Czy Biden poradzi sobie z popsutą amerykańską demokracją?

Tomasz Markiewka:

Piszę dla OKO.press o kłopotach amerykańskiej demokracji:

Nie dość, że Amerykanie mają kłopoty z samym procesem wyborczym, to ich system polityczny jest coraz bardziej uzależniony od interesów wielkiego biznesu i powiązanych z nim grup lobbystycznych.

Elizabeth Warren, senatorka z Partii Demokratycznej, mówiła o tym wprost w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej: „Nasz rząd został kupiony i opłacony przez grupę miliarderów i gigantycznych korporacji, którym się wydaje, że mogą dyktować zasady wpływające na wszystkich”.

Zdaniem Warren to biznesowym lobbystom Amerykanie zawdzięczają wysokie cenny leków, luki podatkowe dla najbogatszych, brak uregulowania rynku finansowego i czy… Więcej

Czy Biden poradzi sobie z popsutą amerykańską demokracją?

Źródło
Opublikowano: 2020-12-25 03:35:37

Pora na świat bez podatków! (ale tylko dla korwinistów)

Tomasz Markiewka:

Wolnościowcy lubią udawać, że podatki, biurokracja i urzędnicy to konsekwencja wprowadzania socjalistycznego wirusa do zdrowego organizmu kapitalizmu. Bujda! Tak naprawdę to konieczność w wielomilionowych społeczeństwach kapitalistycznych, które z jednej strony muszą zapewnić podstawowe warunki życiowe swoim obywatelom, z drugiej – chcą gwarantować działanie wolnorynkowej machiny.

To nie znaczy, że każda państwowa regulacja, każdy podatek i każdy przejaw biurokracji są potrzebne i użyteczne. Wszystkie te rzeczy mogą przybrać mądrzejszą lub głupszą postać, ale wolnościowe hasła o podatkach jako „kradzieży” tylko utrudniają rozmowę o tym, jak sensownie zorganizować cały system. Bo sugerują, że podatki z definicji są czymś niedobrym, w najlepszym razie złem koniecznym. W rzeczywistości to najlepszy wymyślony do tej pory sposób finansowania podstaw naszej cywilizacji: od ochrony zdrowia, po komunikację publiczną.

Pora na świat bez podatków! (ale tylko dla korwinistów)

Źródło
Opublikowano: 2020-12-25 01:54:17

Jednym z tematów, które mnie niezmiennie interesują, jest ukrywanie decyzji po

Tomasz Markiewka:

Jednym z tematów, które mnie niezmiennie interesują, jest ukrywanie decyzji politycznych za językiem ekonomicznym (a konkretniej pseudoekonomicznym). Wiecie, chodzi o wszystkie hasła typu „rynek tak zdecydował”, „tak działa globalizacja”, „krzywa Laffera”, które są często łączone z bieda-filozoficznymi rozważaniami w rodzaju „taka jest ludzka natura” czy „konkurencja jest motorem postępu”.

Cała ta gadanina – wygłaszana z taką pewnością siebie, jakby ktoś właśnie powiedział E=mc2 – ma zazwyczaj ukryć fakt, że jakaś grupa interesów wykorzystała władzę, pieniądze i wpływy, żeby przepchnąć korzystne dla siebie rozwiązanie. Dlatego cieszy mnie, że od czasu do czasu nawet mainstreamowe media… Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-12-25 00:15:09

O, Robert Reich, były sekretarz pracy USA, pisze dziś dla „Guardiana” o rzeczy

Tomasz Markiewka:

O, Robert Reich, były sekretarz pracy USA, pisze dziś dla „Guardiana” o rzeczy, którą powtarzam przy każdej okazji. Uzasadnianie bajecznego majątku miliarderów „prawami rynku” przypomina uzasadnianie rządów królewskich „prawami boskimi”. W obu przypadkach chodzi o zakonserwowanie hierarchii władzy za pomocą religijnych czy quasi-religijnych przekonań.

Szczególnie polecam ten fragment:

„Trudno znaleźć ideę, która zatrułaby tak wiele umysłów, jak koncepcja „wolnego rynku” istniejącego gdzieś tam we wszechświecie i podlegającego „ingerencjom” ze strony państwa. Zgodnie z tym poglądem każda zmiana, która dąży do zmniejszenia nierówności społecznych lub niepewności ekonomicznej – do tego, aby… Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-12-24 22:35:56

Istnieje w Polsce rodzaj tęsknoty czy też pięknego marzenia o „prawdziwym i nowo

Tomasz Markiewka:

Istnieje w Polsce rodzaj tęsknoty czy też pięknego marzenia o „prawdziwym i nowoczesnym liberalizmie”. Można je streścić tak:

Liberalizm nie musi sprowadzać się do bezkrytycznego uwielbienia dla wolnego rynku, to nie musi być Witold Gadomski, Forum Obywatelskiego Rozwoju czy mający coraz większe jazdy Tomasz Lis, któremu wszystko kojarzy się z komunizmem. Liberalizm może łączyć obronę państwa prawa, poszanowanie wolności jednostki oraz przywiązanie do wolnorynkowej gospodarki z szeregiem socjalnych zabezpieczeń charakterystycznych dla Europy północnej i zachodniej.

To marzenie łączy się z pragmatyczną sugestią dla polskiej lewicy:

No i z takim liberalizmem powinniście współpracować, może z waszej perspektywy jest nadal zbyt wolnorynkowy, ale na dziś to w Polsce jedyna formacja ideowa, z którą można budować europejską cywilizację.

Na gruncie teorii brzmi rozsądnie. Widzę jednak poważny problem praktyczny. Otóż takiego liberalizmu w Polsce nie ma.

Ok, jest „Kultura Liberalna”, jest garść publicystów i publicystek rozsianych po różnych redakcjach, jest część Partii Razem i pozostałości po Wiośnie Biedronia, jest kilkaset osób w social mediach, dla których tak pojmowany liberalizm jest cenną wartością. Ale ta formacja ideowa nie istnieje jako poważna siła polityczna w Polsce.

Od czasu do czasu ludzie wyrażający tęsknotę za prawdziwym liberalizmem próbują dostrzec jego oznaki w Platformie Obywatelskiej. Trzaskowski użył słowa „solidarność”, Sikorski w wywiadzie wspomniał o nierównościach społecznych, ktoś inny nie boi się wymówić słowa „LGBT”. To wielki przełom, PO wreszcie zrozumiała, tak właściwie to jest już partią socjaldemokratyczną. Tylko że to wielka ułuda, bo PO szybko wraca do swojego trybu domyślnego – do zachwytów nad Thatcher i Reaganem, czyli konserwatystami sprzed kilkudziesięciu lat, którzy mogą symbolizować różne rzeczy, ale na pewno nie nowoczesny liberalizm.

