Trzeba „uświadomić ludziom, że nie mają tyle, za przeproszeniem, żreć” – powiada

Tomasz Markiewka:


Trzeba „uświadomić ludziom, że nie mają tyle, za przeproszeniem, żreć” – powiada Janusz Filipiak, jeden z najbogatszych Polaków, pytany o to, jak walczyć ze zmianą klimatu. Mówi też, że osoby mniej zarabiające „konsumują kolosalne ilości mięsa i wędlin”. Jako przykład własnych wyrzeczeń podaje to, że ma mały samolot: „nie odrzutowiec, to jest turbośmigłowiec, który konsumuje połowę mniej paliwa niż odrzutowce”. Zagadnięty o wysokie zarobki prezesów mówi, że nie wie, co to ma wspólnego ze zmianą klimatu, musiałby zapoznać się z danymi. Chociaż sam przyznaje, że swoje tezy o „żarciu mięsa” opiera nie na danych, tylko obserwacji zakupów w sklepie pod Krakowem.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie w krajach rozwiniętych powinni jeść mniej, szczególnie mięsa – zarówno ze względu na to, że produkcja mięsa oznacza bardzo duże emisje gazów cieplarnianych, jak i z powodów etycznych, związanych z traktowaniem zwierząt. Problem polega na tym, że takie wezwania do samodyscypliny – i to ze strony człowieka z prywatnym odrzut…, przepraszam, turbośmigłowcem, są mało skuteczne. Tu potrzeba zmian systemowych. Państwa za pomocą dotacji i regulacji muszą doprowadzić do sytuacji, gdy żywność wegańska jest różnorodna, powszechnie dostępna i tania w porównaniu z produktami mięsnymi. Przydałoby się też coś zrobić z przemysłem reklamowym, który nieustannie podsyca pragnienia konsumpcyjne i wykorzystuje każdą naszą słabość. Bo na razie to społeczeństwa krajów rozwiniętych wyglądają jak to przyjęcie, na którym serwujemy prawie same fast foody, a jednocześnie oczekujemy od gości, że wykażą się samodyscypliną i niczego nie będą jedli.

Co do osób mniej zarabiających, które zdaniem Filipiaka trzeba „uświadamiać”, że „żarcie” jest złe dla klimatu. Tak się składa, że w Niemczech przeprowadzono swego czasu badania, z których wynika, że o wielkości naszego śladu klimatycznego decyduje nie świadomość ekologiczna, ale zasób portfela. Im bogatsi jesteśmy, tym gorszy jest nasz wpływ na środowisko. Prezes Filipiak mógłby się zdziwić, gdyby sprawdził sobie, jakie emisje w porównaniu z emisjami biedniejszych generuje jego turbośmigłowiec.

A jeśli chodzi o zarobki prezesów, to już kilkadziesiąt lat temu ekonomiści Robert Frank i Phillip Cook dowodzili, że wysokie wynagrodzenia napędzają wyścig o dobra pozycyjne. Czyli takie dobra, których wartość polega głównie na tym, że można za ich pomocą zamanifestować swoją pozycję społeczną. Konsekwencją jest zwiększanie marnotrawnej konsumpcji.

Krótko mówiąc, sprawy są odrobinę bardziej skomplikowane niż przedstawia to pan Filipiak.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-27 14:01:09

Początkowo nie chciałem pisać o sprawie Tomasza Lisa, bo wszystko wydawało mi si

Tomasz Markiewka:


Początkowo nie chciałem pisać o sprawie Tomasza Lisa, bo wszystko wydawało mi się oczywiste. Z artykułu w Wirtualnej Polsce wyłania się obraz człowieka zachwyconego samym sobą, upojonego władzą, pozbawionego kultury osobistej. O czym tu mówić? Myślałem, że dotychczasowi zwolennicy Lisa albo pozbędą się złudzeń, albo po prostu zareagują milczeniem.

Na Twitterze znaleźli się jednak tacy, którzy go bronią. Bo może trudny charakter, ale ambitny i perfekcjonista. I już nie bądźmy tacy wrażliwi i naiwni, przecież tak wygląda świat. A tak w ogóle ci, którzy krytykują Lisa, robią to – jak napisał Waldemar Kuczyński – z zazdrości dla jego osiągnięć.

Powiem tak. Duża część jego obrońców to ludzie, którzy lubią myśleć o samych sobie jako liberałach. Idee liberalizmu wykuwały się między innymi w kontrze do feudalnych struktur władzy i całej ideologii, która za tymi strukturami stała. Chodziło o odrzucenie sztywnej hierarchiczności, despotyczności, braku odpowiedzialności. Dla zadeklarowanego liberała bądź liberałki nie powinno być zatem nic kontrowersyjnego w tezie, że feudalne stosunki w miejscu pracy są czymś jednoznacznie złym i trzeba z nimi walczyć.

A jednak – tak jak w przypadku innych pomysłów, że potrzebujemy więcej demokracji w miejscu pracy, więcej władzy i ochrony prawnej dla pracowników – traktuje się to jako lewicowy wymysł. To jest taki sam dramat jak traktowanie w kategoriach lewackiego wymysłu poglądu, że musimy inwestować w transport publiczny albo powinniśmy czym prędzej przestawić społeczeństwo na bardziej ekologiczne tory.

Nie wiem, jak my mamy budować zdrowe, nowoczesne, demokratyczne społeczeństwo, kiedy rzeczy, które naprawdę mogłyby łączyć nas ponad podziałami, są wyśmiewane jako radykalizmy.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-25 10:36:39

Ekonomistka Aneta Hryckiewicz-Gontarczyk stwierdziła na antenie Tok FM, że podej

Tomasz Markiewka:


Ekonomistka Aneta Hryckiewicz-Gontarczyk stwierdziła na antenie Tok FM, że podejście typu „Gdy nie mam co jeść, to państwo mnie nakarmi” jest niebezpieczne, bo demoralizuje.

To jest często powracająca myśl w polskiej debacie publicznej, choć rzadko wyrażana aż tak bardzo wprost: żeby ludzie chcieli pracować, muszą mieć nad sobą bicz, jeśli zapewnimy im choćby minimum godnego życia, zamienią się w Ferdków Kiepskich.

Tym, którzy tak sądzą, podsunąłbym następujący przykład. Czy to nie dziwne, że osoby uchodzące za największych ludzi sukcesu, jak Gates, Musk czy Bezos, nie miały nad sobą tego bicza? Cała trójka pochodzi z zamożnych rodzin – nie tylko nigdy nie musieli się martwić, czy będą mieli co jeść, ale także, czy będą mieli gdzie mieszkać, ani nawet, czy stać ich będzie na wakacje, itp.

I wcale nie są oni wyjątkami – generalnie ludzie, którzy mieli od dziecka zapewnione bezpieczeństwo finansowe, radzą sobie na rynku pracy lepiej niż ci, którym takiego bezpieczeństwa brakuje. Dlaczego zatem mielibyśmy dzielić ludzi na tych, którym brak strachu o jedzenie nie zaszkodził, i na tych, którzy tego strachu potrzebują w ramach dyscypliny?

Mamy też coraz więcej badań, które pokazują, że stres i niedojedzenie nie tylko nie motywują, ale wręcz przeszkadzają w dobrym wykonywaniu swoich obowiązków. Choćby dlatego, że osłabiają zdolność skupiania się na pracy.

