Markiewka: Nie uratujemy świata na skróty, bez polityków i „brudnej” polityki

Tomasz Markiewka:


Na stronie „Krytyki Politycznej” możecie przeczytać długą i mam nadzieję ciekawą rozmowę, którą przeprowadził ze mną Michał Sutowski na temat „Zmienić świat raz jeszcze”. Polecam i książkę, i rozmowę. Poniżej krótki fragment.

TM: Nie trzeba się bać polityków, bo ostatecznie walka aktywistów kończy się zwycięstwem dopiero wtedy, gdy podniesiona zostanie odpowiednia liczba rąk w Sejmie i Senacie, ale z drugiej strony bez odpowiedniej presji może nawet nie dojść do głosowania. Zresztą politycy odpowiadają też za warunki, w jakich tę presję można wywierać.

MS: Bo w demokracji, choćby skorumpowanej i wypaczonej przez lobbing i partyjniactwo, wolno jednak więcej?

TM: Dam taki przykład. Opisuję w książce strajk w zakładach General Motors w mieście Flint, z lat 1936–1937, czyli z czasów New Dealu. Gdyby wtedy nie było takich strajków okupacyjnych, gdyby związki zawodowe się same nie zorganizowały, postulaty pracownicze nie miałyby takiej siły przebicia. Z drugiej strony strajk we Flint mógłby zakończyć się klęską, gdyby Frank Murphy, ówczesny gubernator Michigan, pozwolił władzom firmy na użycie siły zbrojnej policji i gwardii narodowej. Tego jednak nie zrobił.

MS: Ludzki pan.

TM: To naprawdę było dość nietypowe jak na ówczesne standardy, bo wielu polityków zezwalało firmom na użycie przemocy i spacyfikowanie pracowników. Murphy nie pozwolił – i to było decydujące. Również prezydent Roosevelt nalegał na rozmowy ze strajkującymi i GM się ugięło. Wniosek jest taki, że politycy potrzebują presji, ale też potrzeba polityków gotowych ulec tej presji. Dlatego nie podoba mi się postawa, czasem spotykana wśród aktywistów…

MS: Że wszyscy politycy są siebie warci?

TM: A przecież różnica między politykiem bardzo złym a średnio dobrym może być zasadnicza, bo czasem to jest różnica między kimś, kto wyśle na ciebie policję, a kimś, kto choćby z oportunizmu ulegnie naciskowi. Tak jak w XIX wieku: wiemy, że politycy znoszący niewolnictwo w USA mieli różne motywacje i poglądy, nie zawsze szlachetne. Ale to nie zmienia faktu, że podjęli dobrą decyzję. Rozumiem niechęć, zwłaszcza młodych ludzi, do partii politycznych, ale naprawdę nie wszyscy posłowie i posłanki są tak samo źle nastawieni do praw kobiet czy do spraw klimatu. Dlatego nie traktujmy ich z równą niechęcią, z niektórymi warto nawiązywać współpracę. Sami z siebie nie dokonają cudów, ale też ruchy społeczne bez polityków nic nie osiągną.

Markiewka: Nie uratujemy świata na skróty, bez polityków i „brudnej” polityki

Źródło
Opublikowano: 2021-03-27 09:23:43

Czytam książkę Domosławskiego o Baumanie i mam prostą refleksję: to jest świetna

Tomasz Markiewka:


Czytam książkę Domosławskiego o Baumanie i mam prostą refleksję: to jest świetna rzecz. Nie tylko dlatego, że to monumentalna, wciągająca, pełna interesujących szczegółów biografia. Domosławski, przynajmniej w moim odczytaniu, opowiadając o Baumanie, robi coś jeszcze: uderza w dwa popularne mity na temat PRL-u.

Pierwszy mit dotyczy ludzi, którzy chcieli budować socjalizm w Polsce i stanęli po stronie „władzy ludowej”. Kim oni byli? Cóż, mit podpowiada dwie możliwości: byli albo a) ludźmi złymi do szpiku kości, albo b) ludźmi może o szlachetnych intencjach, ale naiwnymi, zideologizowanymi i generalnie pogubionymi („był indoktrynowany od dziecka” pisze Jedlicki o Baumanie w liście do Giedroycia). Domosławski na przykładzie Baumana pokazuje trzecią możliwość: tuż po wojnie wybór obozu socjalistycznego był dla części osób rozsądną, w pełni racjonalną, tj. uzasadnioną decyzją. Jeśli ktoś doświadczył antysemityzmu i ksenofobii II RP, jeśli ktoś widział ogromną biedę i nierówności tego systemu, jeśli ktoś odczuł, co się dzieje, gdy do władzy dochodzą nacjonaliści, to pójście w socjalizm wydawało się najlepszym dostępnym rozwiązaniem. Nie trzeba było indoktrynacji, żeby dojść do takiego wniosku. Nawet świadomość (niepełna w tamtych czasach) wad PRL-u nie musiała tego zmienić, bo jeśli punktem odniesienia pozostawała II RP, to postęp w niektórych sferach był niezaprzeczalny.

Drugi mit dotyczy tego, jak wyglądało wyzbywanie się złudzeń na temat PRL-u wśród jego początkowych zwolenników (wiecie, tych zindoktrynowanych). Wedle popularnej opowieści ścieżka od naiwności do dojrzałości pociągała za sobą dwa ściśle powiązane gesty: oznaczała zarówno odcięcie się od stalinowskich zbrodni, PRL-owskiego autorytaryzmu, itd., jak i od socjalistycznych idei. Innymi słowy, wzorcowa ścieżka „dojrzewania” biegła zarówno w stronę demokracji, jak i kapitalizmu. Oczywiście, część działaczy opozycyjnych mogła zachować „lewicową wrażliwość”, ale ogólnie rzecz biorąc – głosi mit – jedyną rozsądną drogą było całkowite odcięcie się od socjalizmu. I znowu, Domosławski na przykładzie Baumana pokazuje, że można oddzielić te dwie rzeczy: Bauman odrzuca totalitaryzm autorytaryzm, zbrodniczość, ale pozostaje przywiązany do idei socjalizmu, nie staje się nagle wielkim entuzjastą kapitalizmu, a na pewno nie jego neoliberalnej, niekontrolowanej, wersji.

W różnych miejscach książki powraca pytanie, dlaczego ludzie, którzy obrzucają dziś Baumana błotem, nie chcą zrozumieć okoliczności, w których podejmował swoje decyzje, czemu nie mają zrozumienia dla jego punktu widzenia, dla skomplikowania historii, itd. No właśnie: dlaczego? Kiedy patrzę na przeciwników Baumana, to widzę, że w przypadku innych postaci chętnie odwołują się oni do argumentu ze „specyfiki czasów”. Weźcie rozpocznijcie rozmowę na temat handlarzy niewolników, a od razu usłyszycie, jakie to wszystko jest skomplikowane i niemożliwe do jednoznacznego ocenienia. Ale dla Baumana – i nie tylko jego – ci sami ludzie są jakby mniej wyrozumiali, choć jego winy są zdecydowanie mniejsze. Raz jeszcze: dlaczego? Moim zdaniem, oprócz oczywistego wątku antysemickiego, wyjaśnienia należy szukać na płaszczyźnie idei politycznych. Największym występkiem Baumana było jego przywiązanie do socjalistycznych idei (spora część Polaków uznaje „dyktatury lewicowe za odrażające i zasługujące na potępienie, natomiast dyktatury prawicowe za dopuszczalne” – pisał w innej swojej książce Domosławski). Socjalistyczne zaangażowanie pozostaje w Polsce zbrodnią niewybaczalną, w przeciwieństwie do na przykład niewolnictwa, które jest traktowane jako zbrodnia względna, a nawet nie zbrodnia, tylko taki tam nieciekawy epizod z biografii „wielkich ludzi”.

