Markiewka: Granice gniewu

Tomasz Markiewka:

Jeśli się nie mylę, to debiut publicystyczny zaliczyłem na łamach "Magazynu Kontakt". Tym bardziej cieszę się z rozmowy ze Staszek Krawczyk na temat "Gniewu".

– Opowiadamy sobie ładne historyjki o tym, jak Martin Luther King wyszedł na mównicę i mówił, co mu się śniło, jakie ma marzenia. W wypadku praw wyborczych kobiet w ogóle o niczym nie opowiadamy, tylko stwierdzamy, że w pewnym momencie po prostu się pojawiły. Nie mówimy, jak to się stało, że mamy ośmiogodzinny dzień pracy, nie dwunasto- czy czternastogodzinny. A za tym wszystkim kryją się masowe protesty, które nie były „ładne”, które często kończyły się bójkami, niszczeniem tej świętej własności prywatnej.

– Dlaczego właśnie taka wizja historii zwyciężyła?

– Na przykład dlatego, że gdybyśmy pamiętali, jak wywalczono prawa pracownicze, to i dziś chętniej byśmy w ten sam sposób o nie walczyli. Taka „spokojna” wizja historii może być wielu osobom na rękę. Zresztą u nas często się mówi, że wolny rynek sam z siebie stworzył dobrobyt, włącznie z prawami kobiet albo prawami pracowniczymi. Aby ta narracja mogła działać, trzeba wymazać z historii ruchy kobiece, strajkujących pracowników, konflikty między nimi a pracodawcami.

Ostatnio mieliśmy tego doskonały przykład, kiedy rakieta Muska udała się na stację kosmiczną i Robert Gwiazdowski oraz Leszek Balcerowicz piali z zachwytu, że to kolejny przykład wyższości prywatnego nad państwowym. A tymczasem wszystko to działo się we współpracy z NASA, firma Muska dostawała dofinansowanie od rządu, państwa przez lata latały w kosmos. i tak dalej.

Markiewka: Granice gniewu

Moim zdaniem współczesna prawica wygrywa dzięki temu, że rozpoznaje społeczny gniew i daje ludziom do niego prawo. Nawet jeśli jej recepty – przynajmniej w wydaniu Trumpa czy PiS-u – uważam w większości za fatalne.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-07 17:37:42

Kilka słów o obalaniu pomników. Konkretnie – o jednym argumencie przeciwników tych działań. Brzmi on mniej więcej tak: o

Tomasz Markiewka:

Kilka słów o obalaniu pomników. Konkretnie – o jednym argumencie przeciwników tych działań. Brzmi on mniej więcej tak: ok, ci ludzie dopuszczali się kontrowersyjnych, a nawet zbrodniczych czynów, ale nie możemy wymazywać historii, nie możemy jej edytować i zostawić w niej tylko tego, co pasuje do naszego obecnego klimatu politycznego.

Problem z tym pozornie rozsądnym argumentem polega na tym, że zakłada on istnienie jakiejś niewyedytowanej wersji historii, która miałaby być obecnie zniekształcana pod wpływem antyrasistowskiego wzburzenia. A to przecież ściema, bo my historię edytujemy nieustannie. Kiedy nasi europejscy przodkowie decydowali, że postawią pomnik Kolumbowi, a nie mordowanym przez niego i jego następców Arawakom, to – zgadliście – „edytowali historię”. Bo decydowali, co mamy z niej zapamiętać, o czym mamy zaś zapomnieć. I robili to skutecznie. Od czterech lat mam zajęcia ze studentami na temat Kolumba i Arawaków – wszyscy słyszeli o odkryciach tego pierwszego, ale nie spotkałem jeszcze ani jednej osoby, która przed zajęciami wiedziałaby o tym, co spotkało tych drugich.

Ciekawe, czy gdyby dziś Polska była usiana pomnikami Stalina, a jednym z największych dzieł polskiej kinematografii był film o przygłupich Polakach, którzy są wdzięczni Rosjanom za opiekę, to też pojawiałyby się opinie, że nie wolno „edytować historii”. Mam wrażenie, że dyskusja wyglądałaby jednak trochę inaczej. Tak naprawdę nie chodzi bowiem o edytowanie historii bądź nie, ale o to, z jaką wersją naszych dziejów łatwiej się nam utożsamić. W naszej części świata wciąż łatwiej przychodzi utożsamianie się z Kolumbem czy Churchillem niż z ich ofiarami. Podejrzewam, że oburzenie na obalanie pomników bierze się właśnie stąd, a nie z rzekomego zamiłowania do wierności faktom historycznym.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-04 10:00:23

Zbigniew Boniek rzuca tekstami, że „aby uczynić z ludzi niewolników, należy dać im pieniądze, których nie zarobili”. Wia

Tomasz Markiewka:

Zbigniew Boniek rzuca tekstami, że „aby uczynić z ludzi niewolników, należy dać im pieniądze, których nie zarobili”. Wiadomo z kim i czym to się kojarzy w Polsce, więc lajeczki idą tysiącami.

Może nie znam historii świata tak dobrze jak Boniek, ale wydaje mi się, że w większości przypadków robiono z ludzi niewolników w nieco inny sposób. Nie tyle dawano im pieniądze, co odbierano podstawowe prawa i przymuszano do pracy pod groźbą surowej kary.

Gdybym miał już szukać analogii we współczesnej Polsce, to z niewolnikami kojarzą mi się raczej ludzie zapierdzielający na umowach śmieciowych i drżący na myśl o kolejnej racie kredytu, a nie ktoś otrzymujący pomoc socjalną. Albo osoby takie jak Małgorzata, bohaterka jednego z tekstów Kacpra Leśniewicza: „Nie miałyśmy dla siebie nawet łazienki i łóżka, na których mogłybyśmy się położyć nad ranem. Nigdy nie wiedziałyśmy, ile szefowa zapłaci nam za dodatkową pracę jako obsługa wesela. Jak na loterii. Wszystko zależało od humoru szefowej – wspomina Małgorzata. – Pracowałam na czarno za trzy złote na godzinę, umowę na siedem złotych dostałam na krótko przed chorobą”.

Może gdyby kilka osób wyciągnęło głowę ze swoich czterech liter i zamiast snuć pseudo-filozoficzne rozważania na temat duchowej wolności, raczyło zauważyć podstawowe formy zniewolenia ekonomicznego, to Polska wyglądałaby dziś trochę inaczej. I nie trzeba byłoby liczyć na to, że ostatnim ratunkiem dla demokracji jest schlebianie Bosakowi.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-03 13:26:42

Ciągle wraca temat ekspertów pewnego banku, którzy uznali program Krzysztofa Bosaka za „znacząco pozytywny”, jeśli chodz

Tomasz Markiewka:

Ciągle wraca temat ekspertów pewnego banku, którzy uznali program Krzysztofa Bosaka za „znacząco pozytywny”, jeśli chodzi o jego wpływ na „równowagę budżetową”. Akcja Demokracja przypomina, że Bosak chce budować państwo oparte na dyskryminacji, czego nie można lekceważyć (także w kontekście gospodarki), i domaga się przeprosin. Bank odpowiada, że to tylko analiza ekonomiczna, której nie należy utożsamiać ze stanowiskiem politycznym. „Gazeta Wyborcza” przytacza dzisiaj racje obu stron.

Ciągle umyka jedna rzecz. Nawet z perspektywy czysto ekonomicznej ta analiza jest bzdurą. Program Bosaka zakłada ogromne, wielomiliardowe cięcia wpływów budżetowych bez wskazywania nowych źródeł finansowania czy oszczędności (nie licząc zmniejszenia Sejmu). To się ni cholery nie bilansuje, nie mówiąc już o „znacząco pozytywnym” wpływie na budżet. Zauważyło to kilka osób w mediach społecznościowych (Bartek Kocejko, Jan J. Zygmuntowski), ale media tradycyjne raczej milczą w tej sprawie, podobnie jak środowisko ekonomistów, choć w innych kwestiach – od praw fizyki po epidemiologię – polscy ekonomiści chętnie zabierają głos.

Tyle jest utyskiwania ze strony mediów i różnych ekspertów na postprawdę, na niedostatki edukacji ekonomicznej, na populizm, a gdy kilku ekonomistów opowiada ewidentne głupoty, to brak reakcji. Konfederaci wrzucają odnośniki do tej analizy pod każdą dyskusją na temat Bosaka. Wiele osób nie będzie tego weryfikowało, po prostu przyjmie do wiadomości, że zdaniem ekspertów ekonomicznych Bosak ma super program gospodarczy.

Ten nonszalancki stosunek do opinii na temat Bosaka to nie przypadek. Polska debata ekonomiczna wygląda tak, że wystarczy coś sprzedać jako rozwiązanie „liberalne” czy „wolnorynkowe” i nie ma pytań: większość z automatu przyjmuje, że stoi za tym solidna wiedza. Wielki naukowiec, który nie potrafi zdzierżyć jakiejkolwiek tezy, jeśli nie stoją za nią mocne dowody empiryczne i teoretyczne, budzi się w naszych antypopulistach dopiero wtedy, gdy rozmowa schodzi na inne tematy, najlepiej propozycje socjalne. Chcesz progresji podatkowej? Nie podchodź bez tysiąca stron badań, analiz i niezbitych dowodów. Chcesz obniżyć wpływy do budżetu? Powiedz „czary-mary, wolny rynek”, a dostaniesz znaczek eksperckiej jakości.

Jeśli chcemy rozmawiać o demagogii, postprawdzie i pogardzie dla wiedzy naukowej na serio, a nie na zasadzie intelektualnej pozy, to nie możemy lekceważyć przypadków promowania niebezpiecznych radykałów pod płaszczykiem eksperckich analiz.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-02 15:14:52

W 2015 roku na PiS zagłosowało 5,7 miliona wyborców. Po czterech latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdeg

Tomasz Markiewka:

W 2015 roku na PiS zagłosowało 5,7 miliona wyborców. Po czterech latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdego z symetryzmu PiS uzyskał ponad 8 milionów głosów. Na Andrzeja Dudę w 2015 roku głosowało w pierwszej turze 5,2 miliona osób. Teraz, po pięciu latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdego z symetryzmu, było to 8,5 miliona.

Moim zdaniem to pokazuje, że opozycja zapędza się coraz bardziej w kozi róg całą tą podniosłą narracją o „najważniejszym wyborze po 1989” i „ostatniej szansie na uratowanie demokracji”. Bo zagrzewanie do mobilizacji działa w dwie strony: mobilizują się nie tylko wyborcy antyPiS, ale też PiS. Dlatego o ile w czasach Tuska i Komorowskiego można było liczyć na to, że do wygranej z PiS-em wystarczy konserwatywno-liberalny elektorat PO, to potem musiał to być już sojusz PO, Lewicy i PSL, a teraz trzeba jeszcze liczyć na elektorat nacjonalistycznej Konfederacji.

To jest walka na wyniszczenie: komu pierwszemu skończą się możliwości mobilizowania coraz większej grupy wyborców. Opozycja ma tu problem, bo musi nie tylko mobilizować, ale zastanawiać się, jak utrzymać w ryzach coraz bardziej egzotyczny sojusz, rozciągający się od lewicy po skrajną prawicę z Konfederacji.

Wybory prezydenckie to jeszcze pół biedy (w sensie praktycznym, moralny chwilowo pomijam), bo wystarczy to jakoś skleić do czasu wyborów, a potem Trzaskowski nie będzie na co dzień związany koniecznością spełniania całkowicie sprzecznych oczekiwań. Jednak w przypadku wyborów parlamentarnych, gdyby okazało się, że sklecenie koalicji od Lewicy po Konfederację jest jedynym sposobem utworzenia rządu nie-PiS-owskiego, to jeśli nawet udałoby się uformować taki rząd, niczego on nie osiągnie i prędko rozpadnie się z hukiem. Pozostanie tylko głęboki niesmak.

Nie chcę udawać, że mam jakieś złote recepty, bo nie mam. Jestem wyborcą polityków, którzy kręcą się w okolicach 3%. Mam tylko wrażenie, że w całym tym zgiełku bitewnym, wśród okrzyków o „kończącym się PiS-ie”, „pożytecznych idiotach z lewicy” i „ostatniej szansie na wygraną”, jakoś umyka fakt, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której żadna siła polityczna nie jest w stanie samodzielnie pokonać partii Kaczyńskiego. I mało kto zastanawia się nad tym, jak w ogóle zabrnęliśmy w ten ciemnych zaułek, w którym „uratowanie demokracji” zależy od skutecznego podlizywania się Krzysztofowi „Polska dla Polaków” Bosakowi.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-29 15:36:37

Wydawałoby się, że wybory to ten czas, w którym najwięcej mówi się o polityce – o tym, jak widzimy nasz kraj: jakie poda

Tomasz Markiewka:

Wydawałoby się, że wybory to ten czas, w którym najwięcej mówi się o polityce – o tym, jak widzimy nasz kraj: jakie podatki, jakie decyzje klimatyczne, jakie prawo pracy. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Nie ma gorszego momentu, aby poruszyć jakikolwiek tego rodzaju temat. Im bliżej wyborów, tym bardziej liczy się tylko: Duda czy Trzaskowski, PiS czy PO?

Część mediów i komentatorów nie próbuje nawet udawać, że jest inaczej. Ważne jest tylko to jedno pytanie. Od odpowiedzi na nie zależy, czy ktoś uzna cię za swego, czy może za zdrajcę, idiotę bądź – jak powiada profesor Krzemiński – osobę chorą umysłowo.

Gdy pojawi się już istotny temat, to na takiej zasadzie, że jednemu kandydatowi wyjdzie z sondaży, iż warto poszczuć na jakąś grupę mniejszościową, a drugi zamyka oczy, zatyka uszy i szepcze „Niech ten temat się skończy, niech się skończy”, bo mu z kolei wychodzi, że najlepiej się nie odzywać.

Stawka najbliższych wyborów jest wysoka, ale jeśli chcemy na serio rozmawiać o Polsce w dłuższej perspektywie, to musimy pamiętać, że niezależnie od wyniku i medialnego podniecenia całe mnóstwo Polaków obudzi się dokładnie w tym samym kraju. Młodych nadal nie będzie stać na mieszkania, mniejszości nadal będą pozbawiane praw, Kościół nadal będzie się wtrącał do polityki, umowy śmieciowe nadal będą się plenić, a polityka klimatyczna nadal będzie leżeć.

Nie mówię tego po to, żeby lansować tezę, że wszyscy kandydaci są tak samo źli. Nie są, poza tym tego rodzaju cynizm sprzyja bierności politycznej – bardzo niebezpieczne zjawisko, które na pewno nie pomaga w budowie dobrego państwa. Chodzi mi tylko o to, że dopóki te problemy nie zostaną rozwiązane, to temat „zagrożenia demokracji” będzie wracał nieustannie. To jest rzecz, którą bardzo ciężko pojąć ludziom powtarzającym, że „teraz najważniejsze jest odsunąć od władzy PiS”. Tak jakby wybory polityczne to było coś, co dzieje się niezależnie od stanu społeczeństwa i jakby można było najpierw zbudować sprawną demokrację, a dopiero potem ewentualnie zadbać, żeby ludzie mieli gdzie w tej demokracji mieszkać albo gdzie pracować za godną płacę.

Przypominam, że już raz – w 2007 roku – udało się odsunąć PiS od władzy. Patrząc na dzisiejszy poziom paniki, można wywnioskować, że jakoś nie uodporniło to polskiej demokracji na kolejne zagrożenia.

Cała nasza debata polityczna jest cholernie krótkowzroczna. Obawiam się, że za kilka lat obecny okres nie będzie pamiętany jako czas dzielnych zmagań w obronie demokracji, ale jako czas totalnego olewania największych wyzwań cywilizacyjnych. Tak więc brońmy demokracji, jak najbardziej, ale nie tylko w taki sposób, że nakręcamy się na setną odsłonę zmagań PO i PiS-u. Wymagajmy też od polityków i polityczek wszystkich partii czegoś więcej niż pokonania „tamtych”, niezależnie od tego, jak „tamtych” definiujemy.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-24 13:01:52

Dr Tomasz S. Markiewka: Lekceważymy społeczny gniew, który wybuchnie nam w twarz [WYWIAD]

Tomasz Markiewka:

– Lubimy sobie wyobrażać np. Martina Luthera Kinga jak wychodzi na mównicę, wygłasza swoje „I have a dream…” i pod naciskiem tej „siły spokoju” system segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych rozpada się w drobny mak. Nic z tych rzeczy: Kinga oskarżano o to, że jest agresywny, podburza czarnoskórych i niepotrzebnie podgrzewa społeczne emocje, zbyt szybko dążąc do zbyt radykalnych zmian. Ruch praw obywatelskich niczego by nie zdziałał, gdyby słuchał dyscyplinujących wezwań do świętego spokoju.

Inny przykład z USA: sufrażystki. One z kolei słyszały, że łamią zasady dobrego wychowania i dzielą kraj, który był w trakcie wojny. Rzeczywiście posuwały się do rzeczy, które dziś wielu wydają się skandaliczne, nieakceptowalne – jak choćby spalenie kukły prezydenta Wilsona pod Białym Domem. Ale te ostre metody były nastawione na konkretny społeczny cel. Czy sufrażystki wywalczyłyby prawo głosu dla kobiet, gdyby słuchały pouczeń: bądźcie grzeczne i miłe?

– Pamiętam tekst w, w którym na przykładzie sceny z „Jokera” ostrzegał pan przed „strażnikami spokoju”. Większość z nas odruchowo oczekuje, by ktoś, kto z nami rozmawia, był miły, nie podnosił głosu i nie przeklinał – a jeśli się do tego nie stosuje, już nie musimy go słuchać. Sami zastawiamy na siebie pułapkę – jaką?

– Nie lekceważę tej potrzeby. Na co dzień znacznie lepiej się porozumiewamy, kiedy jesteśmy dla siebie nawzajem mili i uprzejmi. Ale to się nie musi sprawdzać, kiedy dana osoba czy grupa upomina się o rzeczy podstawowe, a napotyka na lekceważenie.

Przypomnę scenę z „Jokera”: bohater jest w studiu i prowadzący na chwilę przed wejściem na wizję upomina go, że ten ma nie przeklinać, po czym już w czasie nagrania strofuje go za niestosowny żart – w końcu „jesteśmy w telewizji”. Ten sam prowadzący nie ma skrupułów, by Arthura-Jokera publicznie upokorzyć. Ja mogę cię niszczyć na wizji – ty nie możesz nawet rzucić grubym słowem, bo to „kulturalny program”.

Frustracja i złość bohatera są oczywiście destrukcyjne – dla niego i dla otoczenia – ale ta scena mówi nam coś ważnego o tym, jak nasze media i kultura obchodzą się z gniewem.

Dr Tomasz S. Markiewka: Lekceważymy społeczny gniew, który wybuchnie nam w twarz [WYWIAD]

Wkurzeni ludzie będą wśród nas zawsze i ta emocja zawsze będzie szukać ujścia. Co z tym zrobimy? Czy zdołamy ukierunkować gniew w stronę społecznej zmiany na lepsze? Bo jeśli nie my, to na pewno przyjdzie po ten gniew ktoś mniej miły i będzie mieć gorsze intencje – mówi dr Tomasz …

Źródło
Opublikowano: 2020-06-20 15:06:45

Nie mogło być inaczej, skoro PiS rozpętuje podłą nagonkę na osoby LGBT+, to mamy wylew deklaracji „postępowych” dziennik

Tomasz Markiewka:

Nie mogło być inaczej, skoro PiS rozpętuje podłą nagonkę na osoby LGBT+, to mamy wylew deklaracji „postępowych” dziennikarzy i polityków, że oni, oczywiście, brzydzą się taką dyskryminacją, ale… Po tym „ale” pojawiają się zazwyczaj uwagi o konserwatywnym polskim społeczeństwie, które nie jest gotowe na zmiany. Od tego już tylko mały kroczek do narzekania, że osoby LGBT+ walczą o swoje prawa nie tak, jakby to widzieli „postępowi” dziennikarze, nasi kochani strażnicy spokoju i kultury.

Kroczek tak mały, że został postawiony błyskawicznie, choćby przez Annę Kalczyńską z Dzień Dobry TVN, która z troską pyta: „A może błędem jest SPOSÓB opowiadania o ludziach LGBT? Zamiast agresywnych seksualnych parad na ulicach i wojujących polityków potrzeba empatii i spokoju w przedstawianiu historii ludzi wokół nas?”.

Język w polityce ma wymiar performatywny – nie tylko opisuje świat, ale go współtworzy. Kiedy Kalczyńska pisze o „agresywnych paradach” to nie tylko opisuje domniemane odczucia społeczeństwa, ale dokłada swoją cegiełkę do utrwalania społecznego stereotypu o agresywności osób LGBT+.

Ludzie tworzą sobie obraz świata na podstawie tego, co najczęściej słyszą i co im najłatwiej przywołać z pamięci. To dlatego niektóre osoby są święcie przekonane, że protesty czarnej społeczności w USA polegają głównie na niszczeniu „świętej własności prywatnej” – takie obrazy podsuwają im media, tworząc złudzenie, że wyjątkowe zdarzenia są regułą.

Społeczność LGBT+ zmaga się z tym nieustannie. Wszyscy pamiętają, że na marszu równości w Gdańsku jakieś aktywistki niosły tekturową waginę, bo tygodniami dyskutowano o tym, jak bardzo osoby LGBT+ szkodzą sobie takimi działaniami. A ilu pamięta, że na tym samym marszu jacyś katolicy stali z transparentem sugerującym karanie osób LGBT+ śmiercią? No właśnie, nie było żadnej debaty na temat tego, jak bardzo szkodzą sobie katolicy, nawołując do faktycznej agresji. Sama propozycja takiej dyskusji zostałaby szybko odrzucona jako niedorzeczna prowokacja.

Chowanie się za „konserwatywnym społeczeństwem” jest bardzo wygodne. Nawet Roman Giertych podłapał ten trend: już nie rzuca wprost hejtem w stronę mniejszości, po prostu mówi, że w Polsce prawa LGBT+ nie przejdą. Efekt ten sam – blokowanie zmian – ale łatwiej unikać zarzutów o homofobię. Tak samo wygodne jest nawoływanie do spokoju. Ono też służy ostatecznie pacyfikowaniu dyskryminowanych grup, bo przecież zawsze znajdzie się co najmniej jeden przykład zaburzania tego spokoju – choćby tak absurdalny jak tekturowy obrazek – nad którym będzie można załamywać ręce, wzdychając z fałszywą troską „Nie tak, nie tak to się robi”.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-15 10:35:40

Od wczoraj po Twitterze i Facebooku hula informacja, że HBO usunęło ze swojej platformy „Przeminęło z wiatrem” za rasist

Tomasz Markiewka:

Od wczoraj po Twitterze i Facebooku hula informacja, że HBO usunęło ze swojej platformy „Przeminęło z wiatrem” za rasistowskie treści. Najczęściej opatrzona emocjonalnymi komentarzami o cenzurze i wymazywaniu historii. Niektórzy zamieszczają złośliwie listę filmów oraz książek, które „politycznie poprawni” mogliby jeszcze usunąć w swoim szaleństwie.

No to sprawdzam wiadomość na zagranicznych portalach. Jest tam podawana razem z oświadczeniem rzecznika prasowego HBO, które zawiera dwie informacje starannie pomijane w tych histerycznych komentarzach. Po pierwsze, film został wycofany z platformy TYMCZASOWO, po drugie HBO deklaruje, że wróci w ORYGINALNEJ, nieocenzurowanej, wersji. Po prostu zostanie do niego dołączony materiał z omówieniem historycznego kontekstu.

Prawdę mówiąc, nie widzę w tym nic skandalicznego. Dodawanie analizy kontekstu historycznego to normalna praktyka w przypadku dzieł literackich, czemu nie stosować jej do dzieł filmowych? A jak ktoś nie chce oglądać, to tego dodatkowego materiału nie odpali, przymusu nie ma, w samym filmie nic się nie zmieni.

Czy HBO musiało w ogóle usuwać film, nawet jeśli robi to tylko na chwilę? Nie musiało (choć warto dodać, że zrobiło to w odpowiedzi na sugestię Johna Ridleya opublikowaną w „LA Times”). Czy to zagrywka PR? Ależ oczywiście. Rzecz w tym, że to nie ma wiele wspólnego z „terrorem poprawności politycznej”, raczej z typowymi zabawami wizerunkowymi wielkich firm, które podpinają się pod wzniosłe idee. A przede wszystkim – daleko temu do cenzury i wymazywania historii, o których krzyczy od wczoraj tyle osób.

Od razu przypomniała mi się historia z moich czasów studenckich.

Sąd Najwyższy USA chce zakazać używania frazy „nielegalny imigrant” – usłyszałem podczas jednych z zajęć. Czyż nie jest to doskonały przykład terroru poprawności politycznej, która będzie teraz wsadzała do więzienia za użycie nieodpowiednich słów? Kiedy wróciłem do mieszkania, sprawdziłem zaciekawiony informację. Okazało się, że nie Sąd Najwyższe, ale Associated Press (agencja prasowa) i nie zakazuje czy straszy więzieniem za używanie frazy „nielegalny imigrant”, ale po prostu wykreśla ją ze swojego poradnika językowego dla dziennikarzy, argumentując, że nielegalne są działania danej osoby, a nie sama ta osoba.

I tak to zazwyczaj jest z tym „terrorem poprawności politycznej”.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-11 16:59:00

Jak przetrwać katastrofę? / Ziemia / dwutygodnik.com

Tomasz Markiewka:

„Dwutygodnik” utworzył jakiś czas temu rubrykę, w której mam przyjemność omawiać najnowsze książki na temat katastrofy klimatycznej. W najnowszym wydaniu piszę o „The Future We Choose” oraz „A Planet to Win”. Polecam serdecznie, bo książki ciekawe i ważne, a inicjatywa „Dwutygodnika” świetna.

Jak przetrwać katastrofę? / Ziemia / dwutygodnik.com

Społeczeństwa nie można z dnia na dzień przestawić na nowe tory. Ale jeśli sami nie dokonamy transformacji, zrobi to za nas zmieniający się klimat. Lepiej więc myśleć i działać z politycznym rozmachem już teraz

Źródło
Opublikowano: 2020-06-05 17:56:46

Konfederacja może zyskiwać, bo kryzys uderzy w młodych

Tomasz Markiewka:

Należę do osób, które bardzo objawiają się Konfederacji. Już teraz kręci się w okolicach 10% poparcia, a doświadczenie kryzysu finansowego pokazuje, że niepokoje ekonomiczne sprzyjają nacjonalistycznej prawicy w opozycji.

Tym, co mnie szczególnie niepokoi, jest stopniowe normalizowanie Konfederacji i jej języka w debacie publicznej. Ostatnio nawet Magdalena Środa chwaliła Boska, że ładnie odgrywa rolę umiarkowanego kandydata i nie atakuje Kidawy-Błońskiej. A to tylko jeden przykład: mamy też Jachirę chwalącą Konfederację za wolnorynkowy program (zakładający całkowitą likwidację PIT-u), Maziarskiego chcącego wciągać Konfederację do demokratycznej koalicji czy młodych Nowoczesnych sięgających po argumenty Konfederacji o rzekomej dyskryminacji białych mężczyzn w USA i Unii Europejskiej.

Dlatego napisałem dla OKO.press, że może pora się ogarnąć i uświadomić sobie, z jak cholernie niebezpiecznym ugrupowaniem mamy do czynienia.

Konfederacja może zyskiwać, bo kryzys uderzy w młodych

Prawicowi politycy skutecznie wykorzystują lęki i niezadowolenie społeczne wywołane załamaniem gospodarczym. Do skoku szykuje się Konfederacja

Źródło
Opublikowano: 2020-06-05 12:18:58

Nie mogę już słuchać tych wszystkich komentarzy, że „czarni sami sobie szkodzą zamieszkami”, że „zniechęcają w ten sposó

Tomasz Markiewka:

Nie mogę już słuchać tych wszystkich komentarzy, że „czarni sami sobie szkodzą zamieszkami”, że „zniechęcają w ten sposób innych do swojej sprawy”, że „nie tak się powinno walczyć z dyskryminacją”.

Zauważcie, jak łatwo przychodzi osobom używającym tego argumentu traktowanie protestujących Afroamerykanów w kategoriach jednorodnej masy, która ma kolektywny umysł i ponosi zbiorową odpowiedzialność. Ktoś o ciemniejszym kolorze skóry zdewastował sklep w Minneapolis? No, no, setki tysięcy protestujących z całych Stanów muszą zrozumieć, że to nie sprzyja ich sprawie. To tym zabawniejsze, że osoby sięgające po ten argument to często ci sami ludzie, którzy z pasją przekonują, że morderstwa dokonywane przez policję są jednostkowymi przypadkami, tak samo jak nadużywanie władzy podczas protestów, i nie można pod żadnym, ale to żadnym pozorem uogólniać i dopatrywać się w tych aktach systemowych problemów.

Za tym podszytym fałszywą troską podejściem kryje się też idiotyczne założenie, że dyskryminowana grupa, która walczy o swoje prawa, musi wpierw spełnić listę wymagań moralno-estetycznych, jeśli chce żebyśmy pochylili się nad jej problemami. Przypominam wszystkim sędziom smaku, że prawa człowieka przysługują każdej osobie na mocy bycia człowiekiem, nie ma tam dodatkowych warunków typu: wszyscy ludzie o takim samym kolorze skóry, takiej samej orientacji seksualnej czy takich samych poglądach muszą sprostać takim to a takim standardom, żeby zasłużyć na równe traktowanie.

Kiedy pracowałem nad książką o gniewie, czytałem trochę o protestach społecznych i mogę was zapewnić, że zarzut „za agresywnie, niekulturalnie, nie tak” pojawiał się zawsze, gdy jakaś dyskryminowana grupa upominała się o swoje. Zawsze dało się też znaleźć przykład zachowania, które naruszało przyjęte normy i na które można było nakierować całą uwagę, lekceważąc wszystko inne. A sprawa jest prosta. Jeśli sprzeciwiasz się dyskryminacji na serio, to nie przestaniesz wspierać dyskryminowanej grupy z powodu zamieszek, niszczenia własności czy tekturowej waginy. Jeśli masz prawa tej grupy w d…, to zawsze znajdziesz sobie wymówkę, czemu nie potrafisz stanąć jednoznacznie po jej stronie.

To nie zamieszki odciągają uwagę od rasizmu i od setek pokojowych demonstracji, lecz te media i ci komentatorzy, których w całej tej historii interesuje głównie niszczenie prywatnej własności

Źródło
Opublikowano: 2020-06-02 11:15:48

Prywatna firma dzięki państwowej pomocy i przy współudziale państwowej agencji wysłała statek na stację kosmiczną zbudow

Tomasz Markiewka:

Prywatna firma dzięki państwowej pomocy i przy współudziale państwowej agencji wysłała statek na stację kosmiczną zbudowaną w ramach międzypaństwowej współpracy.

Gwiazdowski, Balcerowicz, Szejnfeld w orgastycznym uniesieniu: o tak, ostateczny dowód na to, że prywatne najwspanialsze, państwowe najgorsze, precz z PRL-em, PGR-ami i socjalizmem.

Parafrazuję oczywiście, ale panowie naprawdę postanowili z okazji lotu Dragona nawiązać do PRL-u, PGR-ów i socjalizmu, a także wygłosić peany na temat prywatnych firm. Szejnfeld dodał coś jeszcze o rządzie handlującym cebulą.

To jest o tyle ciekawe, że „na żywo” możemy oglądać typowy przykład fałszowania historii kapitalizmu: ze złożonej współpracy państwa i prywatnej firmy zostają memy o tym, że wolny rynek znowu górą, a miliarderzy są najwspanialsi.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-01 16:35:28

Najgorszą cechą niektórych polskich liberałów jest to, że nie są nawet liberałami.

Tomasz Markiewka:

Najgorszą cechą niektórych polskich liberałów jest to, że nie są nawet liberałami.

Zajrzałem na facebooka młodzieżówki Nowoczesnej, bo byłem ciekaw, czy po ostatnich wydarzeniach w USA zrewidowali swój pogląd, jakoby biali Amerykanie byli tam dyskryminowani na rzecz czarnych.

O systemowej przemocy policji nie piszą, trafiłem natomiast na żarliwą obronę miliarderów, których firmy monopolizują rynek: Gatesa, Bezosa czy Zuckerberga. Swój wywód Nowocześni kończą deklaracją, że wszyscy powinniśmy cieszyć się z tego, iż Bezos może zostać pierwszym bilionerem na świecie.

Tak sobie myślę, że gdyby młodzi liberałowie naprawdę cenili wolność, to niepokoiłaby ich ogromna władza, którą dysponują miliarderzy. Albo gdyby zależało im chociaż na wolnym rynku, to protestowaliby gorąco przeciw jego monopolizacji.

Najwyraźniej jednak mają to gdzieś, bo cały ich liberalizm sprowadza się do bałwochwalczej fascynacji „ludźmi sukcesu”. Żyjemy w czasach, gdy religijnymi bohaterami są przedsiębiorcy-miliarderzy, więc to im oddają cześć młodzi Nowocześni, w innych czasach, innym systemie, mogliby pisać o tym, czemu wszyscy powinniśmy świętować, że król powiększył swoją świtę i rozbudował pałac.

Dedykuję młodzieżówce Nowoczesnej fragment z Adama Smitha: „Wielka masa zbiorowiska ludzkiego należy do wielbicieli i czcicieli bogactwa i wielkości, a co może wydawać się jeszcze dziwniejsze, są to najczęściej bezinteresowni wielbiciele i czciciele bogactwa i wielkości”.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-01 09:31:23

W internetach wrzawa wokół tekstu Jasia Kapeli, że w epoce kryzysu klimatycznego pora na obowiązkowy weganizm i zakaz lo

Tomasz Markiewka:

W internetach wrzawa wokół tekstu Jasia Kapeli, że w epoce kryzysu klimatycznego pora na obowiązkowy weganizm i zakaz lotów. Dyskusja trochę za bardzo skupia się na prowokacyjnym nagłówku, a za mało na samym tekście, ale pomijając ten problem, mam dwie refleksje.

1. Zgadzam się z tym, co pisze na przykład Kamil Fejfer, że polityka klimatyczna nie powinna być reklamowana jako program wyrzeczeń. Czytam właśnie książkę „A Planet to Win”, której autorzy podkreślają, że trudno wzbudzić społeczny entuzjazm wokół „zielonej polityki zaciskania pasa”. Dobrze rozumieją to zwolennicy i zwolenniczki Green New Deal. Na przykład Alexandria Ocasio-Cortez nie mówi: „Hej ty, niedobry konsumencie, musisz wyrzec się tego i tamtego”, lecz „Hej, obywatelu, hej, obywatelko, usprawnimy usługi publiczne, zreformujemy służbę zdrowia, rozbudujemy transport zbiorowy, stworzymy zielone miejsca pracy, zadbamy o prawa pracownicze”.

Sceptycy narzekają, że to mieszanie tematów i próba wciskania lewicowej agendy do programu transformacji energetycznej. Ale moim zdaniem zwolennicy Green New Deal dobrze kombinują, że taki pakiet (transformacja energetyczna + polityka socjalna) jest niezbędny, jeśli chcemy zmobilizować ludzi wokół proklimatycznych reform. Zamiast przesłania: to i to ci zabierzemy, jest przesłanie: to i to ci zapewnimy. Inaczej to się kończy jak we Francji – masowymi protestami żółtych kamizelek.

2. Jednocześnie, trochę pro-Kapela, musimy sobie wreszcie uświadomić, że zmiany w naszym stylu życia i wzorach konsumpcyjnych są nieuniknione. Wiele osób ciągle się łudzi, że ok, może jest problem z klimatem, ale ogólnie to wybudujemy te wiatraki, wprowadzimy, czary-mary, innowacje i wszystko zostanie mniej więcej po staremu, nie?

Obawiam się, że popełnimy ten sam błąd co przy okazji pandemii. Najpierw będziemy żyli iluzją, że problem nas nie dotyczy (to taka ciekawostka z odległych krain), a potem naprędce kolejne rządy, także ten polski, będą wprowadzały surowe restrykcje – bez konsultacji społecznych, bez kontroli demokratycznej, bez przemyślenia.

Rzeczy, które dzisiaj wydają się dziecinną utopią, jutro mogą stać się z lekka autorytarną rzeczywistością. Lepiej więc planować zmiany teraz, niż czekać, aż będzie za późno.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-30 10:42:00

Polski gniew. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? „Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem”

Tomasz Markiewka:

Rozmawiam we „Wprost” z Małgorzata Fiejdasz o „Gniewie”.

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska: Jednym z bohaterów pańskiej książki jest Adaś Miauczyński z „Dnia świra”. Dlaczego? Przecież to żałosny nieudacznik, flagowy przykład bidy z nędzą.

Tomasz Markiewka: No właśnie dlatego, że mamy takie lekceważące podejście do „bidy z nędzą”. Nie chcemy widzieć tych ludzi, wypychamy ich z dyskusji politycznych, a jeżeli już rozmawiamy o Adasiach Miauczyńskich, to przez bardzo indywidualistyczny pryzmat, tzn. stwierdzamy, że jeżeli mają kłopoty finansowe, to na pewno ich wina. Adaś z filmu Marka Koterskiego jest przykładem kogoś, kto nie stara się znaleźć politycznego rozwiązania własnych problemów, a przecież mógłby – w słynnej scenie odbioru wypłaty wyraźnie narzeka na to, jak są traktowani nauczyciele.

MFK: Narzeka to delikatnie powiedziane. „Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem, k…”.

TM: Wydawałoby się logiczne, że kolejnym krokiem powinno być zapisanie się do związku zawodowego, udział w protestach, itd. Ciekawe jednak, że Adasiowi nie przychodzi to do głowy. Wygłasza monologi na temat złych polityków, ale – co też jest znaczące – robi to w samotności. Uznałem, że ta „bida z nędzą” w połączeniu z tym, że Adaś nie próbuje się angażować, dobrze symbolizuje nasz problem społeczny.

MFK: Jaki to problem?

TM: Że mamy całą masę ludzi, którzy sobie nie radzą z rzeczywistością, a ich indywidualne problemy nie przekładają się na działalność polityczną. Adaś fantazjuje na temat polityki, ale nawet nie rozmawia o tym z kimkolwiek.
Pozostaje sam ze swoim gniewem.

Polski gniew. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? „Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem”

Kryzys spotęguje gniewne emocje w Polakach. Czy zostaniemy z nimi sami? Czy zgłosi się po nie polski Trump? Rozmawiamy o tym z filozofem Tomaszem Markiewką, autorem książki „Gniew”, która właśnie się ukazała.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-29 18:59:06

Na łamach „Krytyki Politycznej” Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz polemizują z Adamem Leszczyńskim na temat „elit i lu

Tomasz Markiewka:

Na łamach „Krytyki Politycznej” Agnieszka Mrozik i Piotr Szumlewicz polemizują z Adamem Leszczyńskim na temat „elit i ludu”. To złożona dyskusja, ja tylko o jednym wątku. Mrozik i Szumlewicz zarzucają Leszczyńskiemu, że tworzy opozycję „złe elity” i „dobry lud”. Moim zdaniem nie tworzy, ale mniejsza o to. Główny zarzut autorów polemiki brzmi tak: „[posługiwanie się tą opozycją] jest za to niewątpliwie wodą na młyn obecnej władzy, która z opozycji „podłe elity” – „dobry lud” uczyniła fundament swoich rządów. Argumentacja Leszczyńskiego jest godna uwagi właśnie dlatego, że świetnie wpisuje się w narrację dużej części lewicy, która włączyła się w jedną z krucjat PiS-u”.

To popularny argument. Nie lubię go, z kilku powodów:

– Pisałem już o tym, że za każdym razem, kiedy widzę takie rozumowanie, przypomina mi się odcinek „Pingwinów z Madagaskaru”, w którym Buck Rockgut ściga czerwonego wiewióra. Jego strach przed przeciwnikiem sięga tak daleko, że rzuca pod adresem kolejnych postaci tekstami typu: „Lubisz orzeszki, co? A wiesz, kto jeszcze lubi orzeszki? CZERWONY WIEWIÓR!!!”. Przepraszam bardzo, ale dokładnie takie mam skojarzenie, gdy czytam zarzuty Mrozik i Szumlewicza: „Krytykujesz Leszczyński elity, co? A wiesz, kto jeszcze krytykuje elity? KACZYŃSKI!!!”. Idą nawet dalej, bo przypominają, że przeciwko elitom wypowiadał się sam Hitler. To już jest w ogóle niemiłe towarzystwo, prawda? Czerwony wiewiór był realnym zagrożeniem, ale to nie Buck Rockgut, który doszukiwał się wszędzie jego sojuszników, sobie z nim poradził.

– Tak się składa, że krytyka elit – pojmowanych jako uprzywilejowana grupa o dużych wpływach (definicja, pod którą podpadają też politycy PiS-u) – wpisuje się w wielowiekową lewicową tradycję, powstałą na długo przed PiS-em, co zresztą przyznają sami autorzy polemiki. Więc to raczej partia Kaczyńskiego korzysta z lewicowej retoryki, a nie na odwrót. I nie wydaje mi się, żeby rozwiązaniem było oddanie tego pola walkowerem PiS-owi, na zasadzie: „No dobra, PiS zabrał nam krytykę elit, to my musimy poszukać czegoś innego”. To jest skrajnie defensywne podejście, które w czasach narastających nierówności może poskutkować dalszą marginalizacją lewicy.

– Nie lubię popularnej w Polsce postawy, że, no, możemy dyskutować o nierównościach, o kryzysie klimatycznym, o prawach pracowniczych, ale ostatecznie najgłębszym pytaniem politycznym jest to, czy twoja argumentacja sprzyja PiS-owi, czy sprzyja PO. Jak mamy kiedykolwiek skończyć z PO-PiS-em, skoro nieustannie rozliczamy wszystkich z tego, której z tych dwóch stron sprzyjają?

– Mrozik i Szumlewicz mają rację, że słowo „elity” jest wieloznaczne, ale tak jest z każdym terminem politycznym. Na przykład ze słowem „populizm”, po które sięgają w swojej polemice. Pomysł, że lewica ma zrezygnować z własnego wieloznacznego języka, żeby zastąpić go innym (prawicowym bądź liberalnym) wieloznacznym językiem, jest drogą donikąd. To jest znowu sprowadzanie działań lewicy do wyboru: albo jesteście w drużynie liberałów (i straszycie populizmem), albo prawicy (i straszycie, nie wiem, Unią Europejską).

– Duża część tekstu jest poświęcona obalaniu tezy, że „lud” jest święty. Problem w tym, że Mrozik i Szumlewicz nie potrafią wskazać ani jednego fragmentu z tekstu Leszczyńskiego, w którym padałaby taka teza. W ogóle nie przytaczają ani jednej wypowiedzi kogokolwiek, kto twierdziłby, że „lud” jest święty i nigdy nie zrobił nic złego. Tak poza tym trochę nie rozumiem, jak z jednej strony autorzy polemiki mogą utrzymywać, że „lud” to pojęcie beznadziejnie wieloznaczne, które nie odsyła do niczego konkretnego, z drugiej udowadniać, że ten niekonkretny „lud” ma też swoje za uszami.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-29 12:08:41

Nie próbujcie tłumić społecznego gniewu. On powróci jeszcze silniejszy [fragment książki]

Tomasz Markiewka:

Na stronie Krytyki Politycznej możecie przeczytać fragment mojej książki o "Gniewie". A tu fragment fragmentu:

Nie dajmy się przekonać, że społeczny gniew jest przejściowym problemem wywoływanym przez demagogów. Gdyby nie Trump, gdyby nie Kaczyński, gdyby nie ci wyborcy podatni na populizm, byłoby tak pięknie… Bujda! Przed gniewem nie ma ucieczki. Zawsze ktoś będzie niezadowolony, zalękniony, wkurzony. Próba zlekceważenia gniewu lub potraktowania go jako przejawu irracjonalnych oczekiwań wyborców jest fatalnym błędem, który kończy się takimi politykami u władzy jak Trump.

Wkrótce po wygranych przez niego w 2016 roku wyborach ukazała się książka pod tytułem The Dangerous Case of Donald Trump [Niebezpieczny przypadek Donalda Trumpa]. Kilkudziesięciu specjalistów omawia w niej psychiczne problemy prezydenta. Ta publikacja – sam pomysł na nią – doskonale podsumowuje stosunek do Trumpa wielu jego przeciwników. To najgorszy, najniebezpieczniejszy, najbardziej niezrównoważony prezydent w historii i dlatego musimy się go pozbyć za wszelką cenę. Kłopot w tym, że takie podejście nie chwyta istoty problemu: Trump jest jedynie symptomem głębszych zjawisk, które nie znikną, nawet jeśli straci on władzę. Dobrze rozumie to Naomi Klein:

„Trump jako prezydent nie jest niczym szokującym. Jest raczej przewidywalną, a nawet banalną konsekwencją wszechobecnych idei i trendów, którym już dawno powinniśmy byli postawić tamę. Dlatego nawet gdyby ta koszmarna prezydentura miała się jutro skończyć, nadal musielibyśmy się mierzyć z politycznymi uwarunkowaniami, które ją stworzyły i które produkują repliki Trumpa na całym świecie.”

Kiedy Samoobrona nie dostała się do sejmu w 2007 roku, wiele osób wpadło w zachwyt. Uczestnicy wieczoru wyborczego Platformy Obywatelskiej skandowali radośnie: „Nie ma Leppera, nie ma Leppera!”. Wśród nich był między innymi Bronisław Komorowski. Z jednej strony można zrozumieć radość polityków PO, bo lider Samoobrony traktował ich wyjątkowo obcesowo. Z drugiej – była to dziecinna reakcja. Brak Leppera w sejmie nie oznaczał, że zniknęły problemy, które wcześniej zapewniły mu sukcesy wyborcze. Kłopotliwy polityk odszedł, ale gniew pozostał.

Nie próbujcie tłumić społecznego gniewu. On powróci jeszcze silniejszy [fragment książki]

Fragment książki „Gniew” Tomasza Markiewki.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-29 09:36:17

Wyszedł kolejny numer Nowego Obywatela. W środku znajdziecie moją rozmowę z Michał Rydlewski na temat „kultury upokarzan

Tomasz Markiewka:

Wyszedł kolejny numer Nowego Obywatela. W środku znajdziecie moją rozmowę z Michał Rydlewski na temat „kultury upokarzania”, obecnej między innymi w programach talent show. Michał jest autorem świetnej książki „Scenariusze kultury upokarzania”, którą, tak jak i wywiad, serdecznie polecam. Fragment…

Więcej

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-28 16:15:34

Czytam kapitalną książkę „Praca bez sensu” Davida Graebera i kolejny raz przekonuję się do tego, co mówiło już wielu mąd

Tomasz Markiewka:

Czytam kapitalną książkę „Praca bez sensu” Davida Graebera i kolejny raz przekonuję się do tego, co mówiło już wielu mądrych ludzi: jednym z naszych problemów jest absurdalny kult pracy, który utrudnia rozmowę o realnych kłopotach pracowników.

Kilka miesięcy temu pewien pan starał się mnie przekonać, że on jako przedsiębiorca pracuje 24 godziny na dobę. To skrajny przypadek, ale przecież nacisk na harówę i duma z harówy są u nas powszechne. Porównywanie długości czasu pracy pełni taką samą funkcję co porównywanie długości pewnej męskiej części ciała.

Trzeba powiedzieć wprost: każdy, kto propaguje kulturę harówki i chwali się, ile to on godzin nie zapierdziela, promuje tak naprawdę niezdrowy tryb życia, bo zbyt długa praca jest szkodliwa, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Co stanowi nie tylko indywidualny problem dla ludzi poddających się temu reżimowi, ale jest problemem społecznym, ponieważ obciąża służbę zdrowia

Co gorsza, z tej harówki często niewiele wynika. Im dłużej pracujemy, tym bardziej jesteśmy zmęczeni, w konsekwencji spada nasza wydajność. Dlatego słyszymy czasem, że jakaś firma eksperymentalnie zmniejszyła czas pracy i okazało się, że wpłynęło to pozytywnie na jej produktywność. To oczywiście zależy od rodzaju pracy i innych czynników, ale przecież zwolennicy harówki nie niuansują w ten sposób: zapieprzanie jest dobre, niezapieprzanie złe, koniec kropka.

Graeber trafnie pokazuje, że kult pracy prowadzi do absurdów. Na przykład wtedy, gdy i pracodawca, i pracownik wiedzą, że wykonanie danego zajęcia nie da żadnych korzyści, ale pracodawca czuje się w obowiązku wymagać tego bezsensownego wysiłku, a pracownik czuje się w obowiązku spełnić to żądanie.

Na to wszystko nakładają się idiotyczne stereotypy, że programy społeczne rozleniwiają. Pół roku temu Alicja Defratyka ostrzegała w „Forbes”, że dzieci odbiorców 500 plus mogą wybrać model „życia z socjalu”, bo, wiecie, przejmą od rodziców pogardę do pracy. Tekst został skrytykowany przez ekonomistów za propagowanie wyssanych z palca mitów, które utrwalają szkodliwe stereotypy. Ale co z tego? Defratyka wstrzeliła się idealnie w polskie przesądy, poleciały lajeczki w social mediach, a liczba obserwujących się zwiększyła.

Bo ostatecznie w tym kulcie harówki nie chodzi o samą pracę, ale o utrwalanie hierarchii społecznych i dyscyplinowanie „roszczeniowego” społeczeństwa.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-26 15:52:39

Na stronie CNBC możecie przeczytać artykuł o „trenerze mózgu” (brain coach), który – jak głosi nagłówek – współpracował

Tomasz Markiewka:

Na stronie CNBC możecie przeczytać artykuł o „trenerze mózgu” (brain coach), który – jak głosi nagłówek – współpracował z samym Elonem Muskiem. Tekst umieszczono, ma się rozumieć, w dziale „sukces”.

Jim Kwik, rzeczony trener, przekonuje, że tym, co charakteryzuje ludzi sukcesu, jest nieposkromiona chęć do uczenia się nowych rzeczy. Autorka tekstu skwapliwie potwierdza, a jako dowód przytacza słowa innego miliardera Marka Cubana, co należy potraktować jako argument niepodważalny.

Czego zatem można się nauczyć od Jima Kwika? Na przykład techniki zwalczania negatywnych myśli. Jak to wygląda? Cytuję artykuł: „Jeśli zauważysz myśl, która mówi, że nie możesz nauczyć się kodować, natychmiast powiedz sobie: mogę się tego nauczyć”.

Tak się staje miliarderem. No, nie tylko tak, są też inne rady. Na przykład Kwik zaleca jedzenie kawioru. I czytanie książek (Bill Gates czyta 50 rocznie, wow, wow, wow)

Najbardziej interesujące jest to, że te dyrdymały są opisywane w artykule CNBC z pełną powagą.

Nie ma tam natomiast słowa o bogatym ojcu Muska, o dzieciństwie w luksusie, o wielomilionowym wsparciu od rządu amerykańskiego dla Tesli i innych podobnych szczegółach.

Zastanawiam się, czy takie artykuły powinny być umieszczane w dziale „sukces”, czy może lepszy byłby jednak dział „religia”.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-25 16:32:30

Piotr Zagórski w ciekawym skądinąd tekście o sukcesach prawicy (dla OKO.press) przytacza popularną definicję populizmu:

Tomasz Markiewka:

Piotr Zagórski w ciekawym skądinąd tekście o sukcesach prawicy (dla OKO.press) przytacza popularną definicję populizmu: populizm polega na wprowadzaniu ostrego, wręcz manichejskiego, podziału na złe elity i pokrzywdzony lud.

A co z ostrym, wręcz manichejskim, podziałem na złych roszczeniowców i pokrzywdzonych zaradnych? Albo złych homo sovieticusów i pokrzywdzonych ludzi przedsiębiorczych? Mało to w polskiej debacie tekstów o tym, jak roszczeniowe lenie żerują na ludziach przedsiębiorczych, wstrzymując gospodarczy rozwój Polski, a potem jeszcze za parówki i 500 złotych sprzedają się PiS-owi? Czy takie podziały też zasługują na swoją groźną nazwę, na swoje wykresy, na swoje pomiary?