Najwyższy czas pożegnać się z tą niedzisiejszą wizją człowieka, który musi być motywowany strachem. I byłoby dobrze, gdyby ludzie z tytułami naukowymi w tym pomagali, zamiast prawić kazania moralne.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-23 12:53:14

Dziś premiera „Nic się nie działo. Historia życia mojej babki”! Fragment na zach

Tomasz Markiewka:


Dziś premiera „Nic się nie działo. Historia życia mojej babki”! Fragment na zachętę:

Choć sam wychowałem się w Liszkowie, to niewiele słyszałem o Schwarzach – tyle że we wsi byli kiedyś jacyś bogaci Niemcy. W latach dziewięćdziesiątych mało kto już o nich wspominał, łatwiej było poznać historię o diabłach kręcących się przy torach kolejowych albo Babie-Jadze mieszkającej na jednym z pól. Może dorośli uznawali, że nawet diabły są lepsze dla dzieci niż historie o byłych właścicielach Liszkowa? Ale gdy dorosłem, ten temat również jakoś nigdy nie wypłynął w żadnej z rozmów. Zbierając materiały do książki, zapytałem ojca, czy we wsi lub w okolicy zostały jakieś ślady po Schwarzach. Ojciec – ze swoim drygiem do teatralnych gestów – wskazał palcem gdzieś w stronę nieba, ponad naszym domem. Nie bardzo rozumiałem: co to za enigmatyczna metafizyka? Ojciec wyjaśnił mi wreszcie:

– Komin.

Kiedy Anna odwiedziła Liszkowo w 1956 roku, lokalne władze miały jeszcze jakieś ambicje związane z pałacem Schwarzów. Pierwotnie chciano go przerobić na dom starców. Miejsce wydawało się doskonałe – kilkanaście pokoi, wokół dużo zieleni, spokój. Potem Skarb Państwa zakwaterował tam kilka rodzin. Jeszcze później pałac służył jako dom wczasowy inowrocławskiej huty szkła. Zabrakło jednak chęci i środków, by wyremontować podupadający budynek. Gdy wreszcie zawalił się dach, podjęto decyzję o rozebraniu pałacu. Niemiecka cegła, z której go zbudowano, była nie lada rarytasem. Cała wieś się zjechała, aby uszczknąć co nieco dla siebie. Wśród nich moja rodzina. Tak oto kawałki dawnej posiadłości Schwarzów posłużyły jako budulec do komina w domu postawionym przez moich rodziców. W Liszkowie niemal każdy ma jakąś pozostałość po tej niemieckiej rezydencji – pomogła ona wybudować niejedną oborę i niejeden budynek mieszkalny. Z samej posiadłości nie zostało nic, stoi tam obecnie biogazownia.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-22 09:51:13

Państwa rozwinięte wydają mnóstwo pieniędzy na edukację, a mieszkańcy tych państ

Tomasz Markiewka:


Państwa rozwinięte wydają mnóstwo pieniędzy na edukację, a mieszkańcy tych państw są wykształceni jak nigdy wcześniej. Tylko co z tego, skoro większość kończy potem jako pracownicy w firmach i instytucjach o feudalnej strukturze? Czyli w miejscach, w których mają niewiele do powiedzenia. To marnotrawstwo.

Mniej więcej taką tezę postawił ostatnio słynny ekonomista Thomas Piketty w rozmowie z Ezrą Kleinem. Jego zdaniem struktura zarządzania, w której pracownicy mają siedzieć cicho i wykonywać polecenia, jest całkowicie niedostosowana do współczesnych realiów.

Polacy i Polki zdają się sądzić podobnie. W niedawnym sondażu Polskiego Instytutu Ekonomicznego aż 73% ankietowanych opowiedziało się za „demokratyzacją zarządzania”.

My w Polsce wiemy co nieco o feudalnych stosunkach w miejscu pracy. Jest taka rewelacyjna książka – „Prywatyzując Polskę”. Elizabeth Dunn, jej autorka, zatrudniła się na początku lat 90. w firmie Alima-Gerber. Już wtedy zauważyła to niepokojące zjawisko – pracownicy niskich szczebli znali się na swojej robocie, mieli pomysły, jak można by usprawnić pewne rzeczy, ale nikt z kierownictwa nie chciał ich słuchać.

Johann Hari w innej świetnej książce „Jak odzyskać siebie” (niech was nie zmyli pop-psychologiczny polski tytuł) przekonuje, że brak kontroli nad własnym miejscem pracy, frustracja wynikająca z wykonywania bezsensownych zadań, jest jedną z przyczyn problemów ze zdrowiem psychicznym. Podobny obraz wyłania się z książki Davida Graebera – „Praca bez sensu”, tytuł mówi chyba sam za siebie.

Co z tym robić? Piketty zachwala model niemiecki, w którym przedstawiciele pracowników mają zagwarantowane miejsce w zarządach i radach nadzorczych. Hari przypomina, że istnieje stara idea spółdzielczości – model, w którym to pracownicy zarządzają solidarnie daną organizacją. No i są oczywiście związki zawodowe. Mieliśmy ostatnio przykłady skuteczności solidarności pracowniczej – pracownicy Solaris po ponadmiesięcznym strajku wywalczyli sobie podwyżki.

Wszystkie te rozwiązania łączy jedno – dają pracownikom poczucie odrobinę większej sprawczości. Wprowadzają ideały demokracji, lepiej lub gorzej, do miejsc pracy. Czyli tam, gdzie spędzamy sporą część dnia. Sondaż Polskiego Instytutu Ekonomicznego pokazuje, że chyba pora, by rozmowa o stanie demokracji zaczęła dotyczyć też tego, jak organizujemy pracę w Polsce i jak moglibyśmy to poczucie sprawczości zwiększać.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-16 09:59:01

„Dziecko, to jest pustynia!” – usłyszała moja babka od swojej matki, gdy przepro

Tomasz Markiewka:


„Dziecko, to jest pustynia!” – usłyszała moja babka od swojej matki, gdy przeprowadziła się na początku lat 50. do Liszkowa, pięciusetosobowej wioski na Kujawach. A nie przeprowadzała się bynajmniej z miasta, tylko z innej wsi – odrobinę większej i bardziej malowniczej, bo położonej w górach.

W książce „Nic się nie działo” (premiera 22 czerwca) próbuję opisać, jak się zmieniała ta „pustynia” wraz z Polską. A także – jak mieszkanki i mieszkańcy uczestniczyli w tych zmianach, na przykład rozkręcając życie społeczne i kulturowe w swojej wsi.

Zależało mi na tym, żeby pokazać nie tylko to, co się przydarzało takim ludziom jak moja babka, ale także, co oni robili z tym, co im się przydarzało. Oddać ich sprawczość. Uczynić widzialnymi. Bo zazwyczaj są pomijani w debacie publicznej. Jeśli już się o nich wspomina, to za pomocą bardzo ogólnych etykietek – jak „emeryci i renciści” albo „mieszkańcy wsi”, które gubią niuanse związane z ich historią.

Dam wam jeden przykład.

Kiedy pisałem książkę, w Polsce kilkakrotnie wybuchała dyskusja o pracy. Uczestnicy sporu zazwyczaj dzielili się na dwa obozy. W pierwszym byli ludzie już dorobieni, którzy – jak twierdzą – harowali kilkanaście godzin dziennie, by zostać wziętymi prawnikami, prosperującymi przedsiębiorcami bądź w najgorszym razie znanymi publicystami. Drugi obóz to młodzi (często nazywani też „młodą lewicą”), którzy nie kupują kultu harówki i są przez to oskarżani o lenistwo.

Za każdym razem zadawałem sobie pytanie: a gdzie w tej dyskusji miejsce dla takich osób jak moja babka? Kobiety, która pracowała od dziecka – pasła i doiła krowy, kopała ziemniaki, oprzątała w oborze, jeździła na targ sprzedawać ser, zatrudniła się na pewien czas w fabryce pończoch, prała i gotowała, czasem dla kilkunastu osób, działała w kole gospodyń wiejskich i wykonywała dziesiątki innych czynności. Kobiety, która nie została przedsiębiorczynią ani prawniczką, nie mieszka w dużym mieście, za to przed pięćdziesiątką musiała przejść pierwszą operację, tak ją wyniszczyła nieustanna praca.