Dlatego dla mnie biografia Baumana to także opowieść o współczesnej Polsce: o naszych hierarchiach wartości, naszych ocenach etycznych, naszych wyborach ideowych. A uderzenie we wspomniane mity – oba zasadzające się na głębokim antysocjalizmie, na przekonaniu, że socjalizm jest z istoty czymś złym – uważam za najcenniejszy aspekt książki Domosławskiego. Jednocześnie podejrzewam, że to będzie ten wątek, który najbardziej rozsierdzi spore grono osób.

Źródło
Opublikowano: 2021-03-25 13:42:37

Jeszcze na marginesie wpisu o podatkach. Kilka osób napisało wczoraj, że 120 tys

Tomasz Markiewka:


Jeszcze na marginesie wpisu o podatkach. Kilka osób napisało wczoraj, że 120 tys. złotych rocznie to nie jest dużo – „starcza najwyżej na przyzwoite życie”. Sądzę, że ci ludzie piszą to szczerze. Jeśli ktoś mieszka w drogim mieście, ma kredyt na głowie, a jego punktem odniesienia są Niemcy, to naprawdę czuje, że 10 tys. miesięcznie to raczej mała kwota. Jednocześnie, jak zauważyli np. Tomasz Makarewicz i Staszek Krawczyk, wiemy, że te 10 tys. wzwyż zarabia ledwie jakieś 6% Polaków i Polek. Niewiele. Podejrzewam, że dla masy rodaków nawet połowa takich zarobków to na dziś marzenie.

To jest moim zdaniem sedno problemu, które umyka w żarliwej dyskusji o konkretnych progach podatkowych.

Jak zlepić społeczeństwo z ludzi, którzy niby mieszkają w tym samym kraju, ale mają tak dramatycznie różne doświadczenia i punkty odniesienia? Co łączy osoby przekonane, że 120 tys. rocznie ledwo starcza na przyzwoite życie, z mnóstwem rodaków starających się prowadzić to przyzwoite życie za znacznie mniejsze pieniądze, dodatkowo w stanie permanentnej niepewności, czy na przykład nie zostaną zwolnieni?

Co najmniej od czasu badań Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta wiadomo, że Polska ma o wiele większy kłopot z nierównościami społecznymi, niż się wcześniej wydawało. A jednak ten temat nie może się przebić do świadomości publicznej. Jest nagminnie lekceważony jako wydumany problem lub socjalistyczna gadka. I to mimo tego, że wiemy, iż nierówności mogą prowadzić do gwałtownych napięć społecznych.

Przypomina mi się pewien wywiad z Rafałem Matyją, który trafnie mówił o podziałach i napięciach w polskim społeczeństwie. Jakiś czytelnik skomentował jego spostrzeżenia mniej więcej tak: a to wszystko, cała ta nienawiść, te niszczące spory, są dziełem jednego człowieka – Jarosława Kaczyńskiego. Mam wrażenie, że wiele osób myśli podobnie i żywi nadzieję, że gdy tylko Kaczyński i PiS przegrają wybory, to będzie można wrócić do budowy „fajnej Polski”.

To ułuda, która lekceważy systemowe powody, dla których polskie społeczeństwo jest tak pełne napięć. Nierówności ekonomiczne to jedno. A pamiętajmy, że nakładają się na to spory o prawa kobiet i mniejszości, bo część społeczeństwa chce w tych sprawach naśladować najlepsze wzorce europejskie, część w panicznym odruchu kontrreformacyjnym śni zaś o państwie religijnym. No i mamy coraz wyraźniejszy spór pokoleniowy, który zresztą łączy się ściśle z tymi dwoma pierwszymi. Jakub Sawulski ostrzega, że pandemia finansowo najbardziej uderza w młodych na śmieciówkach – ludzi i tak już sfrustrowanych tym, że nie stać ich na mieszkania.

Obawiam się, że te trzy konflikty to jest mieszanka wybuchowa, która będzie wstrząsać Polską niezależnie od tego, jaką pozycję zajmie w niej Kaczyński. Dlatego ich lekceważenie – zrzucanie na karb roszczeniowej i niewychowanej młodzieży, socjalistycznej nostalgii, poprawności politycznej, itd. – jest poważnym błędem.

Źródło
Opublikowano: 2021-03-21 11:30:37

„Super Express” zlecił sondaż, z którego wynika, że całkiem sporo, bo 46% Polakó

Tomasz Markiewka:


„Super Express” zlecił sondaż, z którego wynika, że całkiem sporo, bo 46% Polaków, byłoby za wprowadzeniem dodatkowego progu podatkowego: 50% podatku dochodowego dla osób zarabiających powyżej 120 tys. złotych rocznie (przypominam, że 50% płaciłoby się nie od całości dochodu, ale od każdej złotówki powyżej tych 120 tys. rocznie).

Oczywiście, można dyskutować, czy taki próg od takiej kwoty, czy może powiedzmy 45% od 200 tys., a najlepiej to poradzić sobie z fikcyjnym samozatrudnieniem, które sprawia, że menadżer z wypasioną pensją płaci proporcjonalnie niższe podatki niż na przykład nauczycielka.

Ale ja nie o tym, tylko o komentarzu, który zamieścił na Twitterze jeden z przeciwników tego pomysłu.

„Świetny pomysł, 50% podatek walnijmy ludziom zarabiającym 2160 euro miesięcznie, czyli mniej więcej tyle, ile zarabia sprzątaczka w Niemczech. Za mało młodych, wykształconych, zdolnych wyjechało z tego kraju”.

Pisałem kiedyś o tym popularnym argumencie. Jakie to znamienne, że kiedy mówimy o najbogatszych rodakach, to od razu przeliczamy ich pensje na euro i pytamy dramatycznie „No i czy to jest tak dużo, czy za to da się wyżyć?”. Punktem odniesienia stają się Niemcy. Ale gdy mówimy o 500 plus, zasiłkach dla bezrobotnych, pensjach nauczycielek czy młodych ludzi na śmieciówkach w gastronomii, to jakoś mniej kwapimy się z przeliczaniem tych kwot na euro. Nagle się okazuje, że punkt odniesienia jest inny. „Nie narzekajcie, bo w PRL-u tośmy dopiero mieli ciężko” – mówią różne mądre autorytety. A gdy ten punkt odniesienia okazuje się za mało perswazyjny, to zawsze można postraszyć jeszcze gułagami.

Na tym przykładzie widać, że niby wszyscy zamieszkujemy ten sam kraj, ale chyba nie do końca – jedni, stosunkowo nieliczni, są oceniani przez pryzmat współczesnych europejskich standardów, inni mają się cieszyć, bo przecież kilkadziesiąt lat temu mieliby jeszcze gorzej. Tak się utrwala podziały społeczne.

No dobrze – powiecie – ale czy ci młodzi zdolni ludzie rzeczywiście nie uciekną, gdy wprowadzimy wyższą progresję podatkową?

Pozwólcie, że zacytuję w odpowiedzi fragment ze „Zmienić świat raz jeszcze”:

„Woleliśmy budować system promujący pracę samozatrudnionych menadżerów, a nie pracę pielęgniarek. Za każdym razem, gdy pojawiała się propozycja podniesienia podatków najzamożniejszym, ulegaliśmy argumentom, że ci uciekną z kraju. Tak więc menadżerowie zostali, uciekły za to pielęgniarki. „20 tys. pielęgniarek już wyjechało do pracy za granicę, 55 tys. w każdej chwili może przejść na emeryturę. Absolwentki pielęgniarstwa od pracy w szpitalu wolą salon kosmetyczny” – donosiła dwa lata przed pandemią „Gazeta Wyborcza””.

Śmiem twierdzić, że to nie exodus najzamożniejszych Polaków jest największym problemem naszego kraju.

Źródło
Opublikowano: 2021-03-20 15:29:55

Dlaczego publicysta „Wyborczej” kopiuje najgłupsze kalki z prawicowych szmatławców?

Tomasz Markiewka:


„Dawno nie czytałem w mediach tekstu, który byłby taką manipulacją, tak pełnego półprawd i przekłamań. Szczerze mówiąc, nie wiem, z czego to wynika – łudzę się, że przyczyną jest wyłącznie słaby warsztat publicysty, a nie chęć celowej manipulacji dla podsycenia strachu”.

(…)

„Witold Gadomski swój tekst o strasznej i szkodliwej kulturze unieważniania (sam używa pojęcia „kultury anulowania”) opiera na fałszywej informacji, jakoby ktoś miał uznać Adama Smitha za rasistę, a główną tezę – o wszechobecnym obalaniu pomników – przedstawia na przykładzie człowieka, który z zasady pomników obalać nie chce”.

(…)

„Witold Gadomski korzysta z informacji brytyjskich mediów wyjątkowo niechlujnie. Pisze o naukowcach z Uniwersytetu Cambridge, mimo że Kehinde Andrews, autor przytoczonych słów, nie ma z tą uczelnią nic wspólnego poza tym, że akurat tam odbyła się debata, w której brał udział (zresztą w Kolegium Churchilla)”.

(…)

„Sposób, w jaki Witold Gadomski atakuje Andrewsa za słowa dotyczące Winstona Churchilla przypomina ten, w jaki przedstawiciele Kościoła katolickiego traktują osoby mające odwagę krytykować Karola Wojtyłę. To pokazuje, jak blisko światopoglądowej ideologii do religijnego obłędu. Liberalizm pod pretekstem obrony zdrowego rozsądku tak naprawdę czci hierarchiczny i oparty na indywidualizmie model świata, w którym Wielcy Ludzie są ważniejsi od strukturalnej przemocy”.

(…)

„Nawet próba wymazania Leopolda II, jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości, od wielu lat idzie w Belgii jak po grudzie. To nie przeszkadza jednak Gadomskiemu wspiąć się na szczyty absurdu i stwierdzić, że kultura unieważniania niedługo pozbawi nas dorobku… Arystotelesa i Platona”.

(…)

„Witold Gadomski zachowuje się, jakby dopiero poznawał historię świata. Nic w tym dziwnego, że premier imperium szczycącego się, że nie zachodzi nad nim słońce, wywołuje kontrowersje ze względu na imperializm – tak samo, jak nikogo nie powinna dziwić krytyka Thomasa Jeffersona, który przyczynił się do stworzenia państwa z gospodarką opartą na niewolnictwie, co po latach doprowadziło do wojny domowej”.

(…)

„To, o czym pisze Witold Gadomski to nie jest żadna kultura unieważniania, ale po prostu świat w 2021 roku. Mimo wszystko, odrobinę lepszy niż w czasach, których tak zaciekle broni”.

Dlaczego publicysta „Wyborczej” kopiuje najgłupsze kalki z prawicowych szmatławców?

Źródło
Opublikowano: 2021-03-16 14:10:55

Uwielbiają ją Trump i prezesi z Doliny Krzemowej. Kim jest Ayn Rand?

Tomasz Markiewka:


Napisałem dla OKO.press mały tekst o kulcie Ayn Rand. Fragment:

Skoro zwolennicy Rand nie odnoszą się do realnego kapitalizmu, lecz do jego utopijnej wizji, to nie kłopoczą się analizowaniem istniejących państw kapitalistycznych. Na przykład, czemu kraje europejskie z publicznym systemem ochrony zdrowia radzą sobie lepiej niż Stany Zjednoczone z ich silnie sprywatyzowanym modelem. Niemniej do myślenia mogłoby ich skłonić przynajmniej to, co się dzieje, gdy niektórzy zwolennicy Rand zaczynają traktować filozofię egoizmu i konkurencji zbyt poważnie.

W 2008 roku Eddie Lampert, prezes sieci handlowej Sears, który był wielkim fanem Rand, postanowił wcielić w życie jej idee – a przynajmniej to, co z nich zrozumiał. Na początek podzielił firmę na trzydzieści niezależnych oddziałów. Wszystkie dostały odrębne zarządy, a bilanse zysków i strat zaczęto prowadzić dla każdego z nich oddzielnie. Pomysł był prosty – kierownictwa poszczególnych oddziałów miały ze sobą rywalizować, a nie współpracować. W myśl idei, że konkurencja i realizacja własnego interesu przyczyni się do poprawy rezultatów firmy jako całości.

Eksperyment zakończył się katastrofą. Jak podsumowała go Lynn Stuart Parramore:

„Sprawy wymknęły się spod kontroli. Kierownicy jednych oddziałów zaczęli osłabiać pozostałe, ponieważ wiedzieli, że ich premie są powiązane z wydajnością poszczególnych jednostek firmy. Skupiali się wyłącznie na wynikach ekonomicznych własnego działu kosztem całej marki Sears. Jeden z oddziałów, Kenmore, zaczął sprzedawać produkty innych firm, umieszczając je na bardziej eksponowanych miejscach niż produkty samego Sears”.

W 2018 roku Sears ogłosiło upadłość.

Filozofia egoizmu jako motoru postępu brzmi atrakcyjnie, szczególnie dla kogoś, kto zajmuje wysokie stanowisko kierownicze, bo pozwala obrócić w cnotę rzeczy, które zazwyczaj potępia się jako przejaw nieodpowiedzialności – na przykład dążenie do zysków za wszelką cenę. Nie powinniśmy jednak mylić idei, które poprawiają humor ludziom możnym i „czcicielom bogactwa”, z ideami, które opisują sensownie funkcjonowanie współczesnych społeczeństw.

Uwielbiają ją Trump i prezesi z Doliny Krzemowej. Kim jest Ayn Rand?

Źródło
Opublikowano: 2021-03-14 13:43:28

Witold Gadomski popełnił tekst o cancel culture, kulturze anulowania, w którym p

Tomasz Markiewka:


Witold Gadomski popełnił tekst o cancel culture, kulturze anulowania, w którym powielił wszystkie najgłupsze stereotypy związane z tym tematem. Pozwólcie, że wykorzystam ten pretekst do tego, aby raz jeszcze napisać, dlaczego nie znoszę pojęcia cancel culture.

1. Gadomski pisze, że cancel culture polega między innymi na „publicznym wyszydzaniu, piętnowaniu”. Ok, w takim razie to musi być dość stare zjawisko, a technikami cancelowania posługiwał się już Cyceron w swoim sporze z Katyliną. Mało tego, jednym z polskich mistrzów cancelowania okazuje się sam Gadomski, który – podaję przykłady tylko z ostatnich kilku lat – porównywał lewicę do psów, maoistów i talibów. Czym innym, jeśli nie wyszydzaniem i piętnowaniem, jest taki język?

2. Ale jakimś cudownym sposobem, kiedy nazywasz, powiedzmy, aktywistkę walczącą o prawa mniejszości maoistką, dzieciarnią czy kim tam jeszcze, to nigdy nie jest przykład cancel culture. Natomiast, gdy nazwiesz, dajmy na to, Waldemara Kuczyńskiego, dziadersem, o, to tak, to jak najbardziej, mamy doskonały przykład cancel culture. Zastanawialiście się kiedyś, na czym polega różnica?

3. Amerykański dziennikarz Sean Illing dumał ostatnio, jak to jest, że kiedy tylko lewica wysunie postulat usunięcia pomnika jakiegoś handlarza niewolników, to od razu podnosi się krzyk, że to wstrętne cancel culture, a kiedy władze Iowa zakazały wykorzystywania w szkołach materiałów z „The 1619 Project” (projekt kładący nacisk na rolę niewolnictwa w historii USA), to nikt o żadnym cancelowaniu nie mówił? Raz jeszcze nasuwa się pytanie: na czym polega różnica?

4. Jakiś czas temu przypomniałem na Twitterze historię dwóch aktorek grających w „Gwiezdnych wojnach”, Daisy Ridley i Kelly Marie Tran, które musiały usunąć konta w mediach społecznościowych z powodu nieustannego nękania przez prawicowych „fanów”. Ridley dostało się za to, że śmiała zwrócić uwagę na problem przemocy z użyciem broni w USA. Ale nikt o tym nie mówi w kontekście cancel culture. Czemu?

5. Otóż dlatego, że pojęcie cancel culture działa jak popsuty alarm sklepowy. W przypadku jednej grupy wyje, gdy ta trzaśnie mocniej drzwiami, w przypadku drugiej milczy, nawet jeśli właduje się ona do środka przez rozbitą szybę. To pojęcie jest używane przede wszystkim jako bicz na wszystko to, co lewicowe, postępowe, niedostatecznie konserwatywne. Nie chodzi o to, aby naświetlać i piętnować przykłady nadmiernej agresji czy krytyki (rzeczy, które, owszem, zdarzają się na lewicy), ale o to, by wytworzyć iluzję, że lewica jest totalitarną siłą, która chce zniszczyć swoich przeciwników, a przy okazji całą kulturę zachodnią. Co w kraju opanowanym przez prawicę jest wyjątkowo śmieszne.

PS. A już tak na marginesie, bo w tekście Gadomskiego pojawia się i ten wątek. Nie, obalanie pomników to nie jest „wymazywanie” ani „przepisywanie” historii. Kiedy obalano pomniki Stalina, to nie wymazywano go z historii, lecz wysyłano komunikat „To nie jest gościu, który zasługuje na szczególne miejsce w naszym mieście/kraju”. Bo pomniki są świadectwem tyleż historii, co współczesności – pokazują, jak dana społeczność widzi swoją historię, jak ją interpretuje, kogo chce z niej wyróżnić. I każda wspólnota ma prawo dojść do wniosku, że ktoś, kto był uważany kiedyś za super gościa, ze współczesnej perspektywy nie zasługuje na tak dobrą opinię i wyróżnienie w postaci pomnika. Mam wrażenie, że w przypadku pomników Stalina to jest dla polskiej opinii publicznej jasne, w przypadku pomników handlarzy niewolnikami już jakby mniej.

Źródło
Opublikowano: 2021-03-14 10:19:12

Markiewka: Kultura zaradności czyni nas bezradnymi

Tomasz Markiewka:


Oto nasz problem: mamy do dyspozycji kulturowe scenariusze radzenia sobie na własną rękę, ale brak nam scenariuszy zbiorowej sprawczości, które mogłyby nas inspirować i motywować do działań politycznych. (…)

Dodajmy do tego, że jesteśmy ciągle bombardowani przekazem, który zniechęca nas do podejmowania jakichkolwiek prób współpracy i polegania na zbiorowej sprawczości. Najlepszym przykładem są wszelkiego rodzaju programy rozrywkowe, od talent show po reality show. Michał Rydlewski, filozof i medioznawca, opisał w książce „Scenariusze kultury upokarzania”, jak takie produkcje usilnie wpajają nam skrajnie indywidualistyczny i egoistyczny model działania.n (…)

Rydlewski daje przykład jednej z ostatnich odsłon polskiego Big Brothera, gdzie ideałem prowadzącym do zwycięstwa była manipulacja, potajemne sojusze i prowokowanie konkurentów. Jak wyjaśnia: „Powoduje to utratę zaufania i społeczną anomię: wiem, że mogę zostać oszukanym, bo ktoś prowadzi swoją grę, a zatem muszę być ostrożny, gdyż mogę paść ofiarą kogoś sprytniejszego. Ten obraz jest nam wtłaczany do głów”. (…)

Na pewnym poziomie to jest naprawdę proste: jeżeli ludzie nie będą mieli kulturowych wzorców działania politycznego, to nawet nie przyjdzie im do głowy, że można realizować taki model sprawczości. Zostaniemy ze społeczeństwem osób, które naoglądały się i naczytały poradników motywacyjnych, ale szczytem ich ambicji jest dostosowanie się do systemu. Polityka pozostanie w ich mniemaniu zajęciem dla dziwaków lub cyników.

Każdy wyłom w tym murze jest cenny. Czy to krótki wątek serialowy, czy filmik na YouTubie, czy zaangażowana muzyka. Popkultura jest dziś głównym polem walki o społeczną wyobraźnię i nie stać nas dłużej na to, aby pod apolitycznym płaszczykiem promowała wzorce sprzyjające zbiorowej bezradności. To zakrawa na absurd, że łatwiej we współczesnej popkulturze spotkać wampiry, zombie czy kosmitów niż zaangażowanych politycznie obywateli.

Markiewka: Kultura zaradności czyni nas bezradnymi

Źródło
Opublikowano: 2021-03-13 09:09:47

Muszę przyznać, że nie jestem wielkim zwolennikiem bezwarunkowego dochodu podsta

Tomasz Markiewka:


Muszę przyznać, że nie jestem wielkim zwolennikiem bezwarunkowego dochodu podstawowego. Nie jestem też wielkim przeciwnikiem, po prostu uważam, że porządne inwestycje w usługi publiczne i programy socjalne dałyby lepszy efekt. Niemniej z ciekawością śledzę doniesienia o wynikach kolejnych eksperymentów z dochodem podstawowym, bo są one pouczające.

Jedną z niewątpliwych zalet tych eksperymentów jest stopniowe obalanie mitu, że nie ma nic gorszego niż wypłacanie pieniędzy za nic. Przeciwnicy dochodu podstawowego twierdzą, że dawanie tak po prostu ludziom kasy to nieuchronna droga do ich rozleniwienia i rozbudzenia w nich roszczeniowych homo sovieticusów. Praktyka zdaje się tego nie potwierdzać.

Ostatnio ukazały się wyniki eksperymentu ze Stockton, w stanie Kalifornia, gdzie przez dwa lata wypłacano grupie 125 osób pięćset dolarów miesięcznie. Pozwólcie, że zacytuję fragment z portalu Vox (cały tekst w linku):

„Najbardziej rzuca się w oczy to, że ludzie otrzymujący te 500 dolarów potrafili znaleźć pełnoetatową pracę dwa razy częściej niż osoby z grupy kontrolnej, które nie otrzymywały gotówki. (…)

Autorzy raportu piszą, że pieniądze zapewniły ich odbiorcom stabilność potrzebną do wyznaczania sobie celów, podejmowania ryzyka i znajdowania nowej pracy. Pewien mężczyzna po trzydziestce od ponad roku kwalifikował się do uzyskania licencji na obrót nieruchomościami, ale jej nie uzyskał, ponieważ nie mógł sobie pozwolić na wzięcie wolnego w pracy. Jak powiedział, dzięki wolności, którą dało mu dodatkowe 500 dolarów miesięcznie, jego życie „całkowicie się zmieniło… ponieważ mam teraz więcej czasu na naukę… na realizowanie swoich celów””.

Takie historie mnie nie dziwią, bo są badania pokazujące, że niepewność finansowa – wbrew temu, co sobie niektórzy wyobrażają – wcale nie dyscyplinuje ludzi do większej odpowiedzialności, raczej wywołuje w nich permanentny stres, prowadzi do pogorszenia zdrowia i utrudnia podejmowanie dobrych decyzji. I na odwrót, stabilność finansowa nie rozleniwia, lecz daje szansę na oddech i rozwój.

Możemy dyskutować o wadach i zaletach dochodu podstawowego, ale jedna rzecz jest dla mnie jasna: kolejne eksperymenty pokazują miałkość „srogiej” wizji społeczeństwa, wedle której ludzie powinni mieć zagwarantowane jak najmniej rzeczy, bo w przeciwnym razie poprzewraca się im w głowach. Tak więc jeśli ktoś twierdzi, że niskie płace, niepewność zatrudnienia, brak płatnych urlopów i inne, ekhm, „elastyczne” rozwiązania „nowoczesnego” rynku pracy pozwalają budować lepsze – bo zamieszkane przez bardziej odpowiedzialnych obywateli – społeczeństwo, to przepraszam bardzo, ale pierdzieli głupoty.


Źródło
Opublikowano: 2021-03-12 15:17:35

Dziś premiera „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat”! Z tej okaz

Tomasz Markiewka:


Dziś premiera „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat”! Z tej okazji krótki fragment na zachętę:

Mary Annaïse Heglar, aktywistka ekologiczna, opowiada, że część znajomych traktuje ją jak kapłankę. Spowiadają się przed nią ze swoich konsumenckich wykroczeń, licząc po cichu na rozgrzeszenie. Wsiadłem do samolotu, moja wina, moja bardzo wielka wina, co mam zrobić w ramach pokuty? Heglar odpowiada, że potrzebujemy nie rozgrzeszenia, lecz pożegnania się z konsumenckim i indywidualistycznym punktem widzenia na klimat. Jak pisze:

„Przekonanie, że ten ogromny, egzystencjalny problem mógłby zostać rozwiązany, gdybyśmy tylko wszyscy poprawili nasze konsumpcyjne nawyki, jest nie tylko bzdurne, ale wręcz niebezpieczne. Sprowadza ekologizm do kwestii indywidualnego wyboru, postrzeganego w kategoriach grzechu lub cnoty, obciążając winą ludzi, którzy nie przestrzegają lub nie mogą przestrzegać tych zasad”.

Raz jeszcze: jeśli ktoś decyduje się zmienić swoje wybory konsumenckie, aby mniej szkodzić planecie, to podejmuje wspaniałą decyzję i takiej osobie należą się wyrazy szacunku. Ale próba dążenia do konsumenckiej doskonałości wystawia nas na cyniczne ataki – ze strony nas samych albo innych – bo zawsze da się powiedzieć, że robimy za mało lub nie tak jak trzeba. Cała ta moralna dyskusja o szczerości naszych intencji, o tym, czy nasze czyny nadążają za naszymi deklaracjami, odciąga zaś naszą uwagę od systemowych zaniedbań.

Trafnie wychwycił ten mechanizm Amitav Ghosh. Pisarz opisuje wywiad z pewnym aktywistą przeprowadzony w trakcie nowojorskich manifestacji klimatycznych we wrześniu 2014 roku. Dziennikarka zarzuciła działacza serią pytań o jego osobiste poświęcenie na rzecz walki z globalnym ociepleniem. Stawka tych pytań szybko stała się jasna: czy odpytywany aktywista jest szczery? Czy naprawdę robi wszystko, aby zapobiec katastrofie, czy jedynie uczestniczy w marszach klimatycznych, a potem korzysta z samochodu bądź chodzi do restauracji.

„Postawa aktywisty została szybko zredukowana do oburzającej niespójności – pisze Ghosh. – Ta polityczno-moralna mieszanka była tak paraliżująca, że nie potrafił się zmusić do stwierdzenia oczywistości: skala zmiany klimatu jest tak duża, że indywidualne wybory nie będą miały większego znaczenia, jeśli nie zostaną podjęte zbiorowe decyzje i wspólne działania. Szczerość nie ma nic do rzeczy, gdy trzeba racjonować wodę podczas suszy, jak we współczesnej Kalifornii: to nie są sprawy, które można pozostawić indywidualnemu sumieniu”.

W serialu „Orange is the New Black” znajduje się wyborna scena, która w parodystycznej formie podsumowuje tego rodzaju prywatyzację odpowiedzialności. Kiedy rządy w serialowym więzieniu obejmuje prywatna firma, wprowadza dodatkową możliwość zarobku dla osadzonych tam kobiet. Płaca jest nadal marna, ale i tak lepsza niż w przypadku innych więziennych prac, więc chętnych jest więcej niż dostępnych miejsc. Zostaje przeprowadzony specjalny test, aby rozstrzygnąć, które z więźniarek zasługują na nowe stanowisko. W pewnym momencie przedstawiciel firmy zdradza naczelnikowi, że to lipa, tak naprawdę więźniarki zostały wybrane do pracy losowo. Po co w takim razie ta szopka z testem – zastanawia się naczelnik – nie można było ogłosić, jak naprawdę będzie wyglądało przydzielanie miejsc? Chodzi o to, żeby więźniarki „nie miały pretensji do nas, że ich nie wybraliśmy, ale do siebie, że nie były wystarczająco dobre” – wyjaśnia przedstawiciel firmy. Chodzi o to, aby konsumenci nie zastanawiali się nad sposobem urządzenia naszych społeczeństw, ale mieli pretensje do siebie, że nie potrafią kontrolować dostatecznie swoich pragnień i nie bronią się wystarczająco dobrze przed ekościemą czy błędami poznawczymi.


Źródło
Opublikowano: 2021-03-10 14:09:12

Bawi mnie, gdy ktoś rzuca hasła w rodzaju „Podatki to haracz, kradzież, itd.”, a

Tomasz Markiewka:


Bawi mnie, gdy ktoś rzuca hasła w rodzaju „Podatki to haracz, kradzież, itd.”, a potem zaczyna tłumaczyć „No, nie chodzi mi o wszystkie podatki, tylko ten konkretny…”. To trochę tak jakby ktoś krzyczał „Demokracja to zbrodniczy system!”, a potem wyjaśniał „No, nie każda, mam na myśli ten konkretny rząd”. W obu przypadkach nasuwa mi się ta sama odpowiedź: to bardzo, ekhm, ciekawy sposób na wyrażenie swojej opinii o konkretnym rządzie/podatku.

W rzeczywistości mało kto krytykuje nielubiany przez siebie rząd, atakując demokrację jako taką, natomiast łączenie słowa „podatki” z różnymi obelżywymi określeniami jest w Polsce normą.

Co rodzi we mnie brzydkie podejrzenie. Najwyraźniej ludzie, którzy używają takiego języka, mają problem z podatkami w ogóle i gdyby zajrzeć do ich mentalnej biblioteczki, to na jednej z półek można by znaleźć – być może wstydliwie zakryte innymi dziełami – złote myśli Janusza Korwina-Mikkego albo innego Sławomira Mentzena.

Jeśli mamy się bawić w uogólnienia na temat podatków, to należałoby raczej powiedzieć, że podatki to najlepszy wymyślony przez człowieka sposób na finansowanie fundamentów współczesnej cywilizacji. Przez fundamenty mam na myśli takie rzeczy, jak ochrona zdrowia, edukacja, transport czy kanalizacja.

Rowan Hooper z „New Scientist” pisał ostatnio w kontekście zdrowia: „Jeśli chcemy znaczącej i trwałej poprawy zdrowia publicznego w skali globalnej, to istnieje jedno poważne, ambitne, trudne, złożone i kosztowne rozwiązanie. Miliarderzy rzadko o nim mówią i rzadko w nie inwestują: powszechna opieka zdrowotna”.

I zgadnijcie, jaki sposób finansowania takiej powszechnej opieki zdrowotnej sprawdza się najlepiej? Podpowiem, że nie są to zbiórki dobroczynne, dotacje od miliarderów ani prywatny rynek ubezpieczeń.

A mimo to łatwiej spotkać w polskich mediach emocjonalne komentarze o podatkach-jako-haraczu niż o podatkach-jako-podstawie-cywilizacji. Wydaje się, że nawet doświadczenie pandemii i całkowita bezradność prywatnej służby zdrowia tego nie zmieniły. Dlatego gdybym miał stworzyć listę TOP 10 najbardziej popularnych, a zarazem szkodliwych poglądów w Polsce – poglądów, które stoją na przeszkodzie dalszego rozwoju naszego kraju – to ideologia antypodatkowa z pewnością załapałaby się na jedno z czołowych miejsc.

Źródło
Opublikowano: 2021-03-05 10:28:48

Za tydzień, 10 marca, premiera mojej książki „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wyg

Tomasz Markiewka:


Za tydzień, 10 marca, premiera mojej książki „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat”. Bardzo, bardzo się z tego powodu cieszę. Kilka osób miało już okazję przeczytać książkę i zgodziło się napisać parę miłych słów. Myślę, że te opinie dają też niezłe wyobrażenie na temat tego, o czym dokładnie jest „Zmienić świat raz jeszcze”.

Edwin Bendyk:

Zapominamy, że wyzwanie klimatyczne, choć dotyczy kwestii ekologicznych, gospodarczych i technologicznych, w istocie jest problemem politycznym. Tomasz Markiewka przekonuje, że bez mobilizacji politycznej nie uratujemy przyszłości. „Zmienić świat raz jeszcze” to niezwykle potrzebny w Polsce elementarz ekologii politycznej. Przyda się każdemu, kto rzeczywiście chciałby zmienić świat.

Kasia Gandor:

Tomasz Markiewka tłumaczy, dlaczego walka o środowisko nie może ograniczać się wyłącznie do zmian osobistych nawyków konsumpcyjnych, a musi iść w parze z zaangażowaniem politycznym. W czasach, w których tak łatwo i powszechnie popadamy w klimatyczny „niedasizm”, to lektura wyjątkowo pokrzepiająca, świeża, rzucająca nowe światło na stare problemy. Obowiązkowa dla każdego, komu kwestie środowiskowe nie są obojętne.

Ewa Bińczyk:

Tomasz Markiewka pokazuje, że przyczyną marazmu wobec wyzwań XXI wieku jest po prostu to, że nie mamy scenariuszy zbiorowej sprawczości. Czujemy się bezradni, bo zredukowano nas do roli konsumentów. Zapomnieliśmy, że wszystkie ważne prawa trzeba było wywalczyć.


Źródło
Opublikowano: 2021-03-03 10:33:53

Jakiś czas temu kilku dzielnych ekonomistów próbowało wytłumaczyć na Twitterze K

Tomasz Markiewka:


Jakiś czas temu kilku dzielnych ekonomistów próbowało wytłumaczyć na Twitterze Konradowi Piaseckiemu, że opowieści o ludziach, którzy żyją jak królowie bez pracy, bo otrzymują 500 plus, to mit. Te historie nie mają żadnego potwierdzenia w danych. Ale Piasecki pozostał niezłomny. Żadne statystyki nie były w stanie przełamać jego głębokiego przekonania, że przecież istnieje poważny problem nierobów, którzy żyją za nasze podatki.

Przypomniało mi się to w kontekście dyskusji o sytuacji młodych Polaków i Polek. Gdy na konwencji Lewicy młodzi ludzie wspomnieli o problemach mieszkaniowych i zarobkowych, od razu ruszyła fala oskarżeń. To nieroby po europeistyce albo innych kulturoznawstwach, które chcą żerować na pracowitych Polakach! Choć jak przypomniał ekonomista Jakub Sawulski, z badań GUS wynika, że młodzi mieszkający z rodzicami „są tak samo aktywni zawodowo jak inni młodzi, ale mało zarabiają (często w okolicy płacy minimalnej)”. Tak więc to nie nieróbstwo jest tu problemem.

Zauważcie, że to ciągle ten sam wzór. Próbuje się nam obrzydzić programy socjalne (lub jakąkolwiek inną pomoc państwową) przez wytworzenie bzdurnej wizji, że gdzieś tam, pochowane w różnych miejscach Polski, istnieją hordy nierobów, które chcą żyć „za nasze”.

Polacy nie są jedyni, ani nawet najlepsi, w posługiwaniu się tym idiotycznym argumentem. To znany fakt, że amerykańscy republikanie zniechęcają białą klasę robotniczą do programów socjalnych, strasząc ich, że pieniądze pójdą na „czarnych nierobów”, na przykład tak zwane welfare queen. U nas trudniej grać kartą rasową, więc zostają figury w rodzaju „studentów europeistyki”.

Zobaczcie, jaka to jest w ogóle smutna wizja świata (pomijam już, że kłamliwa). Przecież gdyby doprowadzić ten sposób myślenia – „Ktoś chce żyć za MOJE, MOJE, MOJE – do końca, to powinniśmy rozebrać wszystkie drogi w Polsce. No bo jak taki kapłan zaradności może przeżyć fakt, że po ulicy sfinansowanej z podatków (a więc pośrednio z JEGO, JEGO, JEGO pieniędzy) chodzi bezrobotny absolwent kulturoznawstwa albo matka z trojgiem dzieci pobierająca 500 plus? Wyobrażam sobie tych wszystkich zaradnych ludzi, jak budzą się w nocy ze wrzaskiem, bo przyśnił się im pochód polskich nierobów korzystających z dróg, chodników, uczelni, przychodni lekarskich czy parków sfinansowanych z podatków. Nie ma rady, trzeba to wszystko zburzyć! To jedyna gwarancja tego, że nikt nigdy nie skorzysta z czegoś za MOJE, MOJE, MOJE.

Żarty żartami, ale przecież to straszenie hordami nierobów, to nic innego jak szczucie jednej części społeczeństwa na inną – rozwalanie wspólnoty i tworzenie kraju, w którym nikt nikomu nie ufa. Jak to mówią, to dlatego nie możemy mieć ładnych rzeczy.


Źródło
Opublikowano: 2021-02-24 11:33:28

Był sobie stan Teksas. Pewnego dnia rzekł: „Precz z socjalizmem, precz z państwo

Tomasz Markiewka:


Był sobie stan Teksas. Pewnego dnia rzekł: „Precz z socjalizmem, precz z państwowymi regulacjami, stworzymy najbardziej wolnorynkowy system energetyczny na świecie!”. Teksas poszedł tak daleko, że odciął się całkowicie od krajowej sieci energetycznej. Żeby tylko socjalistyczne regulacje nie przedostały się do niego podstępem z innych stanów.

A potem przyszły historyczne mrozy. Wiecie, jedno z tych ekstremalnych zjawisk pogodowych, których w epoce kryzysu klimatycznego będzie coraz więcej. Okazało się, że rynek nie jest na to przygotowany. Rurociągi z gazem zamarzły, w wielu domach zabrakło prądu, ogrzewania i wody. Nie we wszystkich, część rodzin nadal mogła korzystać z energii elektrycznej, a teraz dostaje rachunki. Tysiące dolarów za kilka dni… Niejednej rodzinie grozi bankructwo z tego powodu.

Morał? Ciągle ten sam. Jak ujął to ekonomista Paul Krugman, nie można traktować energii elektrycznej tak samo jak awokado. Mówiąc ogólniej, nie można traktować dóbr podstawowych tak samo jak typowych towarów rynkowych i wierzyć w to, że „rynek wszystkim się zajmie”. Prywatyzacja i deregulacja każdego kawałka naszego świata to przepis na katastrofę.

Kiedy przychodzi sytuacja kryzysowa, mityczny rynek reaguje zawsze tak samo. Po pierwsze, wyciąga ręce po pomoc państwa. Po drugie, gdzie się da, próbuje zarobić na ludzkiej tragedii.

„Właśnie zobaczyliśmy ciemną (i zimną) stronę wolnorynkowego fundamentalizmu. I to jest lekcja, której nie powinniśmy zapomnieć” – pisze Krugman dla „New York Timesa”.

Ale niektórzy są nieugięci.