Zwolennicy „prawdziwego liberalizmu” zbyt łatwo przechodzą do porządku dziennego nad historią Nowoczesnej Ryszarda Petru. „To nie jest poważny polityk, nikt nie traktuje go serio, to nic nie znaczy”- tłumaczą. Rzecz w tym, że swego czasu był traktowany bardzo serio, a jego partia miała tworzyć ów wymarzony nowoczesny liberalizm. Skończyło się na tym, że nowoczesny liberał w epoce kryzysu klimatycznego wziął sobie na sztandary prawo do konsumowania dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, śmieszkował z globalnego ocieplenia i nie potrafił się nawet jednoznacznie wypowiedzieć w sprawie praw mniejszości. Została po nim młodzieżówka, która na fanpage’u narzeka na… dyskryminację białych mężczyzn.

Czy to wszystko nie powinno skłonić ludzi marzących o prawdziwym liberalizmie do poważnej refleksji? Dlaczego próba budowania reprezentacji politycznej dla tego typu poglądów skończyła się powstaniem jeszcze jednej prawicowej partii?

Znane są śmiechy z tego, że „prawdziwa lewica” to siła polityczna na trzy procent. Pewnie taka jest dziś gorzka prawda, ale „prawdziwy liberalizm” to nawet nie jest partia, ale podgrupa lewicowych sympatyków. Właśnie tak: lewicowych sympatyków, bo największe tęsknoty za „prawdziwym liberalizmem” wyrażają ludzie, którym programowo najbliżej pewnie do partii Razem i którzy są podgrupą jej wyborców, niektórzy są nawet jej członkami. Innymi słowy, jeśli „polska lewica” jest bańką, to „prawdziwi liberałowie” są jej podbańką.

I żeby było jasne, nie twierdzę, że w związku z tym lewica powinna – tak jak proponuje Rafał Woś – zacząć współpracę z PiS-em czy też podjąć próbę „cywilizowania PiS-u”. Uważam to za zły pomysł: zarówno pod względem ideowym, jak i pragmatycznym. Chodzi mi jedynie o to, że największą przeszkodą do współpracy lewicy z „nowoczesnym liberalizmem” nie jest lewicowy radykalizm i niechęć do kompromisów, ale to, że takiego liberalizmu w Polsce – jako siły politycznej – najzwyczajniej w świecie nie ma. Uczciwiej byłoby więc mówić o taktycznym sojuszu z wolnorynkową odnogą polskiej prawicy, zawiązanym przeciw prawicy nacjonalistycznej, a nie współpracy z wymarzonym liberalizmem.

Źródło
Opublikowano: 2020-12-24 20:57:10

Kiedy zbierałem materiały do „Gniewu”, trafiłem na wiele tekstów, które były naj

Tomasz Markiewka:

Kiedy zbierałem materiały do „Gniewu”, trafiłem na wiele tekstów, które były najzwyczajniej w świecie podłe. Najczęściej pochodziły od naszej prawicy, ale czasem płynęły ze strony środowisk określanych potocznie jako liberalne. Szczególnie uderzył mnie felieton Andrzeja Osęki opublikowany w marcu 1991 roku w „Gazecie Wyborczej”. Nie tylko dlatego, że był obrzydliwy – dałoby się znaleźć gorsze rzeczy – ale również z powodu tego, że symbolizuje jedną z podstawowych sprzeczności III RP, nierozwiązanych do dziś.

Oto kluczowy fragment z tekstu Osęki:

„Postawa roszczeniowa jest jak choroba woli i wyobraźni. (…) Z choroby roszczeniowej nie należy się śmiać. Jest nieszczęściem, jak na przykład alkoholizm. Jest niesłychanie groźna społecznie. Ale jak każdą chorobę – trzeba ją leczyć. Opisywać ze współczuciem, lecz możliwie najdokładniej. Mówić ludziom, że się jej nabawili”.

Gwoli formalności kilka słów wyjaśnienia, czemu jest to podłe.

– Roszczeniowość to kategoria publicystyczna służąca to biczowania społeczeństwa, nigdy nie próbowano jej porządnie zdefiniować, nie mówiąc już o czymś, co przypominałoby jakąkolwiek wiarygodną socjologicznie analizę. To zawsze był tylko ładniejszy sposób na powiedzenie ludziom: jesteście tępym motłochem, klękajcie przed nami, arystokracją ducha.

– Od roszczeniowców wyzywano ludzi, którzy chcieli walczyć o swoje prawa socjalne i pracownicze, czyli robić rzeczy, które w Europie są demokratycznym standardem.

– Nazywanie jakiejś osoby „chorą” z powodu jej poglądów albo żądań politycznych jest wyjątkowo agresywnym sposobem na wykluczenie tego kogoś z debaty demokratycznej – no bo z chorymi się nie dyskutuje, chorych się leczy. Ta strategia retoryczna ma długą i bardzo nieciekawą historię.

Wymowne, że po ten trik retoryczny najczęściej sięgały osoby, które przez całą III RP budowały sobie wizerunek ludzi proeuropejskich, prodemokratycznych i nowoczesnych. Na tym polega wspomniana sprzeczność. U podstaw III RP leżało marzenie, żeby Polska stała się w końcu nowoczesna i demokratyczna, „jak Zachód”, a jednocześnie od samego jej początku tępiono niezbędny element budowy nowoczesnego, demokratycznego państwa – postulaty socjalne i propracownicze.

To nie jest przypadek, że tak wielu polskich demokratów było zapatrzonych w zbrodniarza Pinocheta, a Waldemar Kuczyński, jeden z budowniczych III RP, jeszcze kilka miesięcy temu bronił działań chilijskiego generała. Tym ludziom Europa pomyliła się ze skrajnym antysocjalizmem. Z wolnorynkową utopią, którą wprowadza się rękoma ekspertów, nie licząc się ze zdaniem sporej części społeczeństwa, a czasem rękoma wojskowych, za cenę krwi.

Co jest oczywiście całkowicie bzdurną wizją, bo prawdziwa Europa była budowana także przez socjalistów, a wiele rzeczy, które tak bardzo w niej cenimy – od ochrony zdrowia, po prawa kobiet i mniejszości – powstawały dzięki zaangażowaniu ludzi albo będących socjalistami, albo oskarżanych o socjalizm. Nie byłoby współczesnej Europy bez „roszczeniowości”.

Puenta jest prosta. Jeśli w Polsce nie znajdzie się siła zdolna przełamać tę antysocjalistyczną – w konsekwencji antyeuropejską i antydemokratyczną – obsesję budowniczych III RP, to nasz kraj zatrzyma się w połowie drogi, będziemy co najwyżej niedorobioną kopią Europy.

Źródło
Opublikowano: 2020-12-24 19:17:35

Ten schemat jest coraz bardziej irytujący. 1. Jakaś osoba o konserwatywnych

Tomasz Markiewka:

Ten schemat jest coraz bardziej irytujący.

1. Jakaś osoba o konserwatywnych poglądach – we własnym mniemaniu liberalnych – napisze coś wyjątkowo głupiego i obraźliwego dla sporej części ludzi. Wiecie, Waldemar Kuczyński analizujący „dziecinne głosy” zapraszanych do radia kobiet, Witold Gadomski naśmiewający się z młodzieży biorącej udział w strajkach klimatycznych, Agata Bielik-Robson zrównująca ludzi walczących o prawa człowieka ze skrajną prawicą, itd.
2. Ponieważ jest to głupie i przykre dla wielu osób, pojawia się krytyka. Spotęgowana przez media społecznościowe, w których temperatura każdej dyskusji – w jakimkolwiek środowisku i nie tylko na tematy polityczne – jest gorąca.
3. Osoba… Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-12-24 17:38:23

W sobotniej „Gazecie Wyborczej” Tomasz Stawiszyński opublikował tekst zatytuło

Tomasz Markiewka:

W sobotniej „Gazecie Wyborczej” Tomasz Stawiszyński opublikował tekst zatytułowany „Nie ma wolności słowa i myślenia, jeśli pojawiają się poglądy, których nie wolno krytykować”. W zgodzie z przesłaniem tego tytułu skorzystam z prawa do skrytykowania dwóch poglądów Stawiszyńskiego.

Po pierwsze, mam wątpliwości co do jego sugestii, że spada jakość debat politycznych, bo merytoryczną rozmowę na argumenty zastępują coraz częściej emocje oraz tożsamościowe bańki. Pisze Stawiszyński: „Współczesna debata publiczna – w Polsce i nie tylko – wydaje się systematycznie oddalać od tych prostych gwarancji, rudymentarnych zasad, na których opiera się każda realna demokracja”.

Zgoda co do negatywnego… Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-12-24 15:58:44

Kilka dni temu „Wysokie Obcasy” opublikowały wywiad z Rafałem Olesińskim, doradc

Tomasz Markiewka:


Kilka dni temu „Wysokie Obcasy” opublikowały wywiad z Rafałem Olesińskim, doradcą biznesowym. Olesiński odgrywa w nim rolę „doświadczonego człowieka, który opowie nam, jak wygląda NOWOCZESNY świat pracy”. I doprawdy mówi rzeczy zdumiewające.

Na przykład: „Coraz większej liczbie osób nie zależy na gwarancji praw pracowniczych, nie boją się nadużyć. (…) Więcej korzyści dają wzajemne zaufanie i elastyczność, tymczasem kodeks zakłada swego rodzaju sprzeczność interesów oraz konflikt pomiędzy pracownikiem a pracodawcą, a to jest założenie błędne”.

Zastanawiam się, czy Olesiński nie jest tu jednak półnowoczesny. Bo czy prawdziwie nowoczesny ekspert nie powinien zrobić kroku dalej i stwierdzić, że nawet umowa między pracodawcą a pracownikiem jest przestarzałym konceptem? Wszak sam fakt, że musimy coś spisać na papierze, świadczy o braku wzajemnego zaufania i sugeruje konflikt między pracownikiem a pracodawcą. Powiedziałbym nawet więcej – uzgadnianie z góry, ile się dostanie za swoją pracę jest niedostatecznie elastyczne i nowoczesne. Powinniśmy dążyć do modelu pełnego zaufania, w którym pracownik wykonuje swoją pracę w ciemno.

Być może w ogóle nie trzeba nawet płacić, bo jak mówi w innym fragmencie wywiadu Olesiński: „Dla części osób, np. dla wolontariuszy i pracowników NGS-ów, bardziej liczy się użyteczność dla społeczeństwa niż pieniądze. Dla takich ludzi bardzo ważna jest identyfikacja osobista, a nie np. pensja”.

Dziś pracownik to hipernowoczesny nomada, dla którego praca to duchowa podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości. Wszyscy pamiętamy, jak na początku pandemii koronawirusa polskie pielęgniarki wydały oświadczenie, że kichają na podwyżki, najważniejsza jest dla nich identyfikacja osobista i użyteczność dla społeczeństwa.

Najgorsze, że ten wywiad to nie jest odosobniony przypadek. Takie mambo jambo wciska się nam od lat. „Nowoczesność”, „elastyczność”, „przyszłość”, itd. – za całym tym pięknym językiem kryje się próba przemodelowania prawa w taki sposób, aby jeszcze bardziej osłabić pozycję pracowników.

Za każdym razem, gdy słyszę o nowoczesnych rozwiązaniach na rynku pracy, przypomina mi się raport McKinsey Global Institute sprzed kilku lat. Jego autorzy przebadali dwadzieścia pięć najbogatszych gospodarek świata i stwierdzili, że dochody sporej części społeczeństwa spadają, a młodzi mogą być pierwszym pokoleniem od lat, które będzie miało gorzej od rodziców. Wiecie, co zdaniem autorów raportu pomagało częściowo wyhamować ten negatywny trend? Silne związki zawodowe. Rozwiązanie bardzo nienowoczesne – z „czasów II Międzynarodówki”, by użyć frazy Olesińskiego – ale nadal dość skuteczne.


Źródło
Opublikowano: 2020-12-18 11:04:40

Mam niezmienną opinię na temat osób, które nazywają podatki czy składki ubezpieczeniowe „haraczem”, „kradzieżą” bądź „ra

Tomasz Markiewka:

Mam niezmienną opinię na temat osób, które nazywają podatki czy składki ubezpieczeniowe „haraczem”, „kradzieżą” bądź „rabunkiem”. Wszystkim im powinno się zaproponować prosty deal. Ok, nie płacisz podatków, nie płacisz składek, żadnych PIT-ów, VAT-ów, CIT-ów, ubezpieczeń zdrowotnych, pełna wolność, człowieku, nikt cię nie będzie „okradał”. Żeby być jednak konsekwentnym, w zamian tracisz dostęp do dróg, wodociągów, pracowników wykształconych w szkołach publicznych, itd. Nie możesz korzystać z pomocy policji, sądów, straży pożarnej, z niczego, na co złożyła się reszta społeczeństwa. Pandemia czy nie, dla ciebie jest tylko prywatna służba zdrowia. Żadnych leków refundowanych. Jeśli chcesz mieć wyobrażenie, ile takie rzeczy mogą kosztować prywatnie, możesz zerknąć na cennik lekarstw i zabiegów w USA. No i oczywiście za niszczenie jakichkolwiek dóbr wspólnych, jak klimat, płacisz ogromne odszkodowania, ewentualnie idziesz za kratki. Ponieważ do więzień też się nie dokładasz, dostaniesz najtańszy model celi. Albo korzystasz z oferty, albo odpuść sobie ten korwinowski język.

Źródło
Opublikowano: 2020-09-14 16:17:44

Tomasz S. Markiewka: Opozycja chce obalić Kaczyńskiego, ale co z jego 10 mln wyborców? Mamy dla nich jakąś propozycję?

