu niektórzy się zdziwią i nic w tym dziwnego – ale to już było, bo dziś właśnie mijają okrąglutkie 3 lata od protestu budżetówki przed KPRM. 20 tys. osób przyjechało wtedy do Warszawy z rozmaitych Sanoków, Opoli i Gryfin – a przyznajmy, że jest to niemała inwestycja czasowo-finansowa – żeby wywalczyć dla budżetówki płace nieminimalne. Te 3 lata temu najczęściej pracujący dla państwa dostawał jakieś 1,5-2,5 tys. zł netto. I niewiele się zmieniło – podskoczył tylko dół widełek, bo podskoczyła płaca minimalna.
Niestety rozlazło się, bo nikt, dosłownie nikt, nie był zainteresowany 20 tys. pracownic i pracowników budżetówki, choć takiej ilości ludzi nie gromadziły protesty Komitetu Obrony Demokracji. Premier był w podróży, liberalna opozycja zaś akurat nie u Mazurka, ale we Wrocławiu – gdzie odbywała się konwencja PO.
Grzegorz Schetyna mówił wtedy dużo o Unii Europejskiej, drogach i mostach, i kłamstwach PiS, Katarzyna Lubnauer, że priorytetem jest państwo, które zapewnia dobrobyt, Barbara Nowacka zaś, że państwo musi wspierać obywateli, budować żłobki, przedszkola i szkoły.
To pięknie, bo dokładnie w tym samym czasie w Warszawie przed KPRM sterczało 10 tys. nauczycieli (po zbudowaniu szkół trzeba w nich kogoś zatrudnić), poza tym strażacy, weterynarze, pracownice ZUS-u, KRUS-u, GUS-u, kultury, ło panie, kogo tam nie było. Zjawiło się nawet kilku marynarzy i mała reprezentacja przedstawicieli Związku Zawodowego Ukraińców pracujących w Polsce.
Oglądałam uparcie. Nikt na konwencji nie zahaczył o protest. 20 tys. ludzi rozjechało się po prostu, jakby ich nigdy przed KPRM nie było, a jeśli zdążyli dotrzeć do domu na wieczorne „Fakty”, to raczej nie mieli okazji krzyknąć czegoś na kształt: „Ej, Irena, prędko! Jestem w telewizji!”, bo protestowi nie poświęcono materiału, który można by określić mianem materiału – a zaledwie migawkę.
Trzy lata później – w lipcu – politycy PiS przyznali sobie podwyżki. Przez bity tydzień posłowie opozycji gardłowali, że to skandaliczne, kiedy o byt walczą pracownice ZUS-u, KAS, ratownicy medyczni, pielęgniarki, nauczyciele i nauczycielki…
A ja pisałam wtedy i mówiłam, że to populizm: to, czyli nadzainteresowanie podwyżkami dla polityków. Ich koszty to fistaszki – a politycy opozycji, kiedy sprawa się zakończy, o budżetówce zapomną, bo sprawę znają tylko z briefów. I – kto by przypuszczał! – zapomnieli. Bo kiedy ostatnio słyszeliście jakiegoś posła uparcie wracającego w programie telewizyjnym do problemu zarobków w sferze publicznej?
Co mamy w zamian? W trzylecie wizyty 20 tys. osób przed KPRM mamy urodziny Mazurka. I – po krótkim wzmożeniu latem – kompletne wypalenie energii na kolejne protesty.
Jeśli w drugim roku pandemii, kiedy przez 1,5 roku urzędnicy w nadgodzinach i za darmo obrabiali wszystkie te kolejne tarcze, medycy pracowali ponad siły, w szkołach zdążyło już zabraknąć nastu tysięcy nauczycieli, inflacja rosła i rośnie w sposób trudny do przełknięcia, a premier ogłasza ogromną nadwyżkę, którą zamierza spożytkować na czołgi, nie ma energii na protest budżetówki, to ja przepraszam, ale nie będzie jej już. Została roztrwoniona.
Nikt nie będzie się telepał autokarem na żaden protest do Warszawy z drugiego końca Polski, żeby potem oglądać w telewizji oddającego mocz Marka Dyducha, wyraźnie zadowolonego Sławomira Neumanna, i słuchać truizmów o tym, że kłamstwa PiS muszą się skończyć. Ten nikt będzie miał pełną rację i polecam mu mieć wywalone jak politycy opozycji na urodzinach Mazurka, kiedy ktokolwiek potem będzie cmokał nad wywaleniem obywateli na sytuację w tym kraju.

Źródło
Opublikowano: 2021-09-22 16:04:20

Z cyklu: Ministerstwu Rozwoju i Technologii gratuluję angażu wicedyrektora Departamentu Funduszy Mateusza Biesiady, a je

Adriana Rozwadowska:


Z cyklu: Ministerstwu Rozwoju i Technologii gratuluję angażu wicedyrektora Departamentu Funduszy Mateusza Biesiady, a jeszcze bardziej Prozumieniu Jarosława Gowina go gratuluję. A było to tak.
W weekend poczułam się już odchorowana i wyszłam spotkać ze znajomymi. Siedzieliśmy grzecznie rozmawiając, wtem postanowiliśmy zrobić sobie zdjęcie. Wyciągnęłam więc rękę zaopatrzoną w smartfon, kiedy ktoś ją potrącił. Był to on.
– Mogę zrobić wam zdjęcie, towarzyszko – powiedział.
– Dziękuję, poradzę sobie – odpowiedziałam.
– Pomogę! Jestem wicedyrektorem w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.
Oho. Ale, jak to ja, zamiast zatrzymać się na tym fakcie – że człowiek w drugim zdaniu mi tu wicedyrektoruje – odpowiedziałam po swojemu:
– To niemożliwe. Nie możesz być wicedyrektorem w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii. Nie ma już przecież Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. Jest Ministerstwo Rozwoju i Technologii.
– Oooooo! Ale się znasz! Skąd wiesz, że praca wróciła do Maląg? Jesteś moją podwładną? – i tu położył mi familiarnie rękę na ramieniu i mnie poklepał klepu klep. A potem zjechał tą ręką na moje przedramię, chwycił mnie za nie i już tak zostało.
– Nie jestem. Ale jestem żywo zainteresowana tematem.
– Ale powiedz, jestem twoim wicedyrektorem? Skąd wiesz, że praca jest u Maląg? Ja nie kłamię, jestem wicedyrektorem, mam 30 lat, jestem najmłodszy, w tym wieku w ministerstwie to jest osiągnięcie, nie? Patrz, tu, czytaj! Jesteś moją podwładną?
I tu wicedyrektor wyciągnął z portfela kartę kredytową, wsadził mi ją w rękę, i kazał czytać, palcem wskazującym wskazując na personalia. Faktycznie stało tam: M-A-T-E-U-S-Z B-I-E-S-I-A-D-A.
– To co, jesteś moją podwładną? Patrz, czytaj!
Czułam się coraz bardziej nieswojo, bo twarz dziwnie przyspieszonego wicedyrektora wisiała coraz niżej nad moją twarzą, wciąż chwytał mnie za rękę i poklepywał, co istotnie zirytowało moich kolegów. Ci zaczęli groźnie zerkać na Mateusza Biesiadę, jeden z nich wstał. A to z kolei zirytowało młodego wicedyrektora. Najpierw zagroził, że wezwie ABW, potem stwierdził jednak:
– A po co mi ABW, sam ci wpierdolę – i podniósł stojący obok fotel usiłując cisnąć nim w mojego kolegę. A ponieważ był pijany, zachwiał się, i prawie przewrócił z owym fotelem na siedzących obok, bogu ducha winnych ludzi.
– Kolego, jesteś pijany i agresywny, nie życzymy sobie ciebie tu – powiedział wtedy drugi z moich kolegów. O dziwo poskutkowało. Mateusz Biesiada przepadł jak się pojawił. Nagle.
No nic, młodemu wicedyrektorowi z Porozumienia Gowina życzę nie kolejnych sukcesów, ale poczucia własnej wartości z prawdziwego zdarzenia. A polskim żołnierzom, żeby broń boże nie musieli nigdy trzymać nad nim parasola.
***
I na koniec uwagi.
Pierwsza: to nie jest post o tym, że ktoś się upił lub naćpał. Każdy ma imo prawo robić ze sobą to, co żywnie uważa, i nikomu nic do tego – o ile nikomu nie zagraża. Albo przypadkiem nie mówi swoim zachowaniem zbyt wiele a propos państwa polskiego. Gdyby Mateusz Biesiada wyłącznie się upił, a potem nawet na moich oczach przewrócił, puszczał z szafy grającej Dżem lub Comę – słowa bym nie napisała. Zostałoby to tam, gdzie tego miejsce, czyli w knajpie.
Druga: w razie wątpliwości co do prawdziwości posta, służę informacjami, które umożliwią weryfikację.
Trzecia: ze względu na wiele przesłanek, vide moja druga wypowiedź do wicedyrektora, jest możliwe, że ten właśnie odreagowywał utratę pracy. W internetach Departament Funduszy jest obecnie zdublowany w MRiT i MRPiPS. Tak czy owak niestety jednak wciąż pozostaje – wicedyrektor – ambitnym politykiem PJG, JG zaś niezatapialnym JG, który obecnie nigdy nie współtworzył żadnego rządu z żadnym Kaczorem dyktatorem. Pamiętajmy więc o tym chłopaku. Kiedyś i gdzieś trzeba będzie ratować jakieś jego podwładne.

Źródło
Opublikowano: 2021-09-20 09:19:08

Dziś protestowali pracownicy sądów, jutro zawody medyczne, a premier przykrywał to przed momentem perorując długo o prog

Adriana Rozwadowska:

Dziś protestowali pracownicy sądów, jutro zawody medyczne, a premier przykrywał to przed momentem perorując długo o programach rządu. Połowa jego spiczu dotyczyła tragicznych rządów poprzedników i tego, czym PiS różni się od koalicji PO-PSL. Z wieloma zdaniami nawet gotowa byłabym się zgodzić, ale po sześciu, zaraz siedmiu, latach robi się to już dość nudne.
Więc może napiszę, w czym PiS przypomina PO-PSL (prócz tego, że 213 rzeczami): wyznawaniem idei taniego państwa.
I tak w ZUS-ie mamy siedem sporów zbiorowych – bo obowiązkowe nadgodziny, bo tragiczne warunki pracy, bo płaca minimalna, bo dyskryminacja, wyczerpanie i – czasem – nawet psychotropy.
Teraz rząd wpadł na genialny w swojej… Więcej

Źródło
Opublikowano: