Mam niezmienną opinię na temat osób, które nazywają podatki czy składki ubezpieczeniowe „haraczem”, „kradzieżą” bądź „ra

Tomasz Markiewka:

Mam niezmienną opinię na temat osób, które nazywają podatki czy składki ubezpieczeniowe „haraczem”, „kradzieżą” bądź „rabunkiem”. Wszystkim im powinno się zaproponować prosty deal. Ok, nie płacisz podatków, nie płacisz składek, żadnych PIT-ów, VAT-ów, CIT-ów, ubezpieczeń zdrowotnych, pełna wolność, człowieku, nikt cię nie będzie „okradał”. Żeby być jednak konsekwentnym, w zamian tracisz dostęp do dróg, wodociągów, pracowników wykształconych w szkołach publicznych, itd. Nie możesz korzystać z pomocy policji, sądów, straży pożarnej, z niczego, na co złożyła się reszta społeczeństwa. Pandemia czy nie, dla ciebie jest tylko prywatna służba zdrowia. Żadnych leków refundowanych. Jeśli chcesz mieć wyobrażenie, ile takie rzeczy mogą kosztować prywatnie, możesz zerknąć na cennik lekarstw i zabiegów w USA. No i oczywiście za niszczenie jakichkolwiek dóbr wspólnych, jak klimat, płacisz ogromne odszkodowania, ewentualnie idziesz za kratki. Ponieważ do więzień też się nie dokładasz, dostaniesz najtańszy model celi. Albo korzystasz z oferty, albo odpuść sobie ten korwinowski język.

Źródło
Opublikowano: 2020-09-14 16:17:44

Tomasz S. Markiewka: Opozycja chce obalić Kaczyńskiego, ale co z jego 10 mln wyborców? Mamy dla nich jakąś propozycję?

Tomasz Markiewka:

Kto ciekaw, może przeczytać w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” rozmowę przeprowadzoną przez Arkadiusz Gruszczyński, w której opowiadam o gniewie społecznym. Próbuję też przekonywać do polityki, a nawet – o zgrozo – do partii politycznych:

W Polsce zbyt łatwo daliśmy się przekonać, że polityka jest czymś jednoznacznie złym i brudnym. A przecież to najlepszy wymyślony przez ludzi sposób na zmienianie naszych społeczeństw na gorsze lub lepsze. Ile to razy słyszałem, że manifestacja, która zebrała się w jakimś politycznym celu, jest według jej organizatorów apolityczna? Było to z dumą podkreślane! Rozumiem to nastawienie, ponieważ polityka, szczególnie polityka partyjna, kojarzy się negatywnie, ale ostatecznie nie da się jej ominąć. Na końcu każdego procesu emancypacyjnego politycy i polityczki muszą przegłosować nowe prawo.

Tomasz S. Markiewka: Opozycja chce obalić Kaczyńskiego, ale co z jego 10 mln wyborców? Mamy dla nich jakąś propozycję?

Gniew to dzwonek alarmowy. Skoro pewna grupa społeczna jest wkurzona, to znaczy, że coś nie działa w społeczeństwie

Źródło
Opublikowano: 2020-09-12 15:00:49

Środkowy palec Margot – czemu aktywiści nie mogą być grzeczni?

Tomasz Markiewka:

Piszę dla OKO.press o historii ruchów społecznych. Wklejam puentę, ale zachęcam do lektury całości, bo to są rzeczy, o których mówi się zdecydowanie zbyt mało i nasza pamięć historyczna jest tu mocno wypaczona.

Krytykowanie aktywistów za brak kultury i szacunku jest znanym sposobem na pacyfikowanie ruchów obywatelskich. Działa to na dwóch poziomach.

Po pierwsze, pozwala wprowadzić fałszywy symetryzm. Gdy skupiamy się na kulturze i szacunku – słowem: na estetyce protestów – łatwiej przedstawić dyskryminowaną grupę i jej przeciwników jako dwie skrajności.

Oni mówią, że jesteście zarazą, ale wy wieszacie tęczowe flagi na pomnikach, więc wam, tak jak i im, brakuje szacunku dla drugiej strony.

Trudniej symetryzować, gdy spojrzymy na problem nie z perspektywy szacunku, lecz praw człowieka i obywatela. Nagle się okazuje, że z jednej strony mamy znękaną grupę ludzi, która nie może czuć się ani równa ani bezpieczna w swoim kraju, z drugiej osoby, dla których największym problemem są symboliczne gesty obrażające ich uczucia.

Po drugie, skupianie się na kulturze protestów, stawia przed dyskryminowaną grupą warunek niemożliwy do spełnienia. Jeżeli osoby LGBT+ muszą być co do jednej miłe, żeby wywalczyć swoje prawa, to trzeba powiedzieć sobie wprost: żadna grupa społeczna nie jest w stanie sprostać takim wymaganiom.

Niezależnie od tego, czy mówimy o mniejszościach seksualnych, o osobach heteroseksualnych, kobietach, mężczyznach, czarnych, białych czy kimkolwiek innym, zawsze znajdzie się w tej grupie osoba, której zachowanie można uznać za obraźliwe.

Tak więc rozmowa o szacunku i kulturze, zamiast o prawach człowieka, daje ciągły pretekst do zmiany tematu. Widać to doskonale na polskim przykładzie: pod pretekstem rozmowy o skuteczności różnych form protestu przenosi się uwagę z problemu systemowej dyskryminacji na „problem” kulturalności gestów pojedynczych osób.

Jeśli historia czegoś nas uczy, to tego, że dyskryminowana grupa musi swoje prawa wydrzeć, nie zważając na dobre rady osób, których bardziej absorbuje estetyka gestów niż lata poniżania i wykluczania ze wspólnoty setek tysięcy ludzi.

Środkowy palec Margot – czemu aktywiści nie mogą być grzeczni?

Czy wystawiony w górę środkowy palec Margot i jej porównanie Polski do męskich genitaliów to naprawdę kompromitacja ruchu LGBT+?

Źródło
Opublikowano: 2020-09-09 18:31:06

Henry Paulson proponuje w „Financial Times” stworzenie „nowej klasy aktywów”, która pozwoli „wycenić naturę tak, jak wyc

Tomasz Markiewka:

Henry Paulson proponuje w „Financial Times” stworzenie „nowej klasy aktywów”, która pozwoli „wycenić naturę tak, jak wyceniamy tradycyjne towary i usługi”. Innymi słowy, proponuje utowarowienie przyrody – zamienienie ją w jeszcze jeden instrument finansowy. To koszmarny pomysł!

W naukach społecznych i humanistyce mówi się czasem o „ekonomizacji języka”. Chodzi o to, że o coraz większej liczbie rzeczy opowiadamy za pomocą ekonomicznego żargonu. Na przykład student zamienia się w „klienta”, wiedza w „towar”, a uniwersytet w „przedsiębiorstwo”. Paulson dokładnie to samo chce zrobić z przyrodą – zamienić zwierzęta, rośliny, klimat czy glebę w „aktywa”. To już samo w sobie jest kłopotliwe, bo język żadnej dyscypliny nie powinien uzyskiwać aż takiej dominacji. Świat jest złożonym miejscem i trzeba mieć niezły tupet, aby sądzić, że da się go sprowadzić do ekonomicznego żargonu.

Punkt wyjścia Paulsona jest nawet słuszny. Zauważa, że rynek ma problem z przyrodą, bo traktuje ją jako „zewnętrze” – rzecz, z którą nie trzeba się liczyć przy ubijaniu interesów. Na przykład firma paliwowa nie musi się martwić tym, że zanieczyszcza pobliską rzekę albo przyczynia się do globalnego ocieplenia. I jakie rozwiązanie proponuje Paulson na ten rynkowy feler? Jeszcze więcej rynku. Przylepmy cenę na każdej pszczole, każdym źdźble trawy, każdej roślinie. Bo rynek widzi tylko to, co ma cenę, tylko to, co jest towarem, którym można handlować. Z punktu widzenia rynkowego fundamentalisty logiczne rozwiązanie, ale nam – jako obywatelom i obywatelkom – powinna zapalić się lampka ostrzegawcza.

Trzeba powiedzieć wprost: urynkowienie przyrody oznacza jej prywatyzację. Innymi słowy, jeszcze większą utratę demokratycznej kontroli nad tym, co dzieje się ze środowiskiem naturalnym, od którego wszyscy zależymy. Jeśli wdrożylibyśmy plan Paulsona, wielkie korporacje miałyby władzę totalną – od ich decyzji handlowych zależałaby dosłownie przyszłość planety (bo, nie łudźmy się, w obecnej fazie kapitalizmu „urynkowienie” oznacza „oddanie w ręce molochów korporacyjnych”). Sprawę pogorszyłoby pewnie to, że cała procedura handlowania instrumentami finansowymi, w które zamieniliśmy przyrodę, szybko stałaby się całkowicie nieprzejrzysta. Przypomnijcie sobie kryzys finansowy. Po jego wybuchu nawet ekonomiści i ludzie siedzący w tym biznesie przyznawali, że cały system był już tak pogmatwany, że mało kto orientował się w jego stanie.

Rozwiązaniem kryzysu środowiskowego nie jest dalsze urynkawianie przyrody, ale jej ochrona przed mechanizmami rynkowymi. Musimy zacząć traktować naturę jako dobro wspólne, którym nie można handlować tak, jakby to była kolejna paczka chipsów. W przeciwnym wypadku będzie jak na tym słynnym obrazku, gdzie pewien człowiek tłumaczy zebranym w jaskini dzieciom: „Tak, zniszczyliśmy planetę, ale był taki cudowny moment, gdy wygenerowaliśmy ogromne zyski dla udziałowców”. Trochę straszno, że w porządnych gazetach publikuje się teksty namawiające do realizacji scenariusza z satyryczno-apokaliptycznych obrazków.

Źródło
Opublikowano: 2020-09-09 11:20:38

Kiedy ludzie są zwalniani, a miliarderzy dalej się bogacą, warto przypomnieć, że nie ma sensownego usprawiedliwienia dla

Tomasz Markiewka:

Kiedy ludzie są zwalniani, a miliarderzy dalej się bogacą, warto przypomnieć, że nie ma sensownego usprawiedliwienia dla ogromnych nierówności społecznych wytwarzanych przez współczesny kapitalizm.

– Ale, ale, Bezos sobie zapracował.

Praca nie wyjaśnia aż takich dysproporcji. Kilkadziesiąt najbogatszych osób na świecie ma większy majątek niż biedniejsza połowa ludzkości. Czy to znaczy, że pracują oni więcej bądź ciężej niż kilka miliardów ludzi razem wziętych? Zresztą jak to jest, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu amerykański CEO zarabiał 30 razy więcej od swoich pracowników, a dziś 200 razy? Nagle szefowie zaczęli pracować znacznie ciężej niż kiedyś? Jak napisał kiedyś George Monbiot, gdyby praca i zaradność prowadziły nieuchronnie do bogactwa, każda kobieta w Afryce byłaby milionerką.

– No bo niektóre prace są bardziej użyteczne i dlatego lepiej wyceniane.

Gdyby tak było, to na czele listy najbogatszych osób znajdowaliby się odkrywcy leków, chirurdzy czy inżynierowie, a nie ludzie z branży internetowej. O wiele pewniejszym sposobem na zostanie miliarderem jest przewodzenie firmie, która zmonopolizowała rynek i korzysta z licznych przywilejów (na przykład podatkowych), a nie wykonywanie szczególnie użytecznych prac. No i wyzyskiwanie pracowników. To naprawdę nie jest przypadek, że duża część pracowników Amazona haruje w podłych warunkach. Żeby ktoś mógł zgromadzić niebotyczny majątek, ktoś inny musi zapierdzielać w jego firmie za grosze.

– Rynek tak zdecydował.

To jest najbliższe prawdy, tylko nie bardzo wiadomo, czemu mielibyśmy traktować wyroki rynku jak jakiegoś bóstwa. Rynek to nic innego jak mnogość relacji gospodarczo-politycznych. A korporacyjny moloch ma zdecydowanie więcej do powiedzenia w kwestii tego, jak wyglądają te relacje, niż setki tysięcy pracowników czy drobnych przedsiębiorców. Wbrew wolnorynkowym bajkom rynek nie jest bytem spontanicznym, ale wynikiem politycznych interwencji i byłoby lepiej, gdyby te interwencje szły w celu zmniejszania nierówności społecznych, a nie ich powiększania.

– Ludzie muszą mieć motywację do działania.

Jak dotąd nie udało się nikomu udowodnić, że człowiek zarabiający, powiedzmy, dziesięć tysięcy dolarów miesięcznie ma mniejszą motywację do działania niż ktoś zarabiający kilkanaście razy więcej. Ludzie, którym zawdzięczamy największe osiągnięcia cywilizacyjne – od penicyliny po szczepionki – poświęcali się swojej pracy mimo tego, że nie mogli liczyć na to, iż wywinduje ich ona na czoło listy najbogatszych ludzi świata.

– A co ci szkodzi Bezos, lewaku?

Sam Bezos nic mi nie szkodzi, nie znam osobiście, może równy gość. Szkodzi mi za to stanowisko miliardera, na podobnej zasadzie jak szkodzi mi stanowisko dyktatora. Jestem zwolennikiem demokracji i niepokoi mnie, gdy ktoś gromadzi w swoich rękach nadmiar władzy. A dokładnie tak jest z miliarderami, którzy mają swoje media, swoich lobbystów, swoje dojścia do polityków, swoje możliwości manipulowania społeczeństwem. Nikt nie powinien dysponować aż taką władzą.

– Socjalizm nie działa.

Nie rozmawiamy o socjalizmie tylko o wyższym opodatkowaniu miliarderów, multimilionerów i korporacji. Na przykład USA nakładały kiedyś większe podatki na bogaczy i dziś nazywa się ten okres „złotymi czasami kapitalizmu”. Ale niech będzie, możemy przemianować na „złote czasy socjalizmu” , ważne żebyśmy wyciągnęli z tego wnioski.

Źródło
Opublikowano: 2020-09-03 13:45:32

Pewnie już słyszeliście, że w TV Trwam ostrzegano, iż LGBT zagraża polskiemu rolnictwu. To oczywiście śmieszne, ale niec

Tomasz Markiewka:

Pewnie już słyszeliście, że w TV Trwam ostrzegano, iż LGBT zagraża polskiemu rolnictwu. To oczywiście śmieszne, ale niech śmiech nie przysłoni nam tego, że mamy tu do czynienia z konsekwentnym, zorganizowanym i cholernie niebezpiecznym przekazem. Jednym z gości w tym cudacznym programie był przedstawiciel Fundacji Polska Ziemia. Nie słyszeliście o niej? Ja też nie znałem, dopóki nie zacząłem zbierać materiałów do „Gniewu”. FPZ odpowiada między innymi za dokument „Zmierzch. Ofensywa ideologii…

Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-08-18 15:18:01

Kilka tygodni temu czytałem dyskusję poważnych ludzi, którzy na serio zastanawiali się, jak blisko polityce Kaczyńskiego

Tomasz Markiewka:

Kilka tygodni temu czytałem dyskusję poważnych ludzi, którzy na serio zastanawiali się, jak blisko polityce Kaczyńskiego do polityki Stalina. Nie jestem ekspertem od historii ZSRR-u, więc przypomnijcie mi: czy tam też opozycja, w przerwie od ostrej krytyki władzy, spokojnie przegłosowywała sobie podwyżki w porozumieniu ze Stalinem?

Do tego miejsca zabrnęła polska opozycja (z kilkoma chwalebnymi wyjątkami). Z jednej strony „koniec demokracji”, „Stalin”, „gułagi”, itd., z drugiej –„Dogadaliśmy się…

Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-08-16 13:02:28

Coś optymistycznego.

Tomasz Markiewka:


Coś optymistycznego.

W USA toczy się nie tylko walka o urząd prezydenta, ale także o miejsca w Kongresie. Biorą w niej udział członkinie tzw. „Squad” – Alexandria Ocasio-Cortez, Ilhan Omar, Ayanna Pressley i Rashida Tlaib.

Kiedy dwa lata temu dostały się do Izby Reprezentantów, natychmiast wzbudziły wściekłość amerykańskiej prawicy. Trudno się dziwić, uosabiają wszystkie lęki Partii Republikańskiej: kobiety, młode, bez wielkiego majątku i koneksji rodzinnych, o mocno lewicowych poglądach. No i…

Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-08-13 14:43:33

Strażnicy dobrych obyczajów trzymają mniejszości w więziennej celi

Tomasz Markiewka:

Nie, osobom LGBT+ nie szkodzą flagi na pomnikach, tekturowe waginy ani tańce przed pałacem prezydenckim. Szkodzi im to, że nawet rzekomi sojusznicy traktują je jak przestępców odbywających karę, którzy na wolność muszą zasłużyć dobrym sprawowaniem.

Przeciwnicy mówią mniejszościom seksualnym otwartym tekstem, że są zakałą społeczeństwa i najlepiej byłoby, żeby zostali w swoich celach i się nie afiszowali. Fałszywi sojusznicy odgrywają rolę dobrotliwych strażników więziennych, którzy są nawet gotowi w bliżej nieokreślonej przyszłości wypuścić osadzonych na wolność, ale pod warunkiem że ci będą się „dobrze sprawowali”. Dlatego z troską powtarzają: nie wychylajcie się, nie prowokujcie, nie dawajcie powodu do tego, aby zdzielić was po głowie i zamknąć w izolatce.

We własnym mniemaniu ci „dobrzy” strażnicy są bardzo postępowi i pragmatyczni. W zachwycie nad swoją dobrocią pomijają jednak pewien szczegół: traktowanie osób LGBT+ w taki więzienny sposób to zwykłe draństwo i nie ma większego znaczenia, czy się jest w tym scenariuszu „dobrym”, czy złym strażnikiem.

Strażnicy dobrych obyczajów trzymają mniejszości w więziennej celi

Pisze Tomasz Markiewka.

Źródło
Opublikowano: 2020-08-01 16:53:18

Ech, ciągle ten sam argument: osoby LGBT+ domagają się szacunku, a nie szanują innych, bo wieszają tęczowe flagi na pomn

Tomasz Markiewka:

Ech, ciągle ten sam argument: osoby LGBT+ domagają się szacunku, a nie szanują innych, bo wieszają tęczowe flagi na pomnikach, jak tak można, ale to nieskuteczne, zrażające i agresywne, sami sobie szkodzą.

Po pierwsze, osoby LGBT+ chcą nie tyle szacunku, co równego traktowania i elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Niektórym łatwo to przeoczyć, bo nie muszą się zastanawiać nad tym, czy spotkają się z agresją, kiedy wyjdą na ulicę z partnerem bądź partnerką, mają więc komfort dramatyzowania wokół tego, że ktoś powiesił flagę na pomniku.

Po drugie, co to w ogóle za porównanie? Gdzie systemowe zastraszanie, dyskryminacja i przemoc, a gdzie powieszenie flagi? To tak jakby powiedzieć komuś: ej, narzekasz, że co tydzień dajemy ci wpierdol, a słyszeliśmy, że nie odpowiadasz „dzień dobry” na ulicy, ty hipokryto.

Po trzecie, przestańmy traktować osoby LGBT+, jakby były osadzonymi przestępcami, którzy muszą sobie zapracować dobrym sprawowaniem na zmniejszenie odsadki. Nie, dyskryminowana mniejszość nie musi zasłużyć na równe prawa i traktowanie. One jej się należą.

Po czwarte, przestańmy uzależniać nasze poparcie dla praw mniejszości seksualnych od tego, czy wszystkie osoby nieheteroseksualne zachowują się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Wyobrażacie sobie, co byłoby, gdybyśmy zastosowali tę logikę wobec innych grup społecznych? Na przykład: mężczyźni mogą liczyć na równe traktowanie tylko i wyłącznie wtedy, gdy każdy mężczyzna, co do jednego, spełni określone wymogi. Jak ktoś się wyłamie, sorry, faceci sami sobie zaszkodzili.

Po piąte, co jest w ogóle obraźliwego w rozwieszaniu flag, które mają symbolizować miłość i równość? Niektórzy czują się chyba obrażeni tym, że mniejszości mają czelność przypominać o swojej obecności w naszym społeczeństwie.

A tak poza tym, przez to, że całkowicie olewamy edukowanie na temat tego, jak wywalczono prawa kobiet, prawa pracownicze czy prawa mniejszości, wiele osób wyobraża sobie, że dyskryminowane grupy dostały te prawa za to, że były grzeczne i nikogo nie prowokowały. Otóż nie – ludzie musieli sobie je wydzierać. Gdyby czekali, aż dostaną swoje prawa w nagrodę za dobre sprawowanie, daleko by nie zaszli.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-30 08:20:51

Jakoś nie wierzę w ten ruch obywatelski Trzaskowskiego. I nie chodzi mi o to, że „PO, liberałowie, zło”. Rzecz raczej w

Tomasz Markiewka:

Jakoś nie wierzę w ten ruch obywatelski Trzaskowskiego. I nie chodzi mi o to, że „PO, liberałowie, zło”. Rzecz raczej w tym, że to przedziwny twór mający łączyć politykę partyjną z popularnymi w Polsce nastrojami antypartyjnymi, który zapadnie się pod ciężarem własnych sprzeczności.

Trzaskowski jest na tyle bystry, aby rozumieć, że – mówiąc językiem pewnego francuskiego filozofa – jego warunki możliwości są zarazem jego warunkami niemożliwości. Wsparcie machiny partyjnej PO dało mu możliwość funkcjonowania w polityce i wykręcania dobrych wyników wyborczych. Jednocześnie to wsparcie uniemożliwia mu sięgnięcie po główną nagrodę, bo PO ma zbyt duży elektorat negatywny.

No więc rozwiązaniem ma być ruch obywatelski tworzony przez partyjnego polityka, który będzie czerpał siłę z antypartyjnych emocji społecznych. Genialne? W założeniach może i tak, w praktyce ta sprzeczność będzie się ciągle ujawniała i doprowadzi u części początkowych entuzjastów do zawodu w rodzaju tego, który wywoływała działalność KOD-u. Ten ruch też chciał być poza polityką partyjną, a jednocześnie kształtować tę politykę i ciążył w określonym partyjnym kierunku (PO).

Poza tym już teraz widać, że cały pomysł opiera się na serii ściem. Na przykład Trzaskowski deklaruje, że ruch będzie zbierał podpisy pod ustawami obywatelskimi. Niby pięknie, ale jak trafnie pisze Agnieszka Dziemianowicz-Bąk: „Istotą ruchów obywatelskich NIE jest odwalanie roboty za partie polityczne. Jeśli jakaś partia ma do zgłoszenia ważne projekty ustaw, to ma od tego posłów i posłanki. To nasza, dobrze opłacana praca i nasz obowiązek. Politycy są po to, żeby pracować dla obywateli – nie odwrotnie!”.

To wygląda trochę tak, jakby politycy PO w ramach budowania sobie „obywatelskiego” PR-u chcieli wciągnąć mnóstwo osób do ciężkiej roboty, która i tak zakończy się odrzuceniem ewentualnych projektów przez PiS. Na początku ludzie mogą na to przymknąć oko, ale z czasem absurd tej sytuacji będzie coraz silniej kłuł w oczy. I okaże się, że tak naprawdę otrzymaliśmy kolejny ruch dla sympatyków PO, czyli dla „już przekonanych”. Jedyna różnica polega na tym, że na jego czele stoi będący na fali polityk ¬– ale znowu nie do końca stoi, bo przecież ma obowiązki prezydenta Warszawy i nie może ich zaniedbać, prawda? – którego popularność jest moim zdaniem przeceniana. Duża część tych 10 milionów głosów nie była na niego tylko przeciw Dudzie.

PO już raz zastosowało podobny trik, gdy startowało w wyborach samorządowych z hasłem „Nie róbmy polityki” – wtedy to zadziałało, ale to były inne czasy dla PO i specyficzne wybory. Nie sądzę, aby udało się to powtórzyć. Rozwiązaniem polskich problemów jest mądra polityka partyjna – która, owszem, opiera się na współpracy z ruchami obywatelskimi – a nie politycy próbujący udawać, że unoszą się ponad partiami i typowymi sporami politycznymi.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-19 12:15:52

Markiewka: Polityka miłości do lamusa

Tomasz Markiewka:

Piszę dla KP o dwóch największych ściemach po stronie opozycji: polityce miłości i polityce pragmatyzmu.

Jak to jest, że wewnętrzny Napoleon budzi się w naszych orłach demokracji zawsze wtedy, gdy rozmowa schodzi na prawa mniejszości seksualnych? Wystarczy, że grupka osób wyjdzie zatańczyć pod pałacem prezydenckim – o tekturowych waginach to już nawet nie mówię – i zaczyna się stara gadka: prawa mniejszości są oczywiście ważne, ale nie, tak nie wolno, bo to sprowokuje przeciwników, TVP puści w Wiadomościach, ludzie, zastanówcie się, jak szkodzicie opozycji, do tego trzeba podejść pragmatycznie!

A jak znani dziennikarze bądź celebryci snują rozważania o porządnych i nieporządnych miastach, o wiejskiej mentalności, o karaniu wyborców PiS więzieniem za przekupstwo wyborcze (bo, wiecie, sprzedali się za parówki i 500 złotych, he he), to gdzie wtedy podziewa się ten pragmatyczny Napoleon? Nagle nikogo nie martwi, co zrobi TVP, kogo to zmotywuje, jak zareagują wyborcy PiS-u?

Nie, bo kiedy leje się ten potok klasistowskich fantazji, to od razu pojawia się wyjaśnienie, że ludzie mają prawo odreagować, mają prawo być źli, a tak w ogóle to niczym Max Kolonko mówią, jak jest, i nie dadzą się spętać poprawności politycznej.

Wiem, że niektórym dziennikarzom i celebrytom wydaje się, że nadają z syberyjskich gułagów, ale prawda jest taka, że mają się całkiem nieźle. To osoby LGBT+ mogą się czuć zagrożone pod PiS-owską władzą, która nie dość, że zaczyna na nie cynicznie szczuć za każdym razem, gdy poczuje w tym interes wyborczy, to coraz mocniej wciąga do centrum polskiej polityki fundamentalistów z Ordo Iuris i tym podobnych grup. I jeśli ktoś ma prawo powiedzieć, że gwiżdże na pragmatykę wyborczą i estetyczne wymagania debaty publicznej, to właśnie oni, a nie zakochane w sobie medialne gwiazdy.

Markiewka: Polityka miłości do lamusa

Skoro najważniejsze jest pokonanie PiS-u, to czemu PO nie poparło Hołowni, któremu to jemu sondaże dawały największe szanse na pokonanie

Źródło
Opublikowano: 2020-07-18 14:08:46

W ramach powyborczej traumy powróciła fantazja, że „krajami powinni rządzić ludzie wykształceni, wybierani przez wykszta

Tomasz Markiewka:

W ramach powyborczej traumy powróciła fantazja, że „krajami powinni rządzić ludzie wykształceni, wybierani przez wykształconych” (cytat za użytkownikiem Kondominium). Wiem, że mało kto bierze te pomysły na serio, to tylko kolejny sposób na wyrażenie swojej frustracji, ale ta fantazja nie jest przypadkowa. Wpisuje się bowiem w szerszy trend lekceważenia systemowych, społeczno-ekonomicznych, uwarunkowań polityki. Dlatego może to dobry moment, żeby przypomnieć, dlaczego wyborcze uprzywilejowanie wykształconych (jak rozumiem: wykształconych ponad jakiś poziom) jest fatalnym pomysłem.

1. Na początek warto zdać sobie sprawę z tego, że kryterium wykształcenia było już stosowane w niektórych demokracjach i służyło do jawnej dyskryminacji. Na przykład wiele południowych stanów w USA używało testów na piśmienność, żeby odbierać prawo głosu afroamerykańskim obywatelom. Powiecie, że to nie ma zastosowania do Polski. Nie w takiej skrajnej postaci, ale na przykład ekonomista Michał Brzeziński udostępnił ostatnio na Twitterze wyniki, które wskazują, że od końca lat 90. maleją szanse dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym na pójście na studia. Niestety nasz system edukacyjny jest nadal nierówny, a szanse na dobre wykształcenie są przynajmniej do pewnego stopnia dziedziczone (wraz z kapitałem społeczno-kulturowym). Gdybyśmy połączyli kryterium wykształcenia z kryterium praw wyborczych, oznaczałoby to, że możliwość pełnego uczestnictwa w demokracji, a więc bycia pełnoprawnym obywatelem/obywatelką też będzie do pewnego stopnia dziedziczona. A to już krok w stronę społeczeństwa kastowego.

2. Wcale nie jest pewne, że wykształceni podejmowaliby lepsze decyzje od niewykształconych. Wiemy przecież, że wszyscy – bez względu na nasze wykształcenie – jesteśmy podatni na szereg błędów poznawczych i wszyscy mamy tendencję do uprzywilejowywania swoich interesów. Tak więc lepiej wykształceni (którzy byliby też z reguły zamożniejsi od mniej wykształconych) najpewniej faworyzowaliby rozwiązania, które sprzyjają im, a nie społeczeństwu jako całości. Co więcej, politycy nie mieliby żadnej motywacji, aby troszczyć się o interesy gorzej wykształconych, bo po co zabiegać o sympatię ludzi, którzy nie mają żadnych praw wyborczych i nie mogą na nas zagłosować? Kolejny krok w stronę społeczeństwa kastowego.

3. No i wreszcie wielu filozofów zwraca uwagę, że tak naprawdę nie mamy twardych kryteriów tego, jakie decyzje polityczne są lepsze, a jakie gorsze. Polityka to nie nauka ścisła – rola wartości jest zbyt duża, aby ustalić niezależne od opinii społecznych kryteria poprawności. David Estlund zwraca uwagę, że często nie możemy się porozumieć ze sobą już na etapie ustalania, kto miałby być ekspertem od podejmowania „poprawnych decyzji”. Cały więc pomysł na to, że pewna grupa społeczna wie lepiej od innej grupy społecznej co jest dobrą decyzją polityczną, a co złą, opiera się – przynajmniej z filozoficznego punktu widzenia – na kruchych podstawach.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-18 11:45:07

„Po prostu wieś to jest osobliwy stan umysłu, któremu PiS powiedział, że już nie muszą się starać, aspirować, nie muszą

Tomasz Markiewka:

„Po prostu wieś to jest osobliwy stan umysłu, któremu PiS powiedział, że już nie muszą się starać, aspirować, nie muszą dopasowywać, mogą być sobą i jest fajnie. To jest związek kulturowy” – pisze pewien twitterowicz.

Tak się składa, że pochodzę ze wsi i wiem jedno: nie ma czegoś takiego jak uniwersalny „wiejski stan umysłu”. Ludzie na wsi są różni: mają rożne aspiracje, uprzedzenia czy wizje świata. I wkurza mnie ta łatwość do tworzenia bieda-socjologicznych generalizacji.

To w ogóle jest przekleństwo opozycji: myślenie o 10 milionach wyborców Dudy i PiS-u jako monolicie, który ma jakąś jednorodną mentalność kształtowaną przez propagandę TVP.

A prawda jest taka, że są wśród nich tacy, którzy nabierają się na ksenofobiczną gadkę PiS-u, tacy, którzy mają podłe poglądy, tacy, którzy nie tylko mają aspiracje, ale po raz pierwszy poczuli, że mogą je realizować właśnie pod rządami PiS-u, tacy, którzy po prostu boją się powrotu PO do władzy, czy tacy, którzy nie mają żadnych określonych poglądów. Częścią kierują motywacje nacjonalistyczne, częścią ekonomiczne, częścią mieszanka obu albo jeszcze coś innego.

Nie ma jednego typu wyborcy PiS-u, tak samo jak nie ma jednej przyczyny wygranej PiS-u.

Opozycja przegrała o kilkaset tysięcy głosów. Niby mało, ale jak się odpuszcza po całości połowę polskich wyborców, bo „mentalność, TVP, twardy elektorat” – a czasem nawet nie tyle odpuszcza co wprost obraża – to potem trudno przeskoczyć tę różnicę.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-13 17:51:50

Wojciech Czuchnowski napisał dla „Gazety Wyborczej” tekst, który sprowadza się do przesłania: gdyby wszyscy nie-PiS-owsc

Tomasz Markiewka:

Wojciech Czuchnowski napisał dla „Gazety Wyborczej” tekst, który sprowadza się do przesłania: gdyby wszyscy nie-PiS-owscy politycy i wyborcy zachowywali się tak, jak to sobie wymyśliłem, to opozycja wygrałaby wybory. Z tej okazji chciałbym ogłosić, że gdyby wszyscy nie-PiS-owscy politycy i wyborcy, łącznie z Czuchnowskim, zachowywali się tak, jak ja to sobie wymyśliłem, to opozycja nie tylko wygrałaby wybory, ale zaczęłaby realizować progresywną politykę. Tylko kurde, cały problem z demokracją w tym, żeby ludzie nas posłuchali i chcieli robić to, co sobie wymyśliliśmy, nie?

Czuchnowski jest też przykładem wpadania ciągle w ten sam głupi schemat: polityka miłości, uśmiechu i dialogu, która ma odróżniać opozycję od PiS, błyskawicznie zamienia się w politykę lżenia Hołowni, Biedronia, Kosiniaka-Kamysza, wyborców lewicy, ludzi ze wsi, ludzi z niższym wykształceniem, słowem – każdego, kto nie spełnił moralnych oczekiwań zakochanych w sobie komentatorów politycznych, wygrywających w swojej głowie już szósty raz z PiS-em .

Tak pisałem o tym w „Gniewie”:

„Dotykamy tutaj największego paradoksu wyznawców polityki miłości. Przypominają oni trochę jedną z postaci występujących w filmie animowanym „Lego: Przygoda”. Chodzi o policjanta, który jest jednocześnie dobrym gliną i złym gliną. Jego przemiana obrazowana jest za pomocą… przekręcającej się główki (pamiętajmy, że mówimy o klockach). W jednej sekundzie widzimy dobrego glinę o radosnych rysach twarzy, a w kolejnej tego złego, którego twarz przybiera gniewny wyraz. I tak właśnie się zachowują najbardziej krewcy uśmiechnięci Polacy. Głoszą przesłanie dialogu, pogody ducha, a za chwilę wyzywają sporą część społeczeństwa od sprzedajnych prostaków albo od niecnych symetrystów, którzy nie chcą dostrzec cywilizacyjnej różnicy między PiS i PO”.

Trzeba się na coś zdecydować. Jeśli chce się uprawiać politykę miłości i otwartości, to konsekwentnie. Jeśli chce się iść w politykę gniewu, to super, ale wtedy wypadałoby powiedzieć to sobie otwarcie i zastanowić się, jak ukierunkować ten gniew w kierunku pozytywnej zmiany i mobilizowania kolejnych grup wyborczych, a nie walić w ludzi, których jeszcze wczoraj zachęcało się do współpracy.

Trudno sobie jednak w ogóle zdać sprawę z tego dylematu, gdy przyjmuje się postawę: ja, światły reprezentant wolności, demokracji i europejskości, mówię wam, ciemniaki, potencjalni zdrajcy i symetryści, co macie robić, a jak nie zrobicie, to jesteście, jak to napisał Czuchnowski na Twitterze, **********.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-13 13:51:14

Gdyby hasło „teraz najważniejsze jest pokonanie PiS” było szczere, to PO zamiast podmieniać Kidawę-Błońską na Trzaskowsk

Tomasz Markiewka:

Gdyby hasło „teraz najważniejsze jest pokonanie PiS” było szczere, to PO zamiast podmieniać Kidawę-Błońską na Trzaskowskiego, poparłoby Hołownię, któremu sondaże dawały większe szanse na wygranie w II turze. Tak więc ratowanie demokracji jest priorytetem, ale przecież nie na tyle dużym, żeby PO zaryzykowała utratę pozycji głównej partii opozycyjnej. Wiele osób, które głosowały na Trzaskowskiego, to wie, ale ponieważ szczerze zależy im na pokonaniu PiS, a to Trzaskowski wszedł do II tury, zagłosowały na niego. I słusznie. Tylko że po wyborach trzeba sobie powiedzieć wprost kilka rzeczy.

To hasło służy głównie do naganiania wyborców w stronę PO. Nawet politycy tej partii i jej medialni zwolennicy wiedzą, że programowo Platformę popiera może tak z 15% głosujących – reszta to ludzie przerażeni PiS, którzy głosują na „mniejsze zło”. Więc trzeba tych ludzi odpowiednio zmotywować. Od pięciu lat efekt jest taki sam: wygrywa PiS, a PO udaje się utrzymać pozycję największej partii opozycyjnej. Innymi słowy, hasło sprawdza się całkiem nieźle z perspektywy interesów partyjnych PO, fatalnie z perspektywy osób, które naprawdę chciałyby odsunąć PiS od władzy.

Dla lewicy dochodzi jeszcze jeden aspekt tej sytuacji. Przed każdymi wyborami, a przed tymi było to widać jak nigdy wcześniej, politycy i wyborcy lewicowi dostają od medialno-politycznego obozu PO komunikat: nie możecie się dopominać o realizację swoich postulatów, bo wasze postulaty mobilizują wyborców PiS (nie to, co wyzywanie ich od sprzedawczyków, prawda?), macie się przymknąć i udowodnić, że jesteście dobrymi demokratami, którzy bez szemrania głosują na PO. Tak się stopniowo ruguje lewicowe poglądy z debaty publicznej i doprowadza do sytuacji, w której demokratyczny kandydat robi gesty w stronę Konfederacji, a nie Lewicy (bo po co obiecywać coś ludziom, którzy mają moralny obowiązek na ciebie głosować?).

Pomijając wszystko inne, to jest gra, w której lewica nigdy nie wygra. Bo nawet gdy lewicowy kandydat pokornie popiera Trzaskowskiego, nawet gdy większość elektoratu i lewicowych komentatorów popiera pokornie Trzaskowskiego, to i tak zawsze da się znaleźć osiem kont na Twitterze, które go nie poparły, a tym samym obwieścić, że wygrana PiS to „wina lewicy”.

Zresztą lewica jak lewica, wczoraj niektórzy fani PO tak się rozhulali, że zaczęli ogłaszać, iż mają w nosie prawa LGBT, bo spotkali na Twitterze kilka osób LGBT niechętnych do popierania Trzaskowskiego. Stosowanie odpowiedzialności zbiorowej wobec dyskryminowanej mniejszości i uzależnianie swojego poparcia dla tej mniejszości od tego, czy 100% jej przedstawicieli poprze PO, pokazuje, że tą uliczką nie da się dojść do demokracji.

Im prędzej to zrozumiemy, tym większa szansa, że kolejne wybory będą wyglądały inaczej.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-13 10:34:11

Markiewka: Granice gniewu

Tomasz Markiewka:

Jeśli się nie mylę, to debiut publicystyczny zaliczyłem na łamach „Magazynu Kontakt”. Tym bardziej cieszę się z rozmowy ze Staszek Krawczyk na temat „Gniewu”.

– Opowiadamy sobie ładne historyjki o tym, jak Martin Luther King wyszedł na mównicę i mówił, co mu się śniło, jakie ma marzenia. W wypadku praw wyborczych kobiet w ogóle o niczym nie opowiadamy, tylko stwierdzamy, że w pewnym momencie po prostu się pojawiły. Nie mówimy, jak to się stało, że mamy ośmiogodzinny dzień pracy, nie dwunasto- czy czternastogodzinny. A za tym wszystkim kryją się masowe protesty, które nie były „ładne”, które często kończyły się bójkami, niszczeniem tej świętej własności prywatnej.

– Dlaczego właśnie taka wizja historii zwyciężyła?

– Na przykład dlatego, że gdybyśmy pamiętali, jak wywalczono prawa pracownicze, to i dziś chętniej byśmy w ten sam sposób o nie walczyli. Taka „spokojna” wizja historii może być wielu osobom na rękę. Zresztą u nas często się mówi, że wolny rynek sam z siebie stworzył dobrobyt, włącznie z prawami kobiet albo prawami pracowniczymi. Aby ta narracja mogła działać, trzeba wymazać z historii ruchy kobiece, strajkujących pracowników, konflikty między nimi a pracodawcami.

Ostatnio mieliśmy tego doskonały przykład, kiedy rakieta Muska udała się na stację kosmiczną i Robert Gwiazdowski oraz Leszek Balcerowicz piali z zachwytu, że to kolejny przykład wyższości prywatnego nad państwowym. A tymczasem wszystko to działo się we współpracy z NASA, firma Muska dostawała dofinansowanie od rządu, państwa przez lata latały w kosmos. i tak dalej.

Markiewka: Granice gniewu

Moim zdaniem współczesna prawica wygrywa dzięki temu, że rozpoznaje społeczny gniew i daje ludziom do niego prawo. Nawet jeśli jej recepty – przynajmniej w wydaniu Trumpa czy PiS-u – uważam w większości za fatalne.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-07 17:37:42

Kilka słów o obalaniu pomników. Konkretnie – o jednym argumencie przeciwników tych działań. Brzmi on mniej więcej tak: o

Tomasz Markiewka:

Kilka słów o obalaniu pomników. Konkretnie – o jednym argumencie przeciwników tych działań. Brzmi on mniej więcej tak: ok, ci ludzie dopuszczali się kontrowersyjnych, a nawet zbrodniczych czynów, ale nie możemy wymazywać historii, nie możemy jej edytować i zostawić w niej tylko tego, co pasuje do naszego obecnego klimatu politycznego.

Problem z tym pozornie rozsądnym argumentem polega na tym, że zakłada on istnienie jakiejś niewyedytowanej wersji historii, która miałaby być obecnie zniekształcana pod wpływem antyrasistowskiego wzburzenia. A to przecież ściema, bo my historię edytujemy nieustannie. Kiedy nasi europejscy przodkowie decydowali, że postawią pomnik Kolumbowi, a nie mordowanym przez niego i jego następców Arawakom, to – zgadliście – „edytowali historię”. Bo decydowali, co mamy z niej zapamiętać, o czym mamy zaś zapomnieć. I robili to skutecznie. Od czterech lat mam zajęcia ze studentami na temat Kolumba i Arawaków – wszyscy słyszeli o odkryciach tego pierwszego, ale nie spotkałem jeszcze ani jednej osoby, która przed zajęciami wiedziałaby o tym, co spotkało tych drugich.

Ciekawe, czy gdyby dziś Polska była usiana pomnikami Stalina, a jednym z największych dzieł polskiej kinematografii był film o przygłupich Polakach, którzy są wdzięczni Rosjanom za opiekę, to też pojawiałyby się opinie, że nie wolno „edytować historii”. Mam wrażenie, że dyskusja wyglądałaby jednak trochę inaczej. Tak naprawdę nie chodzi bowiem o edytowanie historii bądź nie, ale o to, z jaką wersją naszych dziejów łatwiej się nam utożsamić. W naszej części świata wciąż łatwiej przychodzi utożsamianie się z Kolumbem czy Churchillem niż z ich ofiarami. Podejrzewam, że oburzenie na obalanie pomników bierze się właśnie stąd, a nie z rzekomego zamiłowania do wierności faktom historycznym.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-04 10:00:23

Zbigniew Boniek rzuca tekstami, że „aby uczynić z ludzi niewolników, należy dać im pieniądze, których nie zarobili”. Wia

Tomasz Markiewka:

Zbigniew Boniek rzuca tekstami, że „aby uczynić z ludzi niewolników, należy dać im pieniądze, których nie zarobili”. Wiadomo z kim i czym to się kojarzy w Polsce, więc lajeczki idą tysiącami.

Może nie znam historii świata tak dobrze jak Boniek, ale wydaje mi się, że w większości przypadków robiono z ludzi niewolników w nieco inny sposób. Nie tyle dawano im pieniądze, co odbierano podstawowe prawa i przymuszano do pracy pod groźbą surowej kary.

Gdybym miał już szukać analogii we współczesnej Polsce, to z niewolnikami kojarzą mi się raczej ludzie zapierdzielający na umowach śmieciowych i drżący na myśl o kolejnej racie kredytu, a nie ktoś otrzymujący pomoc socjalną. Albo osoby takie jak Małgorzata, bohaterka jednego z tekstów Kacpra Leśniewicza: „Nie miałyśmy dla siebie nawet łazienki i łóżka, na których mogłybyśmy się położyć nad ranem. Nigdy nie wiedziałyśmy, ile szefowa zapłaci nam za dodatkową pracę jako obsługa wesela. Jak na loterii. Wszystko zależało od humoru szefowej – wspomina Małgorzata. – Pracowałam na czarno za trzy złote na godzinę, umowę na siedem złotych dostałam na krótko przed chorobą”.

Może gdyby kilka osób wyciągnęło głowę ze swoich czterech liter i zamiast snuć pseudo-filozoficzne rozważania na temat duchowej wolności, raczyło zauważyć podstawowe formy zniewolenia ekonomicznego, to Polska wyglądałaby dziś trochę inaczej. I nie trzeba byłoby liczyć na to, że ostatnim ratunkiem dla demokracji jest schlebianie Bosakowi.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-03 13:26:42

Ciągle wraca temat ekspertów pewnego banku, którzy uznali program Krzysztofa Bosaka za „znacząco pozytywny”, jeśli chodz

Tomasz Markiewka:

Ciągle wraca temat ekspertów pewnego banku, którzy uznali program Krzysztofa Bosaka za „znacząco pozytywny”, jeśli chodzi o jego wpływ na „równowagę budżetową”. Akcja Demokracja przypomina, że Bosak chce budować państwo oparte na dyskryminacji, czego nie można lekceważyć (także w kontekście gospodarki), i domaga się przeprosin. Bank odpowiada, że to tylko analiza ekonomiczna, której nie należy utożsamiać ze stanowiskiem politycznym. „Gazeta Wyborcza” przytacza dzisiaj racje obu stron.

Ciągle umyka jedna rzecz. Nawet z perspektywy czysto ekonomicznej ta analiza jest bzdurą. Program Bosaka zakłada ogromne, wielomiliardowe cięcia wpływów budżetowych bez wskazywania nowych źródeł finansowania czy oszczędności (nie licząc zmniejszenia Sejmu). To się ni cholery nie bilansuje, nie mówiąc już o „znacząco pozytywnym” wpływie na budżet. Zauważyło to kilka osób w mediach społecznościowych (Bartek Kocejko, Jan J. Zygmuntowski), ale media tradycyjne raczej milczą w tej sprawie, podobnie jak środowisko ekonomistów, choć w innych kwestiach – od praw fizyki po epidemiologię – polscy ekonomiści chętnie zabierają głos.

Tyle jest utyskiwania ze strony mediów i różnych ekspertów na postprawdę, na niedostatki edukacji ekonomicznej, na populizm, a gdy kilku ekonomistów opowiada ewidentne głupoty, to brak reakcji. Konfederaci wrzucają odnośniki do tej analizy pod każdą dyskusją na temat Bosaka. Wiele osób nie będzie tego weryfikowało, po prostu przyjmie do wiadomości, że zdaniem ekspertów ekonomicznych Bosak ma super program gospodarczy.

Ten nonszalancki stosunek do opinii na temat Bosaka to nie przypadek. Polska debata ekonomiczna wygląda tak, że wystarczy coś sprzedać jako rozwiązanie „liberalne” czy „wolnorynkowe” i nie ma pytań: większość z automatu przyjmuje, że stoi za tym solidna wiedza. Wielki naukowiec, który nie potrafi zdzierżyć jakiejkolwiek tezy, jeśli nie stoją za nią mocne dowody empiryczne i teoretyczne, budzi się w naszych antypopulistach dopiero wtedy, gdy rozmowa schodzi na inne tematy, najlepiej propozycje socjalne. Chcesz progresji podatkowej? Nie podchodź bez tysiąca stron badań, analiz i niezbitych dowodów. Chcesz obniżyć wpływy do budżetu? Powiedz „czary-mary, wolny rynek”, a dostaniesz znaczek eksperckiej jakości.

Jeśli chcemy rozmawiać o demagogii, postprawdzie i pogardzie dla wiedzy naukowej na serio, a nie na zasadzie intelektualnej pozy, to nie możemy lekceważyć przypadków promowania niebezpiecznych radykałów pod płaszczykiem eksperckich analiz.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-02 15:14:52

W 2015 roku na PiS zagłosowało 5,7 miliona wyborców. Po czterech latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdeg

Tomasz Markiewka:

W 2015 roku na PiS zagłosowało 5,7 miliona wyborców. Po czterech latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdego z symetryzmu PiS uzyskał ponad 8 milionów głosów. Na Andrzeja Dudę w 2015 roku głosowało w pierwszej turze 5,2 miliona osób. Teraz, po pięciu latach wezwań do obrony demokracji i rozliczania każdego z symetryzmu, było to 8,5 miliona.

Moim zdaniem to pokazuje, że opozycja zapędza się coraz bardziej w kozi róg całą tą podniosłą narracją o „najważniejszym wyborze po 1989” i „ostatniej szansie na uratowanie demokracji”. Bo zagrzewanie do mobilizacji działa w dwie strony: mobilizują się nie tylko wyborcy antyPiS, ale też PiS. Dlatego o ile w czasach Tuska i Komorowskiego można było liczyć na to, że do wygranej z PiS-em wystarczy konserwatywno-liberalny elektorat PO, to potem musiał to być już sojusz PO, Lewicy i PSL, a teraz trzeba jeszcze liczyć na elektorat nacjonalistycznej Konfederacji.

To jest walka na wyniszczenie: komu pierwszemu skończą się możliwości mobilizowania coraz większej grupy wyborców. Opozycja ma tu problem, bo musi nie tylko mobilizować, ale zastanawiać się, jak utrzymać w ryzach coraz bardziej egzotyczny sojusz, rozciągający się od lewicy po skrajną prawicę z Konfederacji.

Wybory prezydenckie to jeszcze pół biedy (w sensie praktycznym, moralny chwilowo pomijam), bo wystarczy to jakoś skleić do czasu wyborów, a potem Trzaskowski nie będzie na co dzień związany koniecznością spełniania całkowicie sprzecznych oczekiwań. Jednak w przypadku wyborów parlamentarnych, gdyby okazało się, że sklecenie koalicji od Lewicy po Konfederację jest jedynym sposobem utworzenia rządu nie-PiS-owskiego, to jeśli nawet udałoby się uformować taki rząd, niczego on nie osiągnie i prędko rozpadnie się z hukiem. Pozostanie tylko głęboki niesmak.

Nie chcę udawać, że mam jakieś złote recepty, bo nie mam. Jestem wyborcą polityków, którzy kręcą się w okolicach 3%. Mam tylko wrażenie, że w całym tym zgiełku bitewnym, wśród okrzyków o „kończącym się PiS-ie”, „pożytecznych idiotach z lewicy” i „ostatniej szansie na wygraną”, jakoś umyka fakt, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której żadna siła polityczna nie jest w stanie samodzielnie pokonać partii Kaczyńskiego. I mało kto zastanawia się nad tym, jak w ogóle zabrnęliśmy w ten ciemnych zaułek, w którym „uratowanie demokracji” zależy od skutecznego podlizywania się Krzysztofowi „Polska dla Polaków” Bosakowi.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-29 15:36:37

Wydawałoby się, że wybory to ten czas, w którym najwięcej mówi się o polityce – o tym, jak widzimy nasz kraj: jakie poda

Tomasz Markiewka:

Wydawałoby się, że wybory to ten czas, w którym najwięcej mówi się o polityce – o tym, jak widzimy nasz kraj: jakie podatki, jakie decyzje klimatyczne, jakie prawo pracy. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Nie ma gorszego momentu, aby poruszyć jakikolwiek tego rodzaju temat. Im bliżej wyborów, tym bardziej liczy się tylko: Duda czy Trzaskowski, PiS czy PO?

Część mediów i komentatorów nie próbuje nawet udawać, że jest inaczej. Ważne jest tylko to jedno pytanie. Od odpowiedzi na nie zależy, czy ktoś uzna cię za swego, czy może za zdrajcę, idiotę bądź – jak powiada profesor Krzemiński – osobę chorą umysłowo.

Gdy pojawi się już istotny temat, to na takiej zasadzie, że jednemu kandydatowi wyjdzie z sondaży, iż warto poszczuć na jakąś grupę mniejszościową, a drugi zamyka oczy, zatyka uszy i szepcze „Niech ten temat się skończy, niech się skończy”, bo mu z kolei wychodzi, że najlepiej się nie odzywać.

Stawka najbliższych wyborów jest wysoka, ale jeśli chcemy na serio rozmawiać o Polsce w dłuższej perspektywie, to musimy pamiętać, że niezależnie od wyniku i medialnego podniecenia całe mnóstwo Polaków obudzi się dokładnie w tym samym kraju. Młodych nadal nie będzie stać na mieszkania, mniejszości nadal będą pozbawiane praw, Kościół nadal będzie się wtrącał do polityki, umowy śmieciowe nadal będą się plenić, a polityka klimatyczna nadal będzie leżeć.

Nie mówię tego po to, żeby lansować tezę, że wszyscy kandydaci są tak samo źli. Nie są, poza tym tego rodzaju cynizm sprzyja bierności politycznej – bardzo niebezpieczne zjawisko, które na pewno nie pomaga w budowie dobrego państwa. Chodzi mi tylko o to, że dopóki te problemy nie zostaną rozwiązane, to temat „zagrożenia demokracji” będzie wracał nieustannie. To jest rzecz, którą bardzo ciężko pojąć ludziom powtarzającym, że „teraz najważniejsze jest odsunąć od władzy PiS”. Tak jakby wybory polityczne to było coś, co dzieje się niezależnie od stanu społeczeństwa i jakby można było najpierw zbudować sprawną demokrację, a dopiero potem ewentualnie zadbać, żeby ludzie mieli gdzie w tej demokracji mieszkać albo gdzie pracować za godną płacę.

Przypominam, że już raz – w 2007 roku – udało się odsunąć PiS od władzy. Patrząc na dzisiejszy poziom paniki, można wywnioskować, że jakoś nie uodporniło to polskiej demokracji na kolejne zagrożenia.

Cała nasza debata polityczna jest cholernie krótkowzroczna. Obawiam się, że za kilka lat obecny okres nie będzie pamiętany jako czas dzielnych zmagań w obronie demokracji, ale jako czas totalnego olewania największych wyzwań cywilizacyjnych. Tak więc brońmy demokracji, jak najbardziej, ale nie tylko w taki sposób, że nakręcamy się na setną odsłonę zmagań PO i PiS-u. Wymagajmy też od polityków i polityczek wszystkich partii czegoś więcej niż pokonania „tamtych”, niezależnie od tego, jak „tamtych” definiujemy.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-24 13:01:52

Dr Tomasz S. Markiewka: Lekceważymy społeczny gniew, który wybuchnie nam w twarz [WYWIAD]

Tomasz Markiewka:

– Lubimy sobie wyobrażać np. Martina Luthera Kinga jak wychodzi na mównicę, wygłasza swoje „I have a dream…” i pod naciskiem tej „siły spokoju” system segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych rozpada się w drobny mak. Nic z tych rzeczy: Kinga oskarżano o to, że jest agresywny, podburza czarnoskórych i niepotrzebnie podgrzewa społeczne emocje, zbyt szybko dążąc do zbyt radykalnych zmian. Ruch praw obywatelskich niczego by nie zdziałał, gdyby słuchał dyscyplinujących wezwań do świętego spokoju.

Inny przykład z USA: sufrażystki. One z kolei słyszały, że łamią zasady dobrego wychowania i dzielą kraj, który był w trakcie wojny. Rzeczywiście posuwały się do rzeczy, które dziś wielu wydają się skandaliczne, nieakceptowalne – jak choćby spalenie kukły prezydenta Wilsona pod Białym Domem. Ale te ostre metody były nastawione na konkretny społeczny cel. Czy sufrażystki wywalczyłyby prawo głosu dla kobiet, gdyby słuchały pouczeń: bądźcie grzeczne i miłe?

– Pamiętam tekst w, w którym na przykładzie sceny z „Jokera” ostrzegał pan przed „strażnikami spokoju”. Większość z nas odruchowo oczekuje, by ktoś, kto z nami rozmawia, był miły, nie podnosił głosu i nie przeklinał – a jeśli się do tego nie stosuje, już nie musimy go słuchać. Sami zastawiamy na siebie pułapkę – jaką?

– Nie lekceważę tej potrzeby. Na co dzień znacznie lepiej się porozumiewamy, kiedy jesteśmy dla siebie nawzajem mili i uprzejmi. Ale to się nie musi sprawdzać, kiedy dana osoba czy grupa upomina się o rzeczy podstawowe, a napotyka na lekceważenie.

Przypomnę scenę z „Jokera”: bohater jest w studiu i prowadzący na chwilę przed wejściem na wizję upomina go, że ten ma nie przeklinać, po czym już w czasie nagrania strofuje go za niestosowny żart – w końcu „jesteśmy w telewizji”. Ten sam prowadzący nie ma skrupułów, by Arthura-Jokera publicznie upokorzyć. Ja mogę cię niszczyć na wizji – ty nie możesz nawet rzucić grubym słowem, bo to „kulturalny program”.

Frustracja i złość bohatera są oczywiście destrukcyjne – dla niego i dla otoczenia – ale ta scena mówi nam coś ważnego o tym, jak nasze media i kultura obchodzą się z gniewem.

Dr Tomasz S. Markiewka: Lekceważymy społeczny gniew, który wybuchnie nam w twarz [WYWIAD]

Wkurzeni ludzie będą wśród nas zawsze i ta emocja zawsze będzie szukać ujścia. Co z tym zrobimy? Czy zdołamy ukierunkować gniew w stronę społecznej zmiany na lepsze? Bo jeśli nie my, to na pewno przyjdzie po ten gniew ktoś mniej miły i będzie mieć gorsze intencje – mówi dr Tomasz …

Źródło
Opublikowano: 2020-06-20 15:06:45

Nie mogło być inaczej, skoro PiS rozpętuje podłą nagonkę na osoby LGBT+, to mamy wylew deklaracji „postępowych” dziennik

Tomasz Markiewka:

Nie mogło być inaczej, skoro PiS rozpętuje podłą nagonkę na osoby LGBT+, to mamy wylew deklaracji „postępowych” dziennikarzy i polityków, że oni, oczywiście, brzydzą się taką dyskryminacją, ale… Po tym „ale” pojawiają się zazwyczaj uwagi o konserwatywnym polskim społeczeństwie, które nie jest gotowe na zmiany. Od tego już tylko mały kroczek do narzekania, że osoby LGBT+ walczą o swoje prawa nie tak, jakby to widzieli „postępowi” dziennikarze, nasi kochani strażnicy spokoju i kultury.

Kroczek tak mały, że został postawiony błyskawicznie, choćby przez Annę Kalczyńską z Dzień Dobry TVN, która z troską pyta: „A może błędem jest SPOSÓB opowiadania o ludziach LGBT? Zamiast agresywnych seksualnych parad na ulicach i wojujących polityków potrzeba empatii i spokoju w przedstawianiu historii ludzi wokół nas?”.

Język w polityce ma wymiar performatywny – nie tylko opisuje świat, ale go współtworzy. Kiedy Kalczyńska pisze o „agresywnych paradach” to nie tylko opisuje domniemane odczucia społeczeństwa, ale dokłada swoją cegiełkę do utrwalania społecznego stereotypu o agresywności osób LGBT+.

Ludzie tworzą sobie obraz świata na podstawie tego, co najczęściej słyszą i co im najłatwiej przywołać z pamięci. To dlatego niektóre osoby są święcie przekonane, że protesty czarnej społeczności w USA polegają głównie na niszczeniu „świętej własności prywatnej” – takie obrazy podsuwają im media, tworząc złudzenie, że wyjątkowe zdarzenia są regułą.

Społeczność LGBT+ zmaga się z tym nieustannie. Wszyscy pamiętają, że na marszu równości w Gdańsku jakieś aktywistki niosły tekturową waginę, bo tygodniami dyskutowano o tym, jak bardzo osoby LGBT+ szkodzą sobie takimi działaniami. A ilu pamięta, że na tym samym marszu jacyś katolicy stali z transparentem sugerującym karanie osób LGBT+ śmiercią? No właśnie, nie było żadnej debaty na temat tego, jak bardzo szkodzą sobie katolicy, nawołując do faktycznej agresji. Sama propozycja takiej dyskusji zostałaby szybko odrzucona jako niedorzeczna prowokacja.

Chowanie się za „konserwatywnym społeczeństwem” jest bardzo wygodne. Nawet Roman Giertych podłapał ten trend: już nie rzuca wprost hejtem w stronę mniejszości, po prostu mówi, że w Polsce prawa LGBT+ nie przejdą. Efekt ten sam – blokowanie zmian – ale łatwiej unikać zarzutów o homofobię. Tak samo wygodne jest nawoływanie do spokoju. Ono też służy ostatecznie pacyfikowaniu dyskryminowanych grup, bo przecież zawsze znajdzie się co najmniej jeden przykład zaburzania tego spokoju – choćby tak absurdalny jak tekturowy obrazek – nad którym będzie można załamywać ręce, wzdychając z fałszywą troską „Nie tak, nie tak to się robi”.

Źródło
Opublikowano: 2020-06-15 10:35:40