Tomasz Markiewka:

Kto ciekaw, może przeczytać w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” rozmowę przeprowadzoną przez Arkadiusz Gruszczyński, w której opowiadam o gniewie społecznym. Próbuję też przekonywać do polityki, a nawet – o zgrozo – do partii politycznych:

W Polsce zbyt łatwo daliśmy się przekonać, że polityka jest czymś jednoznacznie złym i brudnym. A przecież to najlepszy wymyślony przez ludzi sposób na zmienianie naszych społeczeństw na gorsze lub lepsze. Ile to razy słyszałem, że manifestacja, która zebrała się w jakimś politycznym celu, jest według jej organizatorów apolityczna? Było to z dumą podkreślane! Rozumiem to nastawienie, ponieważ polityka, szczególnie polityka partyjna, kojarzy się negatywnie, ale ostatecznie nie da się jej ominąć. Na końcu każdego procesu emancypacyjnego politycy i polityczki muszą przegłosować nowe prawo.

Tomasz S. Markiewka: Opozycja chce obalić Kaczyńskiego, ale co z jego 10 mln wyborców? Mamy dla nich jakąś propozycję?

Gniew to dzwonek alarmowy. Skoro pewna grupa społeczna jest wkurzona, to znaczy, że coś nie działa w społeczeństwie

Źródło
Opublikowano: 2020-09-12 15:00:49

Środkowy palec Margot – czemu aktywiści nie mogą być grzeczni?

Tomasz Markiewka:

Piszę dla OKO.press o historii ruchów społecznych. Wklejam puentę, ale zachęcam do lektury całości, bo to są rzeczy, o których mówi się zdecydowanie zbyt mało i nasza pamięć historyczna jest tu mocno wypaczona.

Krytykowanie aktywistów za brak kultury i szacunku jest znanym sposobem na pacyfikowanie ruchów obywatelskich. Działa to na dwóch poziomach.

Po pierwsze, pozwala wprowadzić fałszywy symetryzm. Gdy skupiamy się na kulturze i szacunku – słowem: na estetyce protestów – łatwiej przedstawić dyskryminowaną grupę i jej przeciwników jako dwie skrajności.

Oni mówią, że jesteście zarazą, ale wy wieszacie tęczowe flagi na pomnikach, więc wam, tak jak i im, brakuje szacunku dla drugiej strony.

Trudniej symetryzować, gdy spojrzymy na problem nie z perspektywy szacunku, lecz praw człowieka i obywatela. Nagle się okazuje, że z jednej strony mamy znękaną grupę ludzi, która nie może czuć się ani równa ani bezpieczna w swoim kraju, z drugiej osoby, dla których największym problemem są symboliczne gesty obrażające ich uczucia.

Po drugie, skupianie się na kulturze protestów, stawia przed dyskryminowaną grupą warunek niemożliwy do spełnienia. Jeżeli osoby LGBT+ muszą być co do jednej miłe, żeby wywalczyć swoje prawa, to trzeba powiedzieć sobie wprost: żadna grupa społeczna nie jest w stanie sprostać takim wymaganiom.

Niezależnie od tego, czy mówimy o mniejszościach seksualnych, o osobach heteroseksualnych, kobietach, mężczyznach, czarnych, białych czy kimkolwiek innym, zawsze znajdzie się w tej grupie osoba, której zachowanie można uznać za obraźliwe.

Tak więc rozmowa o szacunku i kulturze, zamiast o prawach człowieka, daje ciągły pretekst do zmiany tematu. Widać to doskonale na polskim przykładzie: pod pretekstem rozmowy o skuteczności różnych form protestu przenosi się uwagę z problemu systemowej dyskryminacji na „problem” kulturalności gestów pojedynczych osób.

Jeśli historia czegoś nas uczy, to tego, że dyskryminowana grupa musi swoje prawa wydrzeć, nie zważając na dobre rady osób, których bardziej absorbuje estetyka gestów niż lata poniżania i wykluczania ze wspólnoty setek tysięcy ludzi.

Środkowy palec Margot – czemu aktywiści nie mogą być grzeczni?

Czy wystawiony w górę środkowy palec Margot i jej porównanie Polski do męskich genitaliów to naprawdę kompromitacja ruchu LGBT+?

Źródło
Opublikowano: 2020-09-09 18:31:06

Henry Paulson proponuje w „Financial Times” stworzenie „nowej klasy aktywów”, która pozwoli „wycenić naturę tak, jak wyc

Tomasz Markiewka:

Henry Paulson proponuje w „Financial Times” stworzenie „nowej klasy aktywów”, która pozwoli „wycenić naturę tak, jak wyceniamy tradycyjne towary i usługi”. Innymi słowy, proponuje utowarowienie przyrody – zamienienie ją w jeszcze jeden instrument finansowy. To koszmarny pomysł!

W naukach społecznych i humanistyce mówi się czasem o „ekonomizacji języka”. Chodzi o to, że o coraz większej liczbie rzeczy opowiadamy za pomocą ekonomicznego żargonu. Na przykład student zamienia się w „klienta”, wiedza w „towar”, a uniwersytet w „przedsiębiorstwo”. Paulson dokładnie to samo chce zrobić z przyrodą – zamienić zwierzęta, rośliny, klimat czy glebę w „aktywa”. To już samo w sobie jest kłopotliwe, bo język żadnej dyscypliny nie powinien uzyskiwać aż takiej dominacji. Świat jest złożonym miejscem i trzeba mieć niezły tupet, aby sądzić, że da się go sprowadzić do ekonomicznego żargonu.

Punkt wyjścia Paulsona jest nawet słuszny. Zauważa, że rynek ma problem z przyrodą, bo traktuje ją jako „zewnętrze” – rzecz, z którą nie trzeba się liczyć przy ubijaniu interesów. Na przykład firma paliwowa nie musi się martwić tym, że zanieczyszcza pobliską rzekę albo przyczynia się do globalnego ocieplenia. I jakie rozwiązanie proponuje Paulson na ten rynkowy feler? Jeszcze więcej rynku. Przylepmy cenę na każdej pszczole, każdym źdźble trawy, każdej roślinie. Bo rynek widzi tylko to, co ma cenę, tylko to, co jest towarem, którym można handlować. Z punktu widzenia rynkowego fundamentalisty logiczne rozwiązanie, ale nam – jako obywatelom i obywatelkom – powinna zapalić się lampka ostrzegawcza.

Trzeba powiedzieć wprost: urynkowienie przyrody oznacza jej prywatyzację. Innymi słowy, jeszcze większą utratę demokratycznej kontroli nad tym, co dzieje się ze środowiskiem naturalnym, od którego wszyscy zależymy. Jeśli wdrożylibyśmy plan Paulsona, wielkie korporacje miałyby władzę totalną – od ich decyzji handlowych zależałaby dosłownie przyszłość planety (bo, nie łudźmy się, w obecnej fazie kapitalizmu „urynkowienie” oznacza „oddanie w ręce molochów korporacyjnych”). Sprawę pogorszyłoby pewnie to, że cała procedura handlowania instrumentami finansowymi, w które zamieniliśmy przyrodę, szybko stałaby się całkowicie nieprzejrzysta. Przypomnijcie sobie kryzys finansowy. Po jego wybuchu nawet ekonomiści i ludzie siedzący w tym biznesie przyznawali, że cały system był już tak pogmatwany, że mało kto orientował się w jego stanie.

Rozwiązaniem kryzysu środowiskowego nie jest dalsze urynkawianie przyrody, ale jej ochrona przed mechanizmami rynkowymi. Musimy zacząć traktować naturę jako dobro wspólne, którym nie można handlować tak, jakby to była kolejna paczka chipsów. W przeciwnym wypadku będzie jak na tym słynnym obrazku, gdzie pewien człowiek tłumaczy zebranym w jaskini dzieciom: „Tak, zniszczyliśmy planetę, ale był taki cudowny moment, gdy wygenerowaliśmy ogromne zyski dla udziałowców”. Trochę straszno, że w porządnych gazetach publikuje się teksty namawiające do realizacji scenariusza z satyryczno-apokaliptycznych obrazków.

Źródło
Opublikowano: 2020-09-09 11:20:38

Kiedy ludzie są zwalniani, a miliarderzy dalej się bogacą, warto przypomnieć, że nie ma sensownego usprawiedliwienia dla

Tomasz Markiewka:

Kiedy ludzie są zwalniani, a miliarderzy dalej się bogacą, warto przypomnieć, że nie ma sensownego usprawiedliwienia dla ogromnych nierówności społecznych wytwarzanych przez współczesny kapitalizm.

– Ale, ale, Bezos sobie zapracował.

Praca nie wyjaśnia aż takich dysproporcji. Kilkadziesiąt najbogatszych osób na świecie ma większy majątek niż biedniejsza połowa ludzkości. Czy to znaczy, że pracują oni więcej bądź ciężej niż kilka miliardów ludzi razem wziętych? Zresztą jak to jest, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu amerykański CEO zarabiał 30 razy więcej od swoich pracowników, a dziś 200 razy? Nagle szefowie zaczęli pracować znacznie ciężej niż kiedyś? Jak napisał kiedyś George Monbiot, gdyby praca i zaradność prowadziły nieuchronnie do bogactwa, każda kobieta w Afryce byłaby milionerką.

– No bo niektóre prace są bardziej użyteczne i dlatego lepiej wyceniane.

Gdyby tak było, to na czele listy najbogatszych osób znajdowaliby się odkrywcy leków, chirurdzy czy inżynierowie, a nie ludzie z branży internetowej. O wiele pewniejszym sposobem na zostanie miliarderem jest przewodzenie firmie, która zmonopolizowała rynek i korzysta z licznych przywilejów (na przykład podatkowych), a nie wykonywanie szczególnie użytecznych prac. No i wyzyskiwanie pracowników. To naprawdę nie jest przypadek, że duża część pracowników Amazona haruje w podłych warunkach. Żeby ktoś mógł zgromadzić niebotyczny majątek, ktoś inny musi zapierdzielać w jego firmie za grosze.

– Rynek tak zdecydował.

To jest najbliższe prawdy, tylko nie bardzo wiadomo, czemu mielibyśmy traktować wyroki rynku jak jakiegoś bóstwa. Rynek to nic innego jak mnogość relacji gospodarczo-politycznych. A korporacyjny moloch ma zdecydowanie więcej do powiedzenia w kwestii tego, jak wyglądają te relacje, niż setki tysięcy pracowników czy drobnych przedsiębiorców. Wbrew wolnorynkowym bajkom rynek nie jest bytem spontanicznym, ale wynikiem politycznych interwencji i byłoby lepiej, gdyby te interwencje szły w celu zmniejszania nierówności społecznych, a nie ich powiększania.

– Ludzie muszą mieć motywację do działania.

Jak dotąd nie udało się nikomu udowodnić, że człowiek zarabiający, powiedzmy, dziesięć tysięcy dolarów miesięcznie ma mniejszą motywację do działania niż ktoś zarabiający kilkanaście razy więcej. Ludzie, którym zawdzięczamy największe osiągnięcia cywilizacyjne – od penicyliny po szczepionki – poświęcali się swojej pracy mimo tego, że nie mogli liczyć na to, iż wywinduje ich ona na czoło listy najbogatszych ludzi świata.

– A co ci szkodzi Bezos, lewaku?

Sam Bezos nic mi nie szkodzi, nie znam osobiście, może równy gość. Szkodzi mi za to stanowisko miliardera, na podobnej zasadzie jak szkodzi mi stanowisko dyktatora. Jestem zwolennikiem demokracji i niepokoi mnie, gdy ktoś gromadzi w swoich rękach nadmiar władzy. A dokładnie tak jest z miliarderami, którzy mają swoje media, swoich lobbystów, swoje dojścia do polityków, swoje możliwości manipulowania społeczeństwem. Nikt nie powinien dysponować aż taką władzą.

– Socjalizm nie działa.

Nie rozmawiamy o socjalizmie tylko o wyższym opodatkowaniu miliarderów, multimilionerów i korporacji. Na przykład USA nakładały kiedyś większe podatki na bogaczy i dziś nazywa się ten okres „złotymi czasami kapitalizmu”. Ale niech będzie, możemy przemianować na „złote czasy socjalizmu” , ważne żebyśmy wyciągnęli z tego wnioski.

Źródło
Opublikowano: 2020-09-03 13:45:32

Pewnie już słyszeliście, że w TV Trwam ostrzegano, iż LGBT zagraża polskiemu rolnictwu. To oczywiście śmieszne, ale niec

Tomasz Markiewka:

Pewnie już słyszeliście, że w TV Trwam ostrzegano, iż LGBT zagraża polskiemu rolnictwu. To oczywiście śmieszne, ale niech śmiech nie przysłoni nam tego, że mamy tu do czynienia z konsekwentnym, zorganizowanym i cholernie niebezpiecznym przekazem. Jednym z gości w tym cudacznym programie był przedstawiciel Fundacji Polska Ziemia. Nie słyszeliście o niej? Ja też nie znałem, dopóki nie zacząłem zbierać materiałów do „Gniewu”. FPZ odpowiada między innymi za dokument „Zmierzch. Ofensywa ideologii…

Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-08-18 15:18:01

Kilka tygodni temu czytałem dyskusję poważnych ludzi, którzy na serio zastanawiali się, jak blisko polityce Kaczyńskiego

Tomasz Markiewka:

Kilka tygodni temu czytałem dyskusję poważnych ludzi, którzy na serio zastanawiali się, jak blisko polityce Kaczyńskiego do polityki Stalina. Nie jestem ekspertem od historii ZSRR-u, więc przypomnijcie mi: czy tam też opozycja, w przerwie od ostrej krytyki władzy, spokojnie przegłosowywała sobie podwyżki w porozumieniu ze Stalinem?

Do tego miejsca zabrnęła polska opozycja (z kilkoma chwalebnymi wyjątkami). Z jednej strony „koniec demokracji”, „Stalin”, „gułagi”, itd., z drugiej –„Dogadaliśmy się…

Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-08-16 13:02:28

Coś optymistycznego.

Tomasz Markiewka:


Coś optymistycznego.

W USA toczy się nie tylko walka o urząd prezydenta, ale także o miejsca w Kongresie. Biorą w niej udział członkinie tzw. „Squad” – Alexandria Ocasio-Cortez, Ilhan Omar, Ayanna Pressley i Rashida Tlaib.

Kiedy dwa lata temu dostały się do Izby Reprezentantów, natychmiast wzbudziły wściekłość amerykańskiej prawicy. Trudno się dziwić, uosabiają wszystkie lęki Partii Republikańskiej: kobiety, młode, bez wielkiego majątku i koneksji rodzinnych, o mocno lewicowych poglądach. No i…

Więcej

Źródło
Opublikowano: 2020-08-13 14:43:33

Strażnicy dobrych obyczajów trzymają mniejszości w więziennej celi

Tomasz Markiewka:

Nie, osobom LGBT+ nie szkodzą flagi na pomnikach, tekturowe waginy ani tańce przed pałacem prezydenckim. Szkodzi im to, że nawet rzekomi sojusznicy traktują je jak przestępców odbywających karę, którzy na wolność muszą zasłużyć dobrym sprawowaniem.

Przeciwnicy mówią mniejszościom seksualnym otwartym tekstem, że są zakałą społeczeństwa i najlepiej byłoby, żeby zostali w swoich celach i się nie afiszowali. Fałszywi sojusznicy odgrywają rolę dobrotliwych strażników więziennych, którzy są nawet gotowi w bliżej nieokreślonej przyszłości wypuścić osadzonych na wolność, ale pod warunkiem że ci będą się „dobrze sprawowali”. Dlatego z troską powtarzają: nie wychylajcie się, nie prowokujcie, nie dawajcie powodu do tego, aby zdzielić was po głowie i zamknąć w izolatce.

We własnym mniemaniu ci „dobrzy” strażnicy są bardzo postępowi i pragmatyczni. W zachwycie nad swoją dobrocią pomijają jednak pewien szczegół: traktowanie osób LGBT+ w taki więzienny sposób to zwykłe draństwo i nie ma większego znaczenia, czy się jest w tym scenariuszu „dobrym”, czy złym strażnikiem.

Strażnicy dobrych obyczajów trzymają mniejszości w więziennej celi

Pisze Tomasz Markiewka.

Źródło
Opublikowano: 2020-08-01 16:53:18

Ech, ciągle ten sam argument: osoby LGBT+ domagają się szacunku, a nie szanują innych, bo wieszają tęczowe flagi na pomn

Tomasz Markiewka:

Ech, ciągle ten sam argument: osoby LGBT+ domagają się szacunku, a nie szanują innych, bo wieszają tęczowe flagi na pomnikach, jak tak można, ale to nieskuteczne, zrażające i agresywne, sami sobie szkodzą.

Po pierwsze, osoby LGBT+ chcą nie tyle szacunku, co równego traktowania i elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Niektórym łatwo to przeoczyć, bo nie muszą się zastanawiać nad tym, czy spotkają się z agresją, kiedy wyjdą na ulicę z partnerem bądź partnerką, mają więc komfort dramatyzowania wokół tego, że ktoś powiesił flagę na pomniku.

Po drugie, co to w ogóle za porównanie? Gdzie systemowe zastraszanie, dyskryminacja i przemoc, a gdzie powieszenie flagi? To tak jakby powiedzieć komuś: ej, narzekasz, że co tydzień dajemy ci wpierdol, a słyszeliśmy, że nie odpowiadasz „dzień dobry” na ulicy, ty hipokryto.

Po trzecie, przestańmy traktować osoby LGBT+, jakby były osadzonymi przestępcami, którzy muszą sobie zapracować dobrym sprawowaniem na zmniejszenie odsadki. Nie, dyskryminowana mniejszość nie musi zasłużyć na równe prawa i traktowanie. One jej się należą.

Po czwarte, przestańmy uzależniać nasze poparcie dla praw mniejszości seksualnych od tego, czy wszystkie osoby nieheteroseksualne zachowują się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Wyobrażacie sobie, co byłoby, gdybyśmy zastosowali tę logikę wobec innych grup społecznych? Na przykład: mężczyźni mogą liczyć na równe traktowanie tylko i wyłącznie wtedy, gdy każdy mężczyzna, co do jednego, spełni określone wymogi. Jak ktoś się wyłamie, sorry, faceci sami sobie zaszkodzili.

Po piąte, co jest w ogóle obraźliwego w rozwieszaniu flag, które mają symbolizować miłość i równość? Niektórzy czują się chyba obrażeni tym, że mniejszości mają czelność przypominać o swojej obecności w naszym społeczeństwie.

A tak poza tym, przez to, że całkowicie olewamy edukowanie na temat tego, jak wywalczono prawa kobiet, prawa pracownicze czy prawa mniejszości, wiele osób wyobraża sobie, że dyskryminowane grupy dostały te prawa za to, że były grzeczne i nikogo nie prowokowały. Otóż nie – ludzie musieli sobie je wydzierać. Gdyby czekali, aż dostaną swoje prawa w nagrodę za dobre sprawowanie, daleko by nie zaszli.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-30 08:20:51

Jakoś nie wierzę w ten ruch obywatelski Trzaskowskiego. I nie chodzi mi o to, że „PO, liberałowie, zło”. Rzecz raczej w

Tomasz Markiewka:

Jakoś nie wierzę w ten ruch obywatelski Trzaskowskiego. I nie chodzi mi o to, że „PO, liberałowie, zło”. Rzecz raczej w tym, że to przedziwny twór mający łączyć politykę partyjną z popularnymi w Polsce nastrojami antypartyjnymi, który zapadnie się pod ciężarem własnych sprzeczności.

Trzaskowski jest na tyle bystry, aby rozumieć, że – mówiąc językiem pewnego francuskiego filozofa – jego warunki możliwości są zarazem jego warunkami niemożliwości. Wsparcie machiny partyjnej PO dało mu możliwość funkcjonowania w polityce i wykręcania dobrych wyników wyborczych. Jednocześnie to wsparcie uniemożliwia mu sięgnięcie po główną nagrodę, bo PO ma zbyt duży elektorat negatywny.

No więc rozwiązaniem ma być ruch obywatelski tworzony przez partyjnego polityka, który będzie czerpał siłę z antypartyjnych emocji społecznych. Genialne? W założeniach może i tak, w praktyce ta sprzeczność będzie się ciągle ujawniała i doprowadzi u części początkowych entuzjastów do zawodu w rodzaju tego, który wywoływała działalność KOD-u. Ten ruch też chciał być poza polityką partyjną, a jednocześnie kształtować tę politykę i ciążył w określonym partyjnym kierunku (PO).

Poza tym już teraz widać, że cały pomysł opiera się na serii ściem. Na przykład Trzaskowski deklaruje, że ruch będzie zbierał podpisy pod ustawami obywatelskimi. Niby pięknie, ale jak trafnie pisze Agnieszka Dziemianowicz-Bąk: „Istotą ruchów obywatelskich NIE jest odwalanie roboty za partie polityczne. Jeśli jakaś partia ma do zgłoszenia ważne projekty ustaw, to ma od tego posłów i posłanki. To nasza, dobrze opłacana praca i nasz obowiązek. Politycy są po to, żeby pracować dla obywateli – nie odwrotnie!”.

To wygląda trochę tak, jakby politycy PO w ramach budowania sobie „obywatelskiego” PR-u chcieli wciągnąć mnóstwo osób do ciężkiej roboty, która i tak zakończy się odrzuceniem ewentualnych projektów przez PiS. Na początku ludzie mogą na to przymknąć oko, ale z czasem absurd tej sytuacji będzie coraz silniej kłuł w oczy. I okaże się, że tak naprawdę otrzymaliśmy kolejny ruch dla sympatyków PO, czyli dla „już przekonanych”. Jedyna różnica polega na tym, że na jego czele stoi będący na fali polityk ¬– ale znowu nie do końca stoi, bo przecież ma obowiązki prezydenta Warszawy i nie może ich zaniedbać, prawda? – którego popularność jest moim zdaniem przeceniana. Duża część tych 10 milionów głosów nie była na niego tylko przeciw Dudzie.

PO już raz zastosowało podobny trik, gdy startowało w wyborach samorządowych z hasłem „Nie róbmy polityki” – wtedy to zadziałało, ale to były inne czasy dla PO i specyficzne wybory. Nie sądzę, aby udało się to powtórzyć. Rozwiązaniem polskich problemów jest mądra polityka partyjna – która, owszem, opiera się na współpracy z ruchami obywatelskimi – a nie politycy próbujący udawać, że unoszą się ponad partiami i typowymi sporami politycznymi.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-19 12:15:52

Markiewka: Polityka miłości do lamusa

Tomasz Markiewka:

Piszę dla KP o dwóch największych ściemach po stronie opozycji: polityce miłości i polityce pragmatyzmu.

Jak to jest, że wewnętrzny Napoleon budzi się w naszych orłach demokracji zawsze wtedy, gdy rozmowa schodzi na prawa mniejszości seksualnych? Wystarczy, że grupka osób wyjdzie zatańczyć pod pałacem prezydenckim – o tekturowych waginach to już nawet nie mówię – i zaczyna się stara gadka: prawa mniejszości są oczywiście ważne, ale nie, tak nie wolno, bo to sprowokuje przeciwników, TVP puści w Wiadomościach, ludzie, zastanówcie się, jak szkodzicie opozycji, do tego trzeba podejść pragmatycznie!

A jak znani dziennikarze bądź celebryci snują rozważania o porządnych i nieporządnych miastach, o wiejskiej mentalności, o karaniu wyborców PiS więzieniem za przekupstwo wyborcze (bo, wiecie, sprzedali się za parówki i 500 złotych, he he), to gdzie wtedy podziewa się ten pragmatyczny Napoleon? Nagle nikogo nie martwi, co zrobi TVP, kogo to zmotywuje, jak zareagują wyborcy PiS-u?

Nie, bo kiedy leje się ten potok klasistowskich fantazji, to od razu pojawia się wyjaśnienie, że ludzie mają prawo odreagować, mają prawo być źli, a tak w ogóle to niczym Max Kolonko mówią, jak jest, i nie dadzą się spętać poprawności politycznej.

Wiem, że niektórym dziennikarzom i celebrytom wydaje się, że nadają z syberyjskich gułagów, ale prawda jest taka, że mają się całkiem nieźle. To osoby LGBT+ mogą się czuć zagrożone pod PiS-owską władzą, która nie dość, że zaczyna na nie cynicznie szczuć za każdym razem, gdy poczuje w tym interes wyborczy, to coraz mocniej wciąga do centrum polskiej polityki fundamentalistów z Ordo Iuris i tym podobnych grup. I jeśli ktoś ma prawo powiedzieć, że gwiżdże na pragmatykę wyborczą i estetyczne wymagania debaty publicznej, to właśnie oni, a nie zakochane w sobie medialne gwiazdy.

Markiewka: Polityka miłości do lamusa

Skoro najważniejsze jest pokonanie PiS-u, to czemu PO nie poparło Hołowni, któremu to jemu sondaże dawały największe szanse na pokonanie

Źródło
Opublikowano: 2020-07-18 14:08:46

W ramach powyborczej traumy powróciła fantazja, że „krajami powinni rządzić ludzie wykształceni, wybierani przez wykszta

Tomasz Markiewka:

W ramach powyborczej traumy powróciła fantazja, że „krajami powinni rządzić ludzie wykształceni, wybierani przez wykształconych” (cytat za użytkownikiem Kondominium). Wiem, że mało kto bierze te pomysły na serio, to tylko kolejny sposób na wyrażenie swojej frustracji, ale ta fantazja nie jest przypadkowa. Wpisuje się bowiem w szerszy trend lekceważenia systemowych, społeczno-ekonomicznych, uwarunkowań polityki. Dlatego może to dobry moment, żeby przypomnieć, dlaczego wyborcze uprzywilejowanie wykształconych (jak rozumiem: wykształconych ponad jakiś poziom) jest fatalnym pomysłem.

1. Na początek warto zdać sobie sprawę z tego, że kryterium wykształcenia było już stosowane w niektórych demokracjach i służyło do jawnej dyskryminacji. Na przykład wiele południowych stanów w USA używało testów na piśmienność, żeby odbierać prawo głosu afroamerykańskim obywatelom. Powiecie, że to nie ma zastosowania do Polski. Nie w takiej skrajnej postaci, ale na przykład ekonomista Michał Brzeziński udostępnił ostatnio na Twitterze wyniki, które wskazują, że od końca lat 90. maleją szanse dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym na pójście na studia. Niestety nasz system edukacyjny jest nadal nierówny, a szanse na dobre wykształcenie są przynajmniej do pewnego stopnia dziedziczone (wraz z kapitałem społeczno-kulturowym). Gdybyśmy połączyli kryterium wykształcenia z kryterium praw wyborczych, oznaczałoby to, że możliwość pełnego uczestnictwa w demokracji, a więc bycia pełnoprawnym obywatelem/obywatelką też będzie do pewnego stopnia dziedziczona. A to już krok w stronę społeczeństwa kastowego.

2. Wcale nie jest pewne, że wykształceni podejmowaliby lepsze decyzje od niewykształconych. Wiemy przecież, że wszyscy – bez względu na nasze wykształcenie – jesteśmy podatni na szereg błędów poznawczych i wszyscy mamy tendencję do uprzywilejowywania swoich interesów. Tak więc lepiej wykształceni (którzy byliby też z reguły zamożniejsi od mniej wykształconych) najpewniej faworyzowaliby rozwiązania, które sprzyjają im, a nie społeczeństwu jako całości. Co więcej, politycy nie mieliby żadnej motywacji, aby troszczyć się o interesy gorzej wykształconych, bo po co zabiegać o sympatię ludzi, którzy nie mają żadnych praw wyborczych i nie mogą na nas zagłosować? Kolejny krok w stronę społeczeństwa kastowego.

3. No i wreszcie wielu filozofów zwraca uwagę, że tak naprawdę nie mamy twardych kryteriów tego, jakie decyzje polityczne są lepsze, a jakie gorsze. Polityka to nie nauka ścisła – rola wartości jest zbyt duża, aby ustalić niezależne od opinii społecznych kryteria poprawności. David Estlund zwraca uwagę, że często nie możemy się porozumieć ze sobą już na etapie ustalania, kto miałby być ekspertem od podejmowania „poprawnych decyzji”. Cały więc pomysł na to, że pewna grupa społeczna wie lepiej od innej grupy społecznej co jest dobrą decyzją polityczną, a co złą, opiera się – przynajmniej z filozoficznego punktu widzenia – na kruchych podstawach.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-18 11:45:07

„Po prostu wieś to jest osobliwy stan umysłu, któremu PiS powiedział, że już nie muszą się starać, aspirować, nie muszą

Tomasz Markiewka:

„Po prostu wieś to jest osobliwy stan umysłu, któremu PiS powiedział, że już nie muszą się starać, aspirować, nie muszą dopasowywać, mogą być sobą i jest fajnie. To jest związek kulturowy” – pisze pewien twitterowicz.

Tak się składa, że pochodzę ze wsi i wiem jedno: nie ma czegoś takiego jak uniwersalny „wiejski stan umysłu”. Ludzie na wsi są różni: mają rożne aspiracje, uprzedzenia czy wizje świata. I wkurza mnie ta łatwość do tworzenia bieda-socjologicznych generalizacji.

To w ogóle jest przekleństwo opozycji: myślenie o 10 milionach wyborców Dudy i PiS-u jako monolicie, który ma jakąś jednorodną mentalność kształtowaną przez propagandę TVP.

A prawda jest taka, że są wśród nich tacy, którzy nabierają się na ksenofobiczną gadkę PiS-u, tacy, którzy mają podłe poglądy, tacy, którzy nie tylko mają aspiracje, ale po raz pierwszy poczuli, że mogą je realizować właśnie pod rządami PiS-u, tacy, którzy po prostu boją się powrotu PO do władzy, czy tacy, którzy nie mają żadnych określonych poglądów. Częścią kierują motywacje nacjonalistyczne, częścią ekonomiczne, częścią mieszanka obu albo jeszcze coś innego.

Nie ma jednego typu wyborcy PiS-u, tak samo jak nie ma jednej przyczyny wygranej PiS-u.

Opozycja przegrała o kilkaset tysięcy głosów. Niby mało, ale jak się odpuszcza po całości połowę polskich wyborców, bo „mentalność, TVP, twardy elektorat” – a czasem nawet nie tyle odpuszcza co wprost obraża – to potem trudno przeskoczyć tę różnicę.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-13 17:51:50

Wojciech Czuchnowski napisał dla „Gazety Wyborczej” tekst, który sprowadza się do przesłania: gdyby wszyscy nie-PiS-owsc

Tomasz Markiewka:

Wojciech Czuchnowski napisał dla „Gazety Wyborczej” tekst, który sprowadza się do przesłania: gdyby wszyscy nie-PiS-owscy politycy i wyborcy zachowywali się tak, jak to sobie wymyśliłem, to opozycja wygrałaby wybory. Z tej okazji chciałbym ogłosić, że gdyby wszyscy nie-PiS-owscy politycy i wyborcy, łącznie z Czuchnowskim, zachowywali się tak, jak ja to sobie wymyśliłem, to opozycja nie tylko wygrałaby wybory, ale zaczęłaby realizować progresywną politykę. Tylko kurde, cały problem z demokracją w tym, żeby ludzie nas posłuchali i chcieli robić to, co sobie wymyśliliśmy, nie?

Czuchnowski jest też przykładem wpadania ciągle w ten sam głupi schemat: polityka miłości, uśmiechu i dialogu, która ma odróżniać opozycję od PiS, błyskawicznie zamienia się w politykę lżenia Hołowni, Biedronia, Kosiniaka-Kamysza, wyborców lewicy, ludzi ze wsi, ludzi z niższym wykształceniem, słowem – każdego, kto nie spełnił moralnych oczekiwań zakochanych w sobie komentatorów politycznych, wygrywających w swojej głowie już szósty raz z PiS-em .

Tak pisałem o tym w „Gniewie”:

„Dotykamy tutaj największego paradoksu wyznawców polityki miłości. Przypominają oni trochę jedną z postaci występujących w filmie animowanym „Lego: Przygoda”. Chodzi o policjanta, który jest jednocześnie dobrym gliną i złym gliną. Jego przemiana obrazowana jest za pomocą… przekręcającej się główki (pamiętajmy, że mówimy o klockach). W jednej sekundzie widzimy dobrego glinę o radosnych rysach twarzy, a w kolejnej tego złego, którego twarz przybiera gniewny wyraz. I tak właśnie się zachowują najbardziej krewcy uśmiechnięci Polacy. Głoszą przesłanie dialogu, pogody ducha, a za chwilę wyzywają sporą część społeczeństwa od sprzedajnych prostaków albo od niecnych symetrystów, którzy nie chcą dostrzec cywilizacyjnej różnicy między PiS i PO”.

Trzeba się na coś zdecydować. Jeśli chce się uprawiać politykę miłości i otwartości, to konsekwentnie. Jeśli chce się iść w politykę gniewu, to super, ale wtedy wypadałoby powiedzieć to sobie otwarcie i zastanowić się, jak ukierunkować ten gniew w kierunku pozytywnej zmiany i mobilizowania kolejnych grup wyborczych, a nie walić w ludzi, których jeszcze wczoraj zachęcało się do współpracy.

Trudno sobie jednak w ogóle zdać sprawę z tego dylematu, gdy przyjmuje się postawę: ja, światły reprezentant wolności, demokracji i europejskości, mówię wam, ciemniaki, potencjalni zdrajcy i symetryści, co macie robić, a jak nie zrobicie, to jesteście, jak to napisał Czuchnowski na Twitterze, **********.

Źródło
Opublikowano: 2020-07-13 13:51:14