Potrafimy w Polsce tworzyć opowieści o przedsiębiorcach, klasie średniej, opozycjonistach peerelowskich, „żołnierzach wyklętych”, „młodej lewicy”, czasem nawet o robotnikach. Czemu nie dorzucić innych historii? Choćby o chłopkach wchodzących w dorosłość zaraz po wojnie, w czasach „produktywizacji kobiet”, mieszkających na granicy świata wiejskich zjaw i świata postępującej modernizacji.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-13 09:31:51

„A mnie się marzy partia, która będzie miała odwagę powiedzieć, że w obliczu woj

Tomasz Markiewka:


„A mnie się marzy partia, która będzie miała odwagę powiedzieć, że w obliczu wojny i inflacji będziemy musieli wszyscy zacisnąć pasa, bo inaczej to się wszystko rozsypie jak domek z kart” – napisał Konrad Piasecki.

Czy polityka zaciskania pasa w ogóle działa? Wśród ekonomistów zdania są – delikatnie mówiąc – podzielone. Na przykład eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego opublikowali w 2016 roku artykuł „Neoliberalism: Oversold?”, w którym stwierdzili, że bilans zysków i strat takiej polityki jest mocno niekorzystny.

Jedno nie ulega wątpliwości: skutki zaciskania pasa dotykają głównie najuboższych i średniaków. Bo sprowadza się ona do cięcia wydatków państwa na programy socjalne i usługi publiczne. W teorii więc wszyscy zaciskają pasa, w praktyce ciężar biorą na siebie najsłabsi. A jak duży może być ten ciężar, pokazuje przykład Wielkiej Brytanii, która poszła tą drogą po kryzysie finansowym 2007/2008. W 2019 roku Human Rights Watch opublikowała raport, w którym czytamy, że: „Decyzje polityczne, jakie podjął brytyjski rząd, wprowadzając politykę oszczędności, pogłębiły dotychczasowe problemy z przestrzeganiem praw człowieka oraz stworzyły kilka nowych”.

Istnieje jeszcze jedna niepokojąca konsekwencja zaciskania pasa. Evelyne Hübscher, Thomas Sattler i Markus Wagner przeanalizowali ponad 160 wyborów, które odbyły się w ciągu ostatnich kilkunastu lat w 16 krajach rozwiniętych, żeby sprawdzić, jakie są polityczne skutki tego rodzaju rozwiązań. Wnioski nie były optymistyczne. Tam, gdzie zdecydowano się na zaciskanie pasa, rosła polaryzacja, zniechęcenie do demokracji i popularność partii skrajnie prawicowych.

Jeśli więc ktoś uważa, że w Polsce jesteśmy zbyt zgodni, demokracja działa aż za dobrze i ogólnie jest jakoś tak nudno, to może zacząć podzielać marzenie Piaseckiego.

Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Piasecki lubi od czasu do czasu wcielać się w rolę kogoś, kto wygłasza „trudne prawdy”. Tylko że robi to cokolwiek wybiórczo. Kiedy w Polsce wybuchła pandemia, a całe uderzenie wzięła na siebie publiczna ochrona zdrowia, nie pisał: Marzy mi się partia, która będzie miała odwagę powiedzieć, że w obliczu pandemii i innych kryzysów środowiskowych najzamożniejsi Polacy muszą zacząć dokładać się trochę bardziej do naszego systemu opieki zdrowotnej, bo inaczej to się wszystko rozsypie jak domek z kart.

Najwyraźniej łatwiej wygłaszać „trudne prawdy”, gdy konsekwencje mają ponosić inni.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-12 09:43:46

„Nic się nie działo” – na wsi to oznaczało egzystencjalne bezpieczeństwo

Tomasz Markiewka:


Na stronie KP można przeczytać fragment mojej nowej książki „Nic się nie działo”.

Stereotypowe wyobrażenie wsi kładzie nacisk na monotonię ciągle tych samych czynności, wykonywanych ciągle w tym samym miejscu, w otoczeniu ciągle tych samych ludzi, z pokolenia na pokolenie.

„Jego ojciec czynił dokładnie to samo co on, to samo czynili wszyscy jego przodkowie i wszyscy jego sąsiedzi. Nie zna innego życia” – zauważył angielski dziennikarz i podróżnik Bernard Newman, który w 1934 roku przejechał całą Polskę na rowerze i gdzieś na polnych drogach między Inowrocławiem a Poznaniem, czyli całkiem blisko Liszkowa, naszła go refleksja na temat chłopskiego żywota. Ten opis wcale nie jest wytworem fantazji, w przypadku wielu chłopów tak to właśnie wyglądało. Ale nie wszystkich.

Ironia polega na tym, że Newman pisał te słowa akurat w czasach bezprecedensowej emigracji chłopów za granicę, która zaczęła się jeszcze przed I wojną światową. Wincenty Witos wspominał, że istniały wsie, gdzie trudno było znaleźć rodzinę, z której co najmniej jedna osoba nie wyjechałaby do Ameryki. Jak obliczył, w przysiółku Wierzchosławice w Małopolsce emigracji doświadczyło pięćdziesiąt sześć z sześćdziesięciu dwóch domostw.

Trend utrzymywał się w dwudziestoleciu międzywojennym. W samych latach 1926–1928 z polskiej wsi wyjechało do innych krajów pół miliona osób. Lecz długotrwały pobyt za granicą to nie wszystko. Chłopi szukali prac sezonowych, gdzie się tylko dało. Formalnie nie wyprowadzali się ze swojej wsi, ale dużą część roku spędzali poza nią. „W porze letniej cicho i bezludnie, w dnie świąteczne zjawiają się tylko w pewnej liczbie murarze i cieśle. W zimowej porze za to gwarno i ruchliwie we wsi, kiedy obecni są prawie wszyscy, którzy pracowali w Europie” – pisał historyk Franciszek Bujak o wsi Maszkienice.

Różnie więc bywało z tym zasiedzeniem chłopów. Wielu z nich – rodzice Józefa są dobrym przykładem – żyło nie w monotonii, lecz ciągłym rozedrganiu. Nawet w obrębie jednej miejscowości losy mieszkańców mogły się układać odmiennie. W Liszkowie Kujawiacy pracujący od dziesiątków lat w posiadłości Schwarzów mieli z reguły trochę inne doświadczenia niż przybysze z gór, którzy przejechali pół Polski, żeby kupić ziemię od państwa.

„Nic się nie działo” – na wsi to oznaczało egzystencjalne bezpieczeństwo

Źródło
Opublikowano: 2022-06-11 13:35:52

Piotr Głuchowski broni w „Gazecie Wyborczej” prawa do wyrażania wątpliwości w sp

Tomasz Markiewka:


Piotr Głuchowski broni w „Gazecie Wyborczej” prawa do wyrażania wątpliwości w sprawie katastrofy klimatycznej (dzięki Staszek Krawczyk za zwrócenie uwagi). Niestety powtarza przy tym klasyczne sztuczki negacjonistów klimatycznych.

Pisze na przykład, że naukowcy mają tendencję do straszenia katastrofami, które nie nadchodzą. Jako przykład podaje dziurę ozonową. „Dziura ozonowa jakoś też cichaczem opuściła nagłówki gazet – choć przy okazji wyeliminowaliśmy i freon, który miał ją wywoływać”.

Głuchowski pomija to, że dziura ozonowa zniknęła z nagłówków gazet WŁAŚNIE DLATEGO, że wyeliminowaliśmy freon. Innymi słowy, właśnie dlatego, że posłuchaliśmy ostrzeżeń naukowców. Logika Głuchowskiego przypomina logikę osoby, która mówi: Haha, ostrzegaliście, że jak nie wezmę parasola, to zmoknę, a ja wziąłem parasol i nie zmokłem!

Dalej pisze dziennikarz „Wyborczej” tak:

„Dlatego jeżeli ktoś twierdzi, że wie, co się stanie z klimatem za sto lat, to po prostu może się mylić. Liczba zmiennych i tzw. czarnych łabędzi, które się przez ten czas pojawią (i nałożą na siebie), jest tak wielka, że nie mamy pojęcia, czy po upływie wieku będziemy na innych planetach, czy znowu w jaskiniach”.