Były gubernator Teksasu, Rick Perry, powiedział, że kilka dni bez prądu, ogrzewania i wody to poświęcenie, na które warto się zdecydować, byle tylko utrzymać regulacje państwowe z dala od Teksasu.

Nie bądźmy jak Rick Perry, nie poświęcajmy ludzkiego dobrobytu w imię religijnej wiary w rynek.


Źródło
Opublikowano: 2021-02-23 11:36:30

Jakiś czas temu wybuchł spór na temat tego, co o polskiej polityce sądzi Slavoj

Tomasz Markiewka:


Jakiś czas temu wybuchł spór na temat tego, co o polskiej polityce sądzi Slavoj Żiżek. To chyba dobry moment na ogłoszenie, że już w przyszłym tygodniu, konkretnie 24 lutego, wychodzi w Czarnej Owcy książka słoweńskiego filozofa, którą miałem okazję przetłumaczyć. Jej tytuł to „Kłopoty w raju. Od końca historii do końca kapitalizmu”. Żiżek przygląda się buntom społecznym z ostatnich kilkunastu lat – od Occupy Wall Street, przez Arabską Wiosnę, po zmagania na Ukrainie – i zastanawia się, co z tego wynika dla globalnego kapitalizmu. Fragment na zachętę:

Błąd, którego powinniśmy unikać, najlepiej ilustruje historia (może apokryficzna) na temat lewicowca i keynesisty Johna Galbraitha. Przed wyjazdem do ZSRR pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku napisał on do swojego antykomunistycznego przyjaciela Sidneya Hooka: „Nie martw się, Sowieci mnie nie uwiodą, nie wrócę do domu, twierdząc, że zbudowali socjalizm!”. Hook odpowiedział mu natychmiast: „Ale właśnie tego się obawiam – że po powrocie stwierdzisz, że ZSRR NIE jest socjalistyczny!”.

Hook bał się naiwnej obrony czystości idei: jeśli coś idzie nie tak z budowaniem społeczeństwa socjalistycznego, to nie unieważnia samego pomysłu, oznacza tylko, że nie wdrożyliśmy go poprawnie. Czy nie natrafiamy na podobną naiwność u dzisiejszych fundamentalistów rynkowych?

Kiedy podczas niedawnej debaty we francuskiej telewizji Guy Sorman stwierdził, że demokracja i kapitalizm zawsze idą w parze, nie mogłem się powstrzymać przed zadaniem mu oczywistego pytania: „A co z dzisiejszymi Chinami?”. Wybąkał w odpowiedzi: „W Chinach nie ma kapitalizmu!”. Zdaniem fanatycznie prokapitalistycznego Sormana, jeśli kraj jest niedemokratyczny, oznacza to po prostu, że nie jest tak naprawdę kapitalistyczny, lecz praktykuje zniekształconą wersję kapitalizmu, dokładnie tak samo, jak dla demokratycznego komunisty stalinizm nie był autentyczną formą komunizmu. (…)

Oto jak współczesny apologeta wolnego rynku wyjaśnia kryzys finansowy z 2008 roku: to nie była wina mechanizmów rynkowych, lecz nadmiernych regulacji państwowych, problem polegał na tym, że nasza gospodarka rynkowa nie była prawdziwa, że wciąż znajdowała się w szponach państwa opiekuńczego. Kiedy trzymamy się takiej wizji czystości kapitalizmu rynkowego, traktując jego niepowodzenia jako przypadkowe wpadki, kończymy na naiwnym progresywizmie, który ignoruje szalony taniec przeciwieństw.


Źródło
Opublikowano: 2021-02-16 09:21:23

Adam Smith zastanowiłby się chyba dwa razy nad swoim słynnym powiedzeniem: „Nie

Tomasz Markiewka:

Adam Smith zastanowiłby się chyba dwa razy nad swoim słynnym powiedzeniem: „Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes” – gdyby wiedział do jakich absurdów doprowadzą je jego współcześni „następcy” (piszę w cudzysłowie, bo Smitha najczęściej znają hasłowo).

Piotr Beniuszys pisze w „Gazecie Wyborczej”: „Prawo do patentu i gwarancja czerpania zysku z innowacji leczniczej od dawien dawna jest głównym i najpewniejszym motorem postępu w ochronie zdrowia. To tej kapitalistycznej motywacji zawdzięczamy fakt, że przestaliśmy umierać na wiele chorób”.

A ja mam proste pytanie: na jakiej podstawie wyciąga ten ogólny wniosek?

Nie jestem w żadnym razie specjalistą od historii medycyny, ale przez pewien czas pracowałem na uczelni medycznej i trochę się wtedy naczytałem na ten temat. Przynajmniej tyle, żeby wiedzieć jedno – równie dobrze można by napisać:

„Powszechne ubezpieczenie zdrowotne jest od dawien dawna głównym i najpewniejszym motorem postępu w ochronie zdrowia. To tej socjalistycznej motywacji zawdzięczamy fakt, że przestaliśmy umierać na wiele chorób”.

Albo:

„Publiczne inwestycje w szeroko pojmowaną infrastrukturę zdrowotną, nie tylko szpitale, ale też sieci kanalizacyjne, są od dawien dawna najpewniejszym motorem postępu w ochronie zdrowia. To tej socjalistycznej motywacji zawdzięczamy fakt, że przestaliśmy umierać na wiele chorób”.

Wszystkie trzy wypowiedzi są w swojej ogólnikowości równie prawdziwe. Rzekłbym nawet, że te dwie przeróbki bardziej niż oryginał, ale nie o to mi teraz chodzi.

Rzecz w tym, że fundamentaliści rynkowi mają dar do tworzenia dalece upraszczających wizji postępu, w których wszystkie dobre rzeczy pojawiły się dzięki pogoni za interesem własnym. Mistrzem tego gatunku jest Witold Gadomski, który kilka tygodni temu stwierdził, że cały postęp społeczny z ostatnich 200 lat zawdzięczamy nieskrępowanej rywalizacji przedsiębiorców. Też chcielibyście zobaczyć ekranizację tej fantazji, gdzie wszyscy bohaterowie – od Martina Luthera Kinga, po sufrażystki – byliby konkurującymi ze sobą CEO?

To wszystko byłoby śmieszne, gdyby nie było straszne. Bo wpajanie zafałszowanej historii postępu skutkuje fałszywymi receptami na dziś. Jeśli w epoce pandemii i kryzysu klimatycznego uwierzymy w bajkę, że postęp społeczny jest wynikiem rynkowej pogoni za zyskiem, to po nas.

Źródło
Opublikowano: 2021-02-08 21:32:39

Konrad Piasecki napisał, że z utęsknieniem czeka na partię, która będzie miała o

Tomasz Markiewka:


Konrad Piasecki napisał, że z utęsknieniem czeka na partię, która będzie miała odwagę wszcząć dyskusję o płatnych studiach. Otóż płatne studia to jeden z tych genialnych pomysłów, które za jednym zamachem mogą przyczynić się do pogłębienia trzech kryzysów.

Po pierwsze, kryzysu nierówności edukacyjnych. Z ankiet Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że wśród osób, które oceniają swoją sytuację materialną jako złą, tylko 5% starało się o wyższe wykształcenie. Wśród ludzi oceniających swoją sytuację ekonomiczną dobrze było to 14%. Sam znam osoby, które musiały pracować na studiach, żeby stać ich było na utrzymanie. Dołożenie im opłat za naukę oznaczałoby, że musiałyby z tych studiów najzwyczajniej w świecie zrezygnować, bo nie miały szczęścia urodzić się w bogatszym domu.

