„Apolityczne” podejście do kryzysu klimatycznego to woda na młyn radykalnej prawicy

Tomasz Markiewka:


Polityka klimatyczna administracji prezydenta Bidena nadal jest zakładniczką senatora z jego własnej partii: Joe Manchina.

Związek zawodowy górników z Wirginii Zachodniej wydał oświadczenie, w którym wzywa senatora do poparcia planu klimatycznego. Jakkolwiek irytujące i dołujące nie byłoby zachowanie Manchina, nie powinien nam umknąć optymistyczny akcent całej tej historii. Jak to się właściwie stało, że górnicy popierają plan, który ma przyspieszyć transformację energetyczną i zamknąć ich dotychczasowe miejsca pracy? Bo został on połączony z zapisami, które zwiększają ich prawa pracownicze i gwarancję bezpieczeństwa finansowego.

Zwolennicy Zielonego Nowego Ładu i innych pomysłów utrzymanych w podobnym duchu są czasem krytykowani za mieszanie kwestii klimatycznych z agendą polityczną. Taki zarzut postawił im choćby Robert P. Murphy, ekonomista związany z tzw. szkołą austriacką: „tak naprawdę nie chodzi o zmianę klimatu. To tylko pretekst do fundamentalnej transformacji każdego aspektu społeczeństwa i kultury w sposób, który forsowała lewica, zanim jeszcze ludzie zaczęli mówić o globalnym ociepleniu”.

Błąd tej argumentacji tkwi w przekonaniu, że kryzys klimatyczny to tylko problem techniczny, który można rozwiązać apolitycznie, bez wciskania nikomu lewicowej, prawicowej czy liberalnej agendy. To cokolwiek absurdalna przesłanka. Apolityczna to może być decyzja o remoncie kuchni i kolorze ścian, a nie globalna transformacja energetyczna, która wpłynie na setki milionów miejsc pracy, ceny prądu i paliw, podatki, inwestycje, przepływ środków publicznych i całe mnóstwo innych rzeczy.

Jeśli transformacja energetyczna nie zostanie upolityczniona w duchu socjalnym, czyli z uwzględnieniem sprawiedliwości społecznej, będzie to wspaniały prezent dla skrajnej prawicy, która upolityczni transformację w duchu nacjonalistycznym.

„Apolityczne” podejście do kryzysu klimatycznego to woda na młyn radykalnej prawicy

Źródło
Opublikowano: 2022-01-24 08:15:00

Eliza Michalik postanowiła się odnieść do kłopotów ludzi wykończonych pracą po k

Tomasz Markiewka:


Eliza Michalik postanowiła się odnieść do kłopotów ludzi wykończonych pracą po kilkanaście godzin dziennie. Kilka słów komentarza, bo przemówił przez nią popularny, a zarazem bardzo niebezpieczny pogląd, który nazywam „prywatyzacją systemowych problemów”.

„Przepraszam, ale to nie praca was wykończyła, to wyście sami się wykończyli, bo nie potrafiliście zadbać o swój dobrostan psychiczny i fizyczny” – mówi Michalik. I kontynuuje, że przecież to są problemy, które dotykają zarówno milionerów, jak i kasjera w Biedronce. A jak kogoś nie stać na pomoc fachowca, to spokojna głowa, bo – powiada Michalik – „na YouTubie jest mnóstwo darmowych nagrań rozmaitych kołczów, psychologów”.

Po kolei.

Z tymi problemami zdrowotnymi, które dotykają na równi wszystkich, to jest trochę jak z pandemią. Obostrzenia, zamknięte sklepy i szkoły niby dotyczą każdego, ale niektórzy przeczekiwali pandemię w wielkich apartamentach, a inni w małych klitkach; jedni liczyli kolejne zyski, bo ich akcje poszły w górę, inni zastanawiali się, co zrobić, bo zwolniono ich z dnia na dzień; jedni przechodzili odnowę duchową, inni zapierdzielali z narażeniem życia i zdrowia przy kasach, w magazynach albo szpitalach.

A mówiąc ogólniej, całe mnóstwo badań potwierdza, że osoby mniej zamożne mają więcej problemów zdrowotnych niż osoby bogatsze. Nie dlatego, że jest z nimi coś indywidualnie nie tak, ale z powodu większego przepracowania i stresu połączonego z mniejszym dostępem do kompleksowej opieki lekarskiej.

I nie, obejrzenie sobie na YouTubie jakiegoś kołcza, to nie to samo co opieka pod okiem specjalisty. Nie rozwiąże problemów osoby wykończonej psychicznie bądź fizycznie swoją pracą. Tym bardziej, jeśli ta osoba nie bardzo ma gdzie znaleźć lepsze zatrudnienie.

To są rzeczy, które powinny być oczywiste dla każdej dorosłej osoby. Ale problem jest głębszy i polega na założeniu, że to „wyście sami się wykończyli”. Innymi słowy, szukajcie zarówno źródeł problemu, jak i rozwiązania w sobie.

A co jeśli jedno i drugie jest na zewnątrz? Co jeśli źródłem problemu jest to, jak organizujemy pracę jako społeczeństwo, i jaką presję nakładamy na ludzi za pośrednictwem różnych kulturowych trendów? Może nie chodzi o naprawianie siebie, tylko o naprawianie społeczeństwa? Może bardziej od filmiku na YouTubie pomoże ci zapisanie się do związku zawodowego, który będzie walczył o godniejsze warunki w twoim miejscu pracy? Albo głosowanie na polityczki i polityków, którzy nie mają w czterech literach praw pracowniczych? Albo domaganie się lepszego dostępu do fachowej opieki zdrowotnej?

Chcę nieśmiało zwrócić uwagę, że generalnie tak dokonywało się to, co nazywamy w skrócie postępem. Przez zmienianie społeczeństwa, a nie siebie. Możemy tylko dziękować poprzednim pokoleniom, że biły się o powszechną ochronę zdrowia, o ośmiogodzinny dzień pracy, o płatne urlopy i inne tego typu rzeczy. Gdyby zamiast tego każdy i każda z nich zajęli się sobą, idąc do jakiegoś XIX-wiecznego kołcza, mieszkalibyśmy w dużo gorszym świecie.

Źródło
Opublikowano: 2022-01-06 10:47:50

Nie, wolny rynek nie uratuje planety. Rzekome „prawa” ekonomii przegrają z prawami fizyki

Tomasz Markiewka:


Trudno się oprzeć wrażeniu, że część ekonomistów, a także dziennikarzy ekonomicznych – szczególnie tych o skrajnie wolnorynkowych poglądach – ufa bardziej „prawom” ekonomii niż prawom fizyki. Stając przed wyborem: albo lekceważymy ostrzeżenia ekspertów od klimatu, albo porzucamy ekonomiczne dogmaty, wybierają bramkę numer jeden.

Ten sam raport FOR-u, który zawiera nieprawdziwe informacje na temat naturalnych przyczyn zmiany klimatu, straszy czytelników nadmiernymi regulacjami unijnymi.

Podobnie jest ze stanowiskiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich. Nonszalanckim stwierdzeniom, że wzrost gospodarczy nie jest ograniczany przez prawa fizyki, towarzyszą ostrzeżenia przed ingerowaniem w mechanizmy rynkowe.

W 1994 roku Nordhaus poprosił ekspertów z różnych dziedzin o oszacowanie, jak ich zdaniem różne poziomy ocieplenia klimatu wpłyną na PKB. Jak przyznał sam Nordhaus, przedstawiciele nauk przyrodniczych przewidywali dwudziesto-, a nawet trzydziestokrotnie większe skutki negatywne zmiany klimatu niż ekonomiści głównego nurtu. Jak zareagował Nordhaus na tę różnicę zdań? W następnym badaniu uwzględnił już tylko opinie ekonomistów.

W 1983 roku Narodowa Akademia Nauk z USA opublikowała raport na temat zmiany klimatu. Część napisana przez przedstawicieli nauk przyrodniczych zawierała ostrzeżenia na temat dramatycznych skutków dalszego spalania paliw kopalnych. Ekonomiści natomiast opowiadali się przeciw zdecydowanym działaniom, uważając, że konsekwencje zmiany klimatu wcale nie będą tak poważne.

Przemysł paliwowy czasem wprost zwracał się do wybranych ekonomistów, by ci dostarczyli im odpowiednich danych, czyli takich, które zaniżyło ryzyka związane z ocieplającym się klimatem

Nie, wolny rynek nie uratuje planety. Rzekome „prawa” ekonomii przegrają z prawami fizyki

Źródło
Opublikowano: 2022-01-01 10:28:37

Najlepszą książką, jaką przeczytałem w 2021 roku, jest „Listowieść” Richarda Pow

Tomasz Markiewka:


Najlepszą książką, jaką przeczytałem w 2021 roku, jest „Listowieść” Richarda Powersa. Nie chodzi mi tylko o „najlepszą powieść”, ale książkę w ogóle.

Powers lubi powtarzać, że są trzy rodzaje konfliktów w literaturze. 1. Konflikt wewnętrzny, gdy bohaterowie zmagają się ze swoimi traumami, ograniczeniami, przesądami. 2. Konflikt polityczny, gdy stają przeciwko osobom wyznającym inne wartości. 3. Konflikt między człowiekiem i światem pozaludzkim. Jego zdaniem wiele tradycyjnych opowieści, np