Po pierwsze, nie wiem, dlaczego mamy brać pod uwagę perspektywę stu lat. Klimat już teraz ocieplił się o ponad jeden stopień Celsjusza względem czasów przed rewolucją przemysłową. Już teraz mamy wzrost liczby upałów, już teraz podnosi się poziom mórz, już teraz topnieją lodowce. I – co najważniejsze – już teraz ludzie doświadczają negatywnych skutków globalnego ocieplenia na własnej skórze. Może jeszcze nie na Czarskiej, ale świat się tam nie kończy. Niech Czuchnowski powie mieszkańcom Afryki, Azji albo Ameryki Południowej, że z tą katastrofą to w sumie jeszcze nie do końca wiadomo.

Po drugie, my oczywiście nie wiemy, co będzie dokładnie za sto lat, wiemy natomiast, że działania trzeba podejmować już teraz, bo w przeciwnym wypadku będzie za późno. Nie możemy sobie poczekać 50 lat, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie, bo jeśli przekroczymy tzw. tipping points, straconego czasu nie da się już nadrobić. To tak jakby czołowi architekci na świecie powiedzieli Głuchowskiemu, że w ciągu dziesięciu lat zawali się jego dom, a on stwierdził: poczekamy, zobaczymy, może po drodze pojawi się jakiś czarny łabędź.

Na koniec Głuchowski porównuje „wyznawców klimatyzmu” do religijnych fundamentalistów, którzy tępili niewiernych. Nie on pierwszy sięga po takie metafory – jego kolega z redakcji, Witold Gadomski, porównywał młodzieżowe strajki klimatyczne do dziecięcych krucjat. Nie wiem, skąd się bierze to upodobanie do metaforyki religijnej i ustawiania się w roli prześladowanych za niewiarę. Wiem natomiast, że ani jednemu, ani drugiemu krzywda się nie dzieje. W przeciwieństwie do ludzi, którzy już teraz płacą cenę za „sceptycyzm klimatyczny”, bo żyją na terenach najbardziej dotkniętych skutkami globalnego ocieplenia.

Źródło
Opublikowano: 2022-06-04 10:50:15

Cyfrowy detoks nie istnieje. Dlaczego nie potrafimy zebrać myśli

Tomasz Markiewka:


Książka Johanna Hariego „Stolen Focus” zaczyna się jak typowy poradnik samopomocy. Autor zauważa, że dzieje się z nim coś niepokojącego. Gapi się w telefon co dziesięć sekund, nieustannie odświeża Twittera, traci kontakt ze światem pozainternetowym. Nie potrafi zatrzymać dłużej uwagi na czymkolwiek, tak jakby zupełnie stracił umiejętność skupiania się.

Wystraszony, postanawia wdrożyć radykalne środki. Rzuca wszystko i wyjeżdża na kilka miesięcy do Provincetown, małego nadmorskiego miasteczka w stanie Massachusetts. Smartfona zostawia u znajomych, wprowadza się do domku bez połączenia internetowego.

Idzie na cyfrowy detoks.

Nawet czytelnik, który nie zna wcześniejszych książek Hariego, szybko wychwyci, że coś jest nie tak z tą historią. Już choćby dlatego, że autor ciągle podkreśla swoje uprzywilejowanie. Ilu ludzi może sobie pozwolić, żeby rzucić wszystko i zaszyć się na kilka miesięcy w uroczym miasteczku nad brzegiem morza? Garstka. To perspektywa rzadko spotykana w typowych poradnikach, które próbują przekonywać, że wszystko zależy od ciebie – niezależnie od tego, czy jesteś dobrze opłacaną pisarką, czy kasjerem w Biedronce.

A gdyby ktokolwiek nadal miał wątpliwości co do przesłania książki, Hari stawia sprawę jasno, gdy opisuje, co się stało po powrocie z Provincetown. Przez pewien czas udało mu się trzymać dyscyplinę, ale krok po kroku wracał do szkodliwych nawyków. Podczas pandemii znalazł się zaś w punkcie wyjścia. Jego umiejętność skupiania uwagi była już tak samo słaba jak przed wyjazdem.

James Williams, były pracownik Google’a, wyjaśnił mu, że próba cyfrowego detoksu nie ma sensu. To równie beznadziejne rozwiązanie jak „noszenie maski przeciwgazowej dwa razy w tygodniu, żeby poradzić sobie z zanieczyszczeniem powietrza. Na krótko, pojedynczym osobom, może to przynieść jakieś rezultaty. Ale trudno tak żyć na dłuższą metę i nie rozwiązuje to żadnych systemowych problemów”.

Cyfrowy detoks nie istnieje. Dlaczego nie potrafimy zebrać myśli

Źródło
Opublikowano: 2022-06-02 15:04:15

Właśnie ukazał się kolejny numer „Nowego Obywatela”. Piszę w nim o tym, jak z po

Tomasz Markiewka:


Właśnie ukazał się kolejny numer „Nowego Obywatela”. Piszę w nim o tym, jak z polskiej debaty publicznej wymazuje się perspektywę osób, które zarabiają poniżej pięciu, sześciu tysięcy złotych miesięcznie. Fragment na zachętę:

Jak komentował ekonomista Michał Brzeziński w wywiadzie dla onet.pl: „Większość w Polsce jest milcząca. W dyskursie publicznym dominują reprezentanci bogatych i przedsiębiorców. Spójrzmy nawet na Polski Ład. W pierwszej wersji 9-procentową składkę zdrowotną mieli płacić wszyscy przedsiębiorcy. Ostatecznie dla dużej części z nich skończyło się na 4,9 proc. Ich interesy okazały się zbyt silne, także w Zjednoczonej Prawicy”.

(…)

W przypadku krajów zachodnich najczęściej przyjmuje się, że do klasy średniej należy ta część obywateli, która nie jest ani na dole, ani na górze drabiny zarobkowej, lecz lokuje się, no właśnie, gdzieś pośrodku i stanowi większość społeczeństwa. Na przykład Pew Research Center w swoim raporcie z 2018 r. uznało, że do amerykańskiej klasy średniej zaliczają się gospodarstwa domowe o dochodzie nie mniejszym niż dwie trzecie mediany i nie większym niż jej dwukrotność (mediana wynosiła wtedy w Stanach około 61 tysięcy dolarów) – co daje w sumie 52% mieszkańców USA.

Wydawałoby się zatem, że w Polsce jest podobnie – że mówimy o ludziach zarabiających od mniej więcej czterech do jedenastu tysięcy złotych brutto. Sformułowania takie jak „średniacy”, po które sięgnęła w przywołanym tekście Wielowieyska, utwierdzają w tym przekonaniu. Nie jest to jednak takie jasne, bo cechą znamienną tego gatunku polskiej publicystyki, który broni klasy średniej przed podatkami, związkami zawodowymi i państwem, jest brak precyzowania, kto się do owej klasy zalicza. Dopiero, gdy jakiś temat – jak propozycja reformy podatkowej – wymusza konkretniejsze deklaracje, okazuje się, że owa „zarzynana klasa średnia” oznacza osoby zarabiające kilkanaście tysięcy złotych lub więcej. A punktem odniesienia są nie inni rodacy, lecz zarobki na Zachodzie. Ale nawet wtedy mało który obrońca klasy średniej decyduje się napisać wprost, że ma na myśli kilka, góra kilkanaście procent społeczeństwa. Wszystko to pozostaje w domyśle, szczegóły trzeba wydedukować z kontekstu, na przykład z potencjalnych obciążeń podatkowych podawanych w tych tekstach.

I trudno się temu dziwić. Dopóki kategoria klasy średniej pozostaje niedookreślona, istnieje szansa, że większość czytelników i czytelniczek utożsami się z nią, chętnie przytakując publicystom, którzy bronią ich przed złupieniem. Gdyby rzeczy zostały nazwane po imieniu, mogłoby się okazać, że większość osób nagle przestaje postrzegać tego rodzaju publicystykę jako obronę własnych interesów.

Źródło
Opublikowano: 2022-05-31 10:14:46

Spór o strategię opozycji: na razie niech partie skupią się na swoich programach

Tomasz Markiewka:


Tym razem gościnnie w „Gazecie Wyborczej”:

Wrzucenie całej opozycji demokratycznej do jednego worka – w konsekwencji: ustawienie głównej linii sporu wokół narracji „wszyscy kontra PiS” – może być też korzystne dla rządzącej partii, która wolałaby dyskusję na temat „my kontra oni” niż dyskusję o rosnących cenach czy stanie usług publicznych. (…)

Abstrahując zaś od strategii wyborczej, istnieje jeszcze jedno ryzyko związane z ustawianiem wyborów w taki sposób, że do ostatecznego starcia staną w nich dwa wielkie obozy. Przekształcenie się, choćby na chwilę, w coś, co przypomina system dwupartyjny, może pogłębić i tak już niepokojąco dużą polaryzację wyborców.

Weźmy przykład USA. Joe Biden pokonał w ostatnich wyborach Donalda Trumpa. Wspaniale! Ale polaryzacja poszła tam tak daleko, że mnóstwo wyborców tego drugiego jest gotowych uwierzyć w każde jego kłamstwo – bo jest liderem ich drużyny i bezlitośnie beszta drużynę przeciwną. Badania z maja 2021 roku pokazują, że aż 53 proc. wyborców Partii Republikańskiej jest przekonanych, że to Trump jest prawowitym prezydentem, a wybory zostały „skradzione”. (…)

Wygląda na to, że Amerykanie weszli na ścieżkę, gdzie każde kolejne wybory – niezależnie od tego, kto wygrał poprzednie – stają się bitwą o ochronę demokracji przed nacjonalistycznym autorytaryzmem. (…)

Warto więc myśleć także o tym, jaki wpływ będzie miała kampania wyborcza na podziały społeczne. I czy uczynienie Donalda Tuska twarzą całej opozycji – a tak nieuchronnie się stanie przy jej zjednoczeniu – ich nie pogłębi.

Spór o strategię opozycji: na razie niech partie skupią się na swoich programach

Źródło
Opublikowano: 2022-05-27 09:06:29

Z cyklu: jak słowa tracą znaczenie, czyli cośmy zrobili z wolnością.

Tomasz Markiewka:


Z cyklu: jak słowa tracą znaczenie, czyli cośmy zrobili z wolnością.

Pewnie wiecie, że Elon Musk prezentuje się ostatnio jako czempion wolności – najczęściej w opozycji do skrajnej lewicy, która hejtuje, dzieli i cenzuruje wszystko, co napotka na swojej drodze.

Wczoraj ogłosił na Twitterze, że skoro Demokraci (najwyraźniej opanowani przez skrajną lewicę) stali się partią „podziałów i nienawiści”, on zagłosuje w kolejnych wyborach na Republikanów.

Podejrzewam, że dla wielu osób w Polsce to może mieć sens, bo ciągle docierają do nas informacje, jak „skrajna lewica” kogoś atakuje albo cenzuruje w internecie. Warto więc przypomnieć, co w ostatnich latach wyprawiają Republikanie.

– Większość z nich poprała wyssane z palca oskarżenia Donalda Trumpa, że ostatnie wybory prezydenckie zostały ustawione pod Joe Bidena. Przypomnijmy, że to właśnie takie teorie spiskowe doprowadziły do ataku na Kapitol, w którym zginęło pięć osób.

– A skoro o teoriach spiskowych mowa, środowiska republikańskie (jak Fox News) mają też na koncie promowania teorii „wielkiego zastępowania” – że niby Demokraci celowo chcą zastąpić białą ludność imigrantami. Nastolatek, który kilka dni temu zamordował dziesięć osób w Buffalo, powoływał się w swoim manifeście właśnie na tę teorię.

– Tam, gdzie mają władzę, Republikanie cenzurują programy nauczania i zabraniają uczenia „krytycznej teorii rasy” – czyli poglądu, że rasizm jest systemowym problemem USA, a nie tylko kwestią złych jednostek. Doprowadziło to między innymi do zastraszania nauczycieli.

– Nominowani przez Republikanów sędziowie Sądu Najwyższego chcą zaostrzyć prawo aborcyjne, mimo tego, że 70% społeczeństwa jest przeciw.

– W takich stanach jak Teksas Republikanie uchwalają prawo, które ma utrudnić udział w wyborach nie-białej ludności.

No ale Demokracji sieją nienawiść i dzielą, a lewica pisze niemiłe posty w mediach społecznościowych, więc Musk nie ma wyboru – musi zagłosować na partię wolności.

Źródło
Opublikowano: 2022-05-19 13:07:57

Demokracja nie jest za darmo

Tomasz Markiewka:


Na co nasze państwo wydaje najwięcej pieniędzy? Zdaniem Polaków – na administrację. W badaniach przeprowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny takiej odpowiedzi udzieliło 31 proc. ankietowanych. Żadna inna spośród ośmiu kategorii wyodrębnionych przez PIE nie uzyskała tylu wskazań.

To całkowicie mylne wyobrażenie, bo w rzeczywistości administracja jest dopiero na siódmym miejscu – stanowi ledwie 6 proc. wszystkich wydatków publicznych (w mniemaniu ankietowanych – 18 proc). (…)

Wielu polityków i komentatorów lubi powtarzać, że możemy mieć lepsze usługi publiczne i wcale nie musimy podwyższać w tym celu obciążeń podatkowych najbogatszych Polaków. Ba, dałoby się je nawet obniżyć! Wystarczy skończyć z marnotrawstwem. A gdzież jest większe marnotrawstwo, jeśli nie wśród urzędników? W ten sposób administracja stała się w naszej zbiorowej wyobraźni miejscem nieprzebranych skarbów, dzięki którym dałoby się sfinansować całe mnóstwo rzeczy, gdyby tylko ktoś zrobił tam porządek. (…)

Za opowieściami o marnotrawnej administracji skrywa się jeszcze większy mit: mit sprawnego państwa za półdarmo. Wcale nie musimy zwiększać wpływów budżetowych, wcale nie musimy mieć wyższych nakładów na ochronę zdrowia czy edukację, wystarczy wydawać pieniądze efektywniej. (…)

Niech nam nie umknie ironia polegająca na tym, że największe „zasługi” w propagowaniu mitu taniego państwa mają polscy neoliberałowie. Czyli te same osoby, które na co dzień lubią wcielać się w rolę ludzi głoszących nieubłagane prawdy w rodzaju: nic nie ma za darmo. Najwyraźniej ta zasada przestaje działać, gdy mówimy o ochronie zdrowia, edukacji, transporcie publicznym czy polityce socjalnej – te wszystkie rzeczy można mieć zdaniem nadwiślańskich neoliberałów na wysokim poziomie za kilka procent PKB.

Demokracja nie jest za darmo

Źródło
Opublikowano: 2022-05-18 17:36:10

Między Zuckerbergiem a Putinem. O czym opowiada Juwal Noach Harari

Tomasz Markiewka:


Harari swoje krótkie rozważania o możliwych zagrożeniach stwarzanych przez cyfrowych gigantów kończy następującą puentą: „Przynajmniej obecnie, w marcu 2018 roku, wolałbym udostępnić swoje dane raczej Markowi Zuckerbergowi niż Władimirowi Putinowi”.

Czy to naprawdę cały nasz wybór? Albo miliarder władający naszymi danymi prywatnymi, albo zbrodniczy dyktator? Czy nie ma żadnych innych rozwiązań – czegokolwiek bardziej w duchu demokracji? To już Unia Europejska próbująca uregulować cyfrowe korporacje ma prawdopodobnie więcej wyobraźni politycznej.

Harari zdaje się w ogóle nie zauważać możliwości podjęcia działań politycznych w tej sferze.

Kiedy przyznaje w jednym z tekstów, że władze państwowe i korporacje mogą wykorzystywać algorytmy do „hakowania” nas, udziela rozbrajającej rady: „musisz być szybszy od algorytmów, szybszy od Amazona i władz państwowych – musisz poznać samego siebie, zanim oni to zrobią”.

Rada, że moglibyśmy się zmobilizować politycznie, by nie dopuścić do tego, żeby ktokolwiek miał nad nami taką władzę, nie przychodzi mu do głowy. Mamy się dostosować do świata, nie go zmieniać.

To uderzająca cecha opowieści snutej przez Harariego: łatwiej mu sobie wyobrazić stworzenie algorytmów, które zastąpią prawdziwych lekarzy i będą wybierały za nas kierunki studiów, niż demokratyczne reformy, które ukrócą władzę korporacji i sprawią, że nasza przyszłość nie będzie zależała tylko od odruchów serca Zuckerberga i mu podobnych miliarderów.

Między Zuckerbergiem a Putinem. O czym opowiada Juwal Noach Harari

Źródło
Opublikowano: 2022-05-13 08:32:53

Powracający paradoks naszej debaty publicznej: osoby, które najgłośniej krzyczą,

Tomasz Markiewka:


Powracający paradoks naszej debaty publicznej: osoby, które najgłośniej krzyczą, że potrzebujemy więcej edukacji ekonomicznej, najbardziej mącą ludziom w głowach w sprawach gospodarki.

Weźcie Leszka Balcerowicza. Powiada on na Twitterze tak: „Są dziedziny, wymagające finansowania przez podatki: obrona narodowa, policja, wymiar sprawiedliwości, administ. publiczna itp. Ale one łącznie pochłaniają kilka procent PKB. A w Polsce wydatki budżetowe po 7 latach PiS wynoszą ok. 42 % PKB. Dziwicie się, że podatki są wysokie?”.

42 procent! Wyobrażacie to sobie? A mogłoby być kilka…

Pod tweetem sporo słów poparcia, między innymi od pewnej emerytki, która ubolewa, że ludzie nie rozumieją „zależności ekonomicznych”. W tym zachwycie umknęło pani to, że Balcerowicz wśród rzeczy wymagających wydatków ze strony państwa NIE wymienił… emerytur. Tak samo zresztą jak ochrony zdrowia, edukacji, infrastruktury i transportu zbiorowego.

A gdyby uwzględnić wszystkie te rzeczy – na przykład upchnąć je w tym „itp.” z tweeta Balcerowicza – to czy dałoby się zamknąć wydatki w kilku procentach PKB? Nie bardzo. Jak od razu wyłapał Paweł Preneta, nie ma na świecie państwa, które wydawałoby tak mało. Najbliżej do ideału Balcerowicza takim krajom jak Kongo, Gwatemala czy Bangladesz, ale nawet one wydają kilkanaście procent PKB.

Czy te 42 procent, które wydaje Polska, to w ogóle dużo na tle innych państw rozwiniętych? Nie – znajdujemy się poniżej średniej unijnej, wynoszącej 45 procent. Niektóre państwa, jak Finlandia czy Dania, wydają powyżej 50 procent.

To jest ciągle powracająca fantazja u polskich neoliberałów – że można mieć rozwinięte państwo demokratyczne po taniości, wystarczy efektywniej wydawać. Otóż nie, nie można, a przekonywanie, że jest inaczej, ma więcej wspólnego z propagandą niż edukacją ekonomiczną.

Źródło
Opublikowano: 2022-05-07 14:23:32

Premiera 22 czerwca.

Tomasz Markiewka:


Premiera 22 czerwca.

Bardzo się cieszę, że książka wychodzi – dużo pracy i serca w nią włożyłem. To nie jest tylko opowieść o babci, ale też o jej świecie – świecie kilkusetosobowej wsi (a nawet dwóch). O tym, jak wyglądało ostatnie niemal sto lat z perspektywy ludzi zamieszkujących takie miejsca. Jak i gdzie pracowali, z czego się śmiali, czego obawiali, o co kłócili, co do nich przenikało z „wielkiej historii”, z jakiej perspektywy sami na to wszystko patrzyli. No i jak splatali, nitka po nitce, swoją własną historię.


Źródło
Opublikowano: 2022-05-04 09:22:40

Czy platformy społecznościowe mogą być politycznie neutralne? Elon Musk wierzy,

Tomasz Markiewka:


Czy platformy społecznościowe mogą być politycznie neutralne? Elon Musk wierzy, że tak. Proponuje nawet swoją definicję „neutralności politycznej”. Jak pisze, oznacza ona „irytowanie w równym stopniu skrajnej prawicy i skrajnej lewicy”.

Z filozoficznego punktu widzenia to słaba definicja. Lepsza byłaby: irytowanie w równym stopniu skrajnej prawicy, skrajnej lewicy, prawicy, lewicy i centrystów. Ale nawet takie podejście niekoniecznie oznaczałoby „neutralność polityczną”.

Po kolei.

Musk popełnia stary błąd centrystów. Wydaje mu się, że jeśli w jakimś sporze nie opowiadasz się po żadnej ze stron postrzeganych jako skrajności, to w magiczny sposób twoje stanowisko staje się apolityczne. Tak nie jest. Jeśli na przykład ktoś twierdzi „Nie popieram ani zakazu praw wyborczych dla kobiet, ani parytetów na listach wyborczych” albo „Nie popieram ani zniesienia podatków dochodowych, ani stawki 75% dla najbogatszych”, albo „Nie popieram ani homofobii, ani wokizmu” to takie stanowiska mogą być słuszne lub niesłuszne, ale z pewnością są stanowiskami politycznymi: wynikają z przywiązania do określonych wartości, są częścią sporu politycznego, przekładają się na preferencje wyborcze.

Już samo definiowanie, czym są skrajności, jest wyrazem poglądów politycznych. Żeby to zrozumieć, wystarczy przyjąć perspektywę historyczną. Demokracja, prawa wyborcze dla kobiet, zakaz niewolnictwa – wszystkie te poglądy uchodziły kiedyś za skrajne.

„Irytowanie w równym stopniu skrajnej prawicy i skrajnej lewicy” oznacza więc nie „polityczną neutralność”, ale zajęcie politycznego stanowiska zwanego najczęściej centryzmem.

A co z moją próbą przeformułowania definicji Muska? To nadal byłoby stanowisko polityczne, tylko że chwiejne lub niewpisujące się w dotychczasowe podziały na prawicę, lewicę, centrum, itd.

No to jak w takim razie Twitter czy inne platformy społecznościowe mają stać się „politycznie neutralne”? Otóż rzecz właśnie w tym, że nie mogą, a każda próba uczynienia ich takimi jest ściemą. Niezależnie od tego, jakie decyzje podejmie Musk, zarządzając Twitterem, będą to decyzje polityczne i jako takie powinny być oceniane.

Źródło
Opublikowano: 2022-04-28 08:42:07

Sławomir Mentzen wygłosił laudację na temat Elona Muska – nie dość, że genialny

Tomasz Markiewka:


Sławomir Mentzen wygłosił laudację na temat Elona Muska – nie dość, że genialny miliarder za chwileczkę zabierze nas na Marsa, to jeszcze teraz, po zakupie Twittera, ochroni wolność słowa.

Wiara w to, że skupienie głównych platform komunikacyjnych w rękach garstki miliarderów przyczyni się do rozwoju wolności słowa, to jak wiara w to, że skupienie najważniejszych urzędów państwowych w rękach garstki polityków jednej partii przyczyni się do rozwoju demokracji.

Mentzen jest członkiem partii, której prezes głosi tezę o wyższości monarchii nad demokracją, więc oligarchizacja społeczeństwa pewnie mu nie przeszkadza. Ale zwolennikom demokracji powinna.

Patryk Wachowiec zarzucił mi, że krytykując z góry Muska za zakup Twittera, dyskryminuję go ze względu na status majątkowy. To dobra okazja, żeby przypomnieć dwie rzeczy:

– Współcześni miliarderzy są prawdopodobnie najbardziej uprzywilejowaną grupą w historii naszej planety. Nie chodzi tylko o to, że mają mnóstwo pieniędzy, za które mogą sobie kupować odrzutowce, jachty czy liczne domy. Rzecz w tym, że te pieniądze przekładają się na władzę: mogą lobbować polityków, mogą unikać podatków, mogą podejmować decyzje, od których zależy przyszłość naszego świata. Wszystko to bez demokratycznego mandatu. Jakby tego było mało, niektórzy z nich – Musk doskonałym przykładem – cieszą się statusem celebrytów, który zapewnia im rzesze oddanych fanów.

– Czy nam się to podoba, czy nie (mnie się nie podoba), Twitter to jedno z głównych miejsc prowadzenia debaty publicznej. Teraz jest prywatną własnością najbogatszej osoby na Ziemi i zależy od widzimisię tej osoby.

Tak, przyznaję, że krytykuję z góry Muska, nie wiedząc jeszcze, jakie dokładnie decyzje podejmie. Tak samo jak krytykowałbym z góry monarchę, nie wiedząc jeszcze, czy będzie on bardziej jak Aragorn z „Władcy Pierścieni”, czy Joffrey z „Gry o tron”. W jednym i drugim przypadku uważam bowiem, że nikt nie powinien mieć takiej władzy.

Źródło
Opublikowano: 2022-04-26 07:54:03

Elon Musk o włos od kupna Twittera. Zarząd serwisu poparł transakcję

Tomasz Markiewka:


Najtrafniej skomentowała to Shoshana Zuboff, autorka słynnego „Wieku kapitalizmu inwigilacji”. Cała dyskusja o tym, czy Musk zachowałby, czy zniósłby reguły dotyczące propagowania dezinformacji, czy wpuściłby Trumpa z powrotem na Twittera, czy walczyłby z mową nienawiści, a może uznałby ją za dopuszczalną, jest świadectwem podstawowego problemu: odpowiedź na te wszystkie zasadnicze pytania zależy od widzimisię jednej osoby.

„Nagłówki dotyczące Muska/Twittera to wariacje na temat pytania »co zrobi Elon?«. To sygnał, jak bardzo jesteśmy zagubieni. Pogrążamy się w obsesji na punkcie jednego człowieka i jego kaprysów, ponieważ nie mamy jeszcze demokratycznych rządów prawa potrzebnych do zarządzania naszymi przestrzeniami informacyjnymi” – napisała Zuboff.

Wracając raz jeszcze do metafory Twittera jako placu miejskiego – co to za plac miejski, który jest czyjąś prywatną własnością? I to w dodatku własnością miliardera, który udowodnił wcześniej, że lubi wykorzystywać media społecznościowe do promowania agendy politycznej sprzyjającej jego interesom klasowym.

Kiedy dyskutujemy o wolności słowa czy pluralizmie debaty publicznej, dotykamy złożonego tematu. Możemy na przykład rozmawiać o tym, jak są traktowane osoby mające dostęp do największych kanałów komunikacji. Możemy też zadać inne pytanie: kto jest w ogóle dopuszczany do tych kanałów i kto ma nad nimi kontrolę? Z oczywistych względów Musk niechętnie podejmuje ten drugi temat, bo zamiast wcielać się w rolę czempiona wolności słowa, musiałby zacząć odpowiadać na niewygodne pytania związane z władzą nad współczesnymi „placami miejskimi”.

Elon Musk o włos od kupna Twittera. Zarząd serwisu poparł transakcję

Źródło
Opublikowano: 2022-04-25 14:55:51

Na zakończenie wątku o tzw. cancel culture i woke culture.

Tomasz Markiewka:


Na zakończenie wątku o tzw. cancel culture i woke culture.

Często słyszę ten sam argument: jak możesz sugerować, że te zjawiska nie istnieją? Nie słyszałeś o tym, tym i jeszcze tamtym przypadku?

Ależ oczywiście, że istnieje zjawisko nadmiernego nakręcania emocji w internecie, grupowego rzucania się na ludzi czy toczenia inb o pierdoły, które nie zasługują na większą uwagę.

Tylko że ten problem dotyczy wszystkich – nie da się go zredukować do nowej lewicowej religii, jak chcieliby niektórzy.

Jakiś czas temu pewna sieć komórkowa zrezygnowała ze współpracy z Barbarą Kurdej-Szatan – wszystko w kontekście internetowej nagonki ze strony prawicy po tym, jak wypowiedziała się ona na temat straży granicznej i sytuacji uchodźców.

Gdzie wtedy były te wszystkie dyskusje o cancel culture?

Przeciwnicy woke zarzucają często lewicy, że ta wywołuje moralne wzmożenie wokół rzeczy, które powinny być prywatną sprawą grupki osób.

Fajnie, tylko że jedno z największych uniesień moralnych na polskim Twitterze w 2021 roku wywołała nie lewica, ale liberałowie, którzy tygodniami nie mogli przeboleć, że pewna aktywistka zorganizowała dobrowolną zbiórkę na laptopa.

Gdzie wtedy były te wszystkie narzekania na woke culture?

Jeśli ktoś stawia tezę, że listonosze mają poważny problem z przeklinaniem, to nie wystarczy pokazać jednego, dwóch czy nawet stu listonoszy, którzy przeklinają, i obwieścić triumfalnie: widzicie, widzicie, mamy rację. Trzeba by jeszcze porównać częstotliwość ich przeklinania z innymi grupami społecznymi.

Znam dwa badania, które starają się ująć zjawisko cancel culture od strony statystycznej. Oba dotyczą amerykańskich uczelni – w jednym sprawdzano zjawisko odwoływania wykładów pod wpływem protestów studenckich, w drugim zwalniania akademików za poglądy polityczne. Wnioski były dwa: obie rzeczy się zdarzają, ale dalece rzadziej niżby to wynikało z medialnej otoczki wokół tematu, a poza tym okazuje się, że dotykają także lewicę – w przypadku zwolnień z pracy, to właśnie posiadanie lewicowych poglądów najbardziej naraża na ryzyko utraty stanowiska.

A przypominam, że my rozmawiamy o tym wszystkim w Polsce. W kraju, gdzie jeden Łukasz Warzecha ma większą obecność medialną niż wszystkie osoby transpłciowe razem wzięte, w kraju, gdzie minister edukacji jest na wojnie z „neomarksizmem” i „ideologią gender”, w kraju Ordo Iuris, regresywnego systemu podatkowego i innych rzeczy mających niewiele wspólnego nie tylko z lewicą, ale nawet z europejskim centryzmem.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mamy odrobinę inne problemy niż – jak powiadają niektórzy – bolszewizm i jakobinizm lewicy.

Źródło
Opublikowano: 2022-02-16 08:26:24

Przeczytałem tekst Wojciecha Engelkinga na temat woke culture. Mam z nim jeden z

Tomasz Markiewka:


Przeczytałem tekst Wojciecha Engelkinga na temat woke culture. Mam z nim jeden zasadniczy problem. Słowo „woke” („woke’owcy”, „woke’owe”) pada w nim ponad 70 razy, ale nie pojawia się ani jeden konkretny przykład, który tłumaczyłby, co to właściwie znaczy i kim są ludzie wyznający tę podobno iście religijną ideologię.

Najbardziej znaczące są te miejsca, gdy już, już wydaje się, że padnie jakiś przykład, ale jednak nie. Pisze Engelking: „ spójrzmy, chociażby, kto i za co zostaje poddany kulturze anulowania (niebędącej wobec woke synonimiczną, lecz pozostającej z nią w symbiozie, jako narzędzie, którym posługuje się woke – w jakim celu: niżej)”.

Po czym nie podaje żadnego przykładu.

Pisze tylko, że cancellowanie dotyka ludzi za „wyrażenie wątpliwości co do roszczeń osób transpłciowych”. Ale kogo konkretnie? Jakich wątpliwości? Na czym polega to wykluczanie? Czy jeżeli skrytykujemy kogoś za jego poglądy na temat osób transpłciowych, to już jesteśmy tym woke, czy trzeba spełnić jakieś dodatkowe warunki? Czy jak ktoś pisze negatywne rzeczy o osobach transpłciowych, jest za to krytykowany, ale stale ma dostęp do przeróżnych kanałów komunikacyjnych o milionowym zasięgu, to został już scancellowany, już jest ofiarą woke, czy trzeba czegoś więcej?

W innym miejscu tekstu Engelking niby definiuje cechy woke, ale w bardzo ogólnikowy sposób – wybiera często spotykane postawy, ale do każdej dodaje przymiotnik mający podbić ich natężenie. Tak więc woke’owcy przejawiają „olbrzymią” niechęć do elit, „radykalną” empatię do grup dyskryminowanych i „obsesyjne” przywiązanie do różnic genderowych, seksualnych, itd.

Powiem wam szczerze, że to mi niewiele tłumaczy. Czy jak Ocasio-Cortez, która miga na chwilę w tekście Engelkinga, proponuje od lat wprowadzenie wyższych podatków dla amerykańskich miliarderów i multimilionerów to już jest „obsesyjna” niechęć do elity, czy po prostu niechęć bez przymiotnika? A może po prostu polityka zalecana przez wielu ekonomistów?

Nie mówię już o oddawaniu choćby na chwilę głosu komuś, kto zaliczałby się do tych woke’owców. Tego w ogóle w tekście Engelkinga nie znajdziecie. Tak samo jak refleksji nad tym, kto spopularyzował to słowo, i dlaczego posługują się nim głównie przeciwnicy tzw. woke culture.

Zamiast tego mamy upupiające stwierdzenia poparte nie wiadomo czym w rodzaju: „Największym pragnieniem tych, którzy są woke, jest pozostać dzieckiem: takim, które w zaciszu swego wnętrza nie musi mierzyć się z problemami praktycznymi, toteż może oddać się czystemu projektowaniu rzeczywistości”.

Engelking pisze o logosie, Marcinie Lutrze, Summa angelica i filozofii Kołakowkiego, ale w swoim naprawdę długim tekście nie znalazł miejsca ani na skonkretyzowanie, o czym właściwie mowa, ani na skonfrontowanie się z choćby jednym argumentem tych strasznych woke’owców, ani na odniesienie się do szerokiej dyskusji, która toczy się w zachodnich mediach na temat samego słowa i zjawiska, do którego miałoby ono odsyłać.

Mam nieodparte wrażenie, że woke’owcy to po prostu wszyscy ci ludzie o szeroko rozumianych lewicowych poglądach, z którymi Engelking pokłócił się w ciągu ostatnich kilku lat na Twitterze.

Źródło
Opublikowano: 2022-02-15 19:43:22

Wiem, że nie jest to sprawa najwyższej wagi, ale jako fan książek Tolkiena mam k

Tomasz Markiewka:


Wiem, że nie jest to sprawa najwyższej wagi, ale jako fan książek Tolkiena mam kilka przemyśleń na temat ostatniej burzy internetowej.

Jak można było przewidzieć, wiele osób jest bardzo niezadowolonych z tego, że w nowym serialu opartym na twórczości Tolkiena pojawią się elfy, krasnoludy i hobbici o ciemniejszym kolorze skóry. Czytam o wciskaniu na siłę poprawności politycznej, ingerowaniu w oryginalny zamysł twórcy czy braku szacunku dla przesłania książki.

W ogóle mnie to nie przekonuje. Z kilku powodów.

Kwintesencją popkultury jest ingerowanie w oryginalne opowieści i przerabianie ich tak, by pasowały do bieżącego kontekstu społecznego. Zawsze tak było. Porównywaliście kiedyś klasyczne filmy animowane Disneya do ich książkowych oryginałów? Jakiś czas temu w „New Yorkerze” ukazał się ciekawy tekst na temat tego, jak się ma „Bambi” do książki, na której oparto film. Zdradzę wam, że nie była to bynajmniej wierna adaptacja, która uwzględniałaby społeczny kontekst czy przesłanie powieści Felixa Saltena.

Mam wrażenie, że ta czułość, by szanować „oryginalne źródła”, jest cokolwiek wybiórcza. Część ludzi z jakiegoś względu nie ma problemu, że wzięta z mitologii nordyckiej postać Thora biega po Nowym Jorku u boku Kapitana Ameryki i walczy z kosmitami, ale już pokazanie w filmie czarnej Amazonki to dla nich straszna polityczna ingerencja w oryginalne podania greckie. Ludzie, którzy rozpaczają teraz z powodu zmiany koloru skóry tolkienowskich postaci, nie mieli większego problemu, gdy Peter Jackson zmieniał postać Froda – z hobbita w średnim wieku z pokaźnym brzuszkiem zrobił szczupłego młodzieniaszka.

Nie bardzo też rozumiem, w jaki sposób czarne elfy czy krasnoludy miałyby niszczyć przesłanie twórczości Tolkiena. Prawdę mówiąc, kolor skóry jest całkowicie nieistotny dla stworzonych przez niego opowieści. Zróbcie mały eksperyment. Wyobraźcie sobie, że w ekranizacji Petera Jacksona postać Legolasa jest grana przez czarnego aktora. Czy w związku z tym musiałaby się zmienić jakakolwiek rzecz w fabule tych filmów? Nie, wszystkie sceny i kwestie mogłyby zostać dokładnie takie same, bo biały kolor skóry nie jest kluczowy dla tej postaci.

A już całkowicie niepoważne są pojawiające się gdzieniegdzie sugestie, że to niszczenie tolkienowskiego dziedzictwa, porównywalne z cenzurą czy paleniem książek. Tak naprawdę ludzie, którym zależy na szacunku do dzieł Tolkiena – jestem ciekaw, ilu z nich przeczytało „Silmarilliona” – powinni się cieszyć. Premiera serialu wpłynie na to, że sięgną po nie osoby, które w innym przypadku mogłyby nawet o nich nie usłyszeć. Książki Tolkiena będą się miały lepiej niż dobrze.

Źródło
Opublikowano: 2022-02-15 10:05:52

Powiada Wojciech Maziarski tak: „Żeby prawdy oczywiste i banały pozostały prawda

Tomasz Markiewka:


Powiada Wojciech Maziarski tak: „Żeby prawdy oczywiste i banały pozostały prawdami oczywistymi i banałami – trzeba je w kółko powtarzać. A więc powtórzmy: racją istnienia sklepów są klienci, a nie pracownicy. Sprzedaż jest (a właściwie powinna być) prowadzona wtedy, kiedy klienci chcą kupować, a nie kiedy personelowi jest wygodnie”.

Maziarski pisze to w tekście o zakazie niedzielnego handlu, ale ponieważ ubiera swoje rozważania w szaty ogólnych prawd, to pozwolę sobie je tak potraktować.

Wiele korporacji namawia nas dziś do przyjęcia postawy typu: nie martwcie się pracownikami, zobaczcie, co zyskujecie jako klienci. Mamy się cieszyć, że możemy jednym kliknięciem zamówić na jutro paczkę, i nie myśleć o tym, że ktoś tam musi sikać do butelek, bo nie ma przerwy na toaletę. Mamy się cieszyć, że możemy zamówić tanią podwózkę w aplikacji, i nie zastanawiać się nad tym, że jej właściciela nie obowiązuje prawo o płacy minimalnej. Mamy się cieszyć tańszymi produktami i nie dumać na tym, czy ludzi, którzy je produkują, stać na podstawowe dobra.

Postęp wygód konsumenckich często żywi się regresem praw pracowniczych.

To się wydaje całkiem atrakcyjny deal. Szczególnie jeśli ktoś ma to szczęście, że zajmuje dobrze płatne stanowisko, chronione różnymi prawami pracowniczymi. Gorzej dla wszystkich tych, którzy są narażeni na to, że w końcu ten trend dopadnie także ich miejsca pracy.

Zdaje się, że w Polsce takich osób jest nadal całkiem sporo. Bo choć trudno to czasem wywnioskować na podstawie debat medialnych, to większość dorosłych Polaków jest nie tylko klientami, ale także pracownikami.

I kiedy uświadomimy sobie tę „prawdę oczywistą i banał”, łatwiej będzie też zrozumieć, że może jednak warto się czasem zastanowić nad „wygodą” personelu, a nie tylko klientów.

Źródło
Opublikowano: 2022-02-01 11:57:46