Po drugie, kryzysu ekonomicznego wśród młodych. Od lat wiadomo, że młodzi ze względu na rozplenienie się umów śmieciowych mają niepewną sytuację ekonomiczną, a coraz wyższe ceny nieruchomości sprawiają, że nie stać ich na własne mieszkania (ba, często nie stać ich nawet na kredyt na te mieszkania). Płatne studia oznaczałyby dołożenie im kolejnego problemu – spłacania kredytów studenckich. To nie tylko złe rozwiązanie z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej, ale także tworzenie politycznej mieszanki wybuchowej.

Po trzecie, kryzysu dóbr wspólnych. Kiedy wspomniałem o pomyśle Piaseckiego na Twitterze, ktoś skomentował, że płatne studia wprowadzają pożądaną formułę: „inwestycja/ryzyko/zysk/strata”. To jest właśnie myślenie, przed którym przestrzega wiele osób, także ekonomiści, na przykład Robert Reich. Zamiast myśleć o pewnych rzeczach w kategoriach dobra wspólnego i praw człowieka (Każdy ma prawo do edukacji, a bezpłatna edukacja to dobro wspólne, na którym korzysta całe społeczeństwo) myślimy o nich w kategoriach prywatnej odpowiedzialności (Edukacja to rodzaj indywidualnej inwestycji, coś jak kupowanie akcji albo zakładanie własnego biznesu). Takie podejście pogłębia atomizację społeczeństwa. A potem są płacze, że za mało w Polsce solidarności i zaufania społecznego. Jak mamy tworzyć zgrane społeczeństwo, skoro na każdym kroku namawia się nas do myślenia o świecie jako walce wszystkich ze wszystkimi?

Skąd się w ogóle bierze popularność takich pomysłów jak płatne studia? Niemal zawsze w tej dyskusji pojawiają się odniesienia do USA. Bo tam studenci opłacają studia z kredytów i zobaczcie, jak wysoko w rankingach światowych plasują się ich uczelnie. To naiwny sposób myślenia. Skończyłoby się nie na stworzeniu polskiego Yale, ale na powieleniu jednego z największych problemów społecznych w Stanach Zjednoczonych: ogromnych długów studenckich, które urosły do takich rozmiarów (jakieś 1,7 biliona dolarów), że w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej były jednym z jej głównych tematów.

Nie idźmy tą drogą.


Źródło
Opublikowano: 2021-02-08 12:50:39

Chcecie wolności słowa na Facebooku, a próbowaliście zrobić demo w galerii handlowej?

Tomasz Markiewka:


Twitter i Facebook zmonopolizowały rynek i stały się globalnym narzędziem komunikacji, z którego korzystają nie tylko tak zwani zwykli użytkownicy, ale także politycy i media na całym świecie. Co ma wielorakie konsekwencje, wykraczające daleko poza samego Trumpa. Bo oto kilka prywatnych firm kontroluje ogólnoświatowy przepływ informacji, wpływy reklamowe i dane milionów użytkowników, a społeczeństwo nie tylko ma marny wpływ na zasady działania tych firm, ale nie jest nawet pewne, jak dokładnie te zasady wyglądają.

Błędem jest myślenie o szefostwie Facebooka, Twittera czy Google’a w kategoriach przedsiębiorców, których od właścicielki zakładu fryzjerskiego odróżnia jedynie skala działalności i dochodów. W rzeczywistości bliżej im do polityków największych państw. Bo w przeciwieństwie do zakładów fryzjerskich mają władzę kształtowania naszych społeczeństw. Także za pośrednictwem lobbingu, na który łożą ogromne pieniądze i dzięki któremu tworzą prawo pod siebie. Ale nawet bez tego sama możliwość kontrolowania obiegu informacji, projektowania algorytmów wpływających na to, co widzimy na ekranach laptopów i smartfonów, dawania lub odbierania platformy różnym grupom – jest niczym innym jak właśnie władzą polityczną.

Celem korporacji nie jest stanie na straży wartości, ale zarabianie pieniędzy. A pieniądz – o czym przypomina nam Terry Eagleton – jest niczym królowa brytyjska: nie ma własnego zdania na żaden temat. W konsekwencji „chętnie pójdzie za tym, który złoży najwyższą ofertę”.

Czasem z biznesowych kalkulacji może wyjść, że warto postawić się niszowej gazetce albo przegranemu politykowi, a czasem może wyjść zupełnie inaczej. Wystarczy wspomnieć, jak amerykańska organizacja non profit, wspomagana przez kierownictwo IBM i Google’a, pomaga chińskim władzom w zbieraniu informacji na temat tamtejszych obywateli. Albo jak firma konsultacyjna McKinsey wysyła do swoich rosyjskich pracowników polecenie, że mają powstrzymać się przed braniem udziału w protestach przeciwko Putinowi i wyrażaniem poparcia dla nich.

Chcecie wolności słowa na Facebooku, a próbowaliście zrobić demo w galerii handlowej?

Źródło
Opublikowano: 2021-01-27 14:26:29

Zrobiłem dzisiaj rzecz straszną – ograniczyłem człowiekowi wolność słowa. Konk

Tomasz Markiewka:

Zrobiłem dzisiaj rzecz straszną – ograniczyłem człowiekowi wolność słowa. Konkretnie Krzysztofowi Stanowskiemu, popularnemu dziennikarzowi (wiem, że niektórzy wzdrygną się na to słowo) sportowemu. To ograniczanie wolności polegało na tym, że – teraz uważajcie – napisałem tweeta, w którym go skrytykowałem. Jak upomniał mnie Stanowski: „Proszę pana, dopiero co napisał pan, że to straszne, że na kanale sportowym się coś takiego pojawiło i dodał pan, że podobna sytuacja miała miejsce w C+, gdzie komentator wygłosił opinię, której nie chciałby pan słyszeć. Ja to traktuję jako ograniczanie wolności słowa”.

Wspominam o tym, bo zachowanie Stanowskiego wpisuje się w trend, na który zwracałem… Więcej

Źródło
Opublikowano: 2021-01-26 12:02:39

No więc na Maję Staśko rzuciła się armia internetowych bohaterów, którzy komen

Tomasz Markiewka:

No więc na Maję Staśko rzuciła się armia internetowych bohaterów, którzy komentują jej urodę, zdrowie psychiczne i sugerują niewybrednie, że potrzebuje „bata między nogami”. Jaką popełniła zbrodnię? Napisała artykuł, który nie spodobał się Krzysztofowi Stanowskiemu i jego fanom. Ponieważ Stanowski występuje na popularnym „Kanale Sportowym” i ma setki tysięcy obserwujących w social mediach, to jeden krótki filmik w internecie i kilka wpisów na temat „wojującej feministki” wystarczyło, żeby antyfeministyczni rycerze chwycili za broń.

Najlepsze są komentarze, że Staśko sama sobie zasłużyła, bo przecież napisała głupi tekst o molestowaniu i gwałtach, którym „tylko szkodzi normalnym kobietom”.… Więcej

Źródło
Opublikowano: 2021-01-26 10:23:46

Ze wszystkich tekstów, które daję studentom do przeczytania, chyba największe

Tomasz Markiewka:

Ze wszystkich tekstów, które daję studentom do przeczytania, chyba największe wrażenie robi na nich pierwszy rozdział „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna. Z prostego powodu – większość z nich nie wie, że na Krzysztofa Kolumba można patrzeć nie jak na „wielkiego odkrywcę”, ale jak na oprawcę, który zapoczątkował proces wyzyskiwania i mordowania Arawaków: ludzi, którzy zamieszkiwali „odkryte” przez niego ziemie. Ta historia jest zawsze wstępem do ciekawej i trudnej dyskusji na temat pamięci historycznej i tego, z kim się utożsamiamy.

Cieszę się, że w tym roku wyszły co najmniej dwie książki, które mogą być podstawą do takiej dyskusji na polskim przykładzie. „Ludowa historia… Więcej

Źródło
Opublikowano: 2021-01-26 08:43:37