Powiecie, że trudno byłoby znaleźć kogoś, kto twierdzi wprost: „Społeczeństwo dzieli się na zaradnych i niezaradnych, ci drudzy są przyczyną naszych nieszczęść i zagrażają tym pierwszym”. Są co najwyżej poszlaki, sugestie, aluzje. Na przykład Radosław Markowski głoszący, że „Polska PO utrzymuje Polskę PiS”, Eliza Michalik pisząca, że PO reprezentuje „Polskę zaradnych”, Bronisław Komorowski twierdzący, że „PiS wygrywało w tych kręgach wyborczych, które nie płacą podatków”.

Ale to samo da się powiedzieć o podziale na elity i lud, tak naprawdę mało kto mówi: „Albo jesteś elitą, albo ludem, a wszystko, co złe, pochodzi od tych pierwszych”.

Może więc różnica polega na tym, że podział wyzyskujące elity/wyzyskiwany lud jest całkowicie od czapy, a za podziałem wyzyskujący niezaradni/wyzyskiwani zaradni stoją jakieś racje? Tylko że łatwiej byłoby udowodnić odwrotną tezę. Bo mamy całkiem sporo argumentów na to, że nasze społeczeństwa są ustawiane na korzyść elit (także PiS-owskich, swoją drogą), które mają nieproporcjonalnie duże wpływy polityczne. Doskonałym przykładem USA. Elizabeth Warren, znana kongresmenka, stwierdziła w rozmowie z Robertem Reichem, że najlepszym sposobem na uchwalenie dobrego prawa w USA jest utrzymywanie go jak najdłużej w tajemnicy przed lobbystami wielkich korporacji.

Piszę o tym wszystkim, bo słowo „populizm” zrobiło w ostatnich latach zawrotną karierę. Choć może mieć ono znaczenie pozytywne (ekonomista Paul Krugman na pytanie, co sądzi o populizmie, odpowiedział, że ma nadzieję, iż sam jest nieco populistą) albo neutralne, to najczęściej jest używane w znaczeniu: niebezpieczna demagogia. Jednocześnie dookreśla się je w taki sposób, że najprostszym (a czasem jedynym) sposobem na niebycie populistą jest zostanie „centro-liberałem”.

I moim zdaniem tu tkwi przyczyna popularności tego wieloznacznego słowa. Po prostu sprzyja ono określonej formacji polityczno-ideowej, która może się obsadzić w roli obrońców zdrowego rozsądku w starciu z „prawicowymi i lewicowymi populistami” (tak na marginesie, czy podział na populistów i nie-populistów też nie jest manichejski?). To jeszcze nic zdrożnego, każda formacja stara się forsować słowa, które opisują świat z jej punktu widzenia, by nie szukać daleko, lewica ma swój „neoliberalizm”. Problem powstaje wtedy, gdy takie politycznie nacechowane słowo zaczyna funkcjonować w przebraniu obiektywnego i apolitycznego narzędzia analitycznego, a tak niestety stało się z „populizmem”.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-25 11:05:50

Tak jak pewnie wielu z was wychowałem się na ładnej opowieści o powstaniu III RP: naród, który miłuje Wolność i Demokrac

Tomasz Markiewka:

Tak jak pewnie wielu z was wychowałem się na ładnej opowieści o powstaniu III RP: naród, który miłuje Wolność i Demokrację, obala w imię tych szlachetnych wartości komunizm. Nie dziwi mnie jednak, czemu ten sam naród nie protestuje masowo w sprawie Kazika lub innych występków PiS-u. Bo zdążyłem się zorientować, że ta historia obalania PRL-u jest pełna uproszczeń i przemilczeń.

Spójrzcie na przykład na kilka postulatów z sierpnia 1980 roku: podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o 2000 zł, akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, poprawić warunki pracy służby zdrowia, zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach.

Czy to znaczy, że tym ludziom nie zależało na Wolności i Demokracji? Nie, po prostu pojmowali je przyziemnie, w powiązaniu ze swoją codziennością, na przykład jako możliwość wpływania na miejsce pracy albo jako wolność do realizowania podstawowych potrzeb.

I byłoby dobrze, gdybyśmy wreszcie zrozumieli, że jeśli ludzie mają walczyć o Wolność i Demokrację, to muszą widzieć powiązania między tymi wartościami a swoją codziennością. I nie chodzi mi tu o postawę: no tak, lud już taki jest, że dba przede wszystkim o parówki i 500 złotych. Przebywam w środowisku akademickim, widziałem tam zbyt wielu ludzi bijących się zażarcie o każdy zwrot pieniędzy z podróży, o każdy darmowy sprzęt, o każdą finansową nagrodę, żeby nabierać się teraz na wydumane podziały między tymi grupami społecznymi, które myślą tylko o rzeczach przyziemnych, a tymi, które karmią się miłością do najwznioślejszych idei.

Wszyscy jesteśmy roszczeniowi: od przedsiębiorców, przez ludzi zatrudnianych na śmieciówkach, po pracowników akademickich. I bardzo dobrze. Bo o to między innymi chodzi w demokracji, aby walczyć o swój dobrobyt i wymagać od polityków, aby reprezentowali nasze interesy. Władzę bierze zazwyczaj ten, kto wzbudzi większe zaufanie wśród wyborców, że potrafi to zrobić.

Źródło
Opublikowano: 2020-05-21 14:12:59

Dzisiaj premiera mojej książki „Gniew”! Bardzo się cieszę i dziękuję wszystkim osobom, które mnie wspierały i pomagały n

Tomasz Markiewka:

Dzisiaj premiera mojej książki „Gniew”! Bardzo się cieszę i dziękuję wszystkim osobom, które mnie wspierały i pomagały na różnych etapach pracy, w tym świetnemu zespołowi z wydawnictwa.

A na zachętę krótki fragment:

Tak, ludzie dający upust gniewnym uczuciom potrafią zepsuć miły nastrój. Krzyki, pretensje, żądania. Kto lubi takie rzeczy? Czy nie lepiej być uśmiechniętym, miłym i zadowolonym? Pamiętajmy jednak, że gniew – tak jak każda emocja negatywna – często wskazuje na konkretny problem. Jest rodzajem alarmu: hej, coś jest nie tak. Trochę o tym zapomnieliśmy w czasach indywidualnych terapii i coachingu.

Zbyt rzadko się zastanawiamy, co może być systemową przyczyną przykrych uczuć. Zbyt pochopnie lekceważymy polityczne aspekty gniewu i niezadowolenia. Zbył łatwo sprowadzamy wszystko do prywatnych problemów, które można załatwić, zapisując się na kurs pozytywnego myślenia bądź łykając kolejną dawkę lekarstwa.

Społeczeństwo wypierające gniew ze sfery publicznej wcale się go nie pozbywa, a tym bardziej nie rozwiązuje problemów, które tkwią u jego źródeł. Po prostu wyłącza alarm. A to nie jest zbyt mądre rozwiązanie. Gniew dalej rośnie, a my zwyczajnie nie jesteśmy tego świadomi. W końcu następuje wybuch – nagromadzone emocje okazują się już zbyt silne. Ludzie głosują na Trumpa, opowiadają się za brexitem lub rozpoczynają masowe protesty, jak we Francji czy ostatnio w Chile. To jest właśnie ten moment, gdy przerażeni komentatorzy zaczynają mówić o „narastającej fali populizmu”. Prawda jest jednak taka, że ta fala narastała już wcześniej – nie tyle populizmu, ile niezadowolenia. Niezałatwione problemy piętrzyły się jeden na drugim, a politycy i media nie dostrzegli zagrożenia, bo alarm został wyłączony, i to często przez te same osoby, które teraz panikują.


Źródło
Opublikowano: 2020-05-20 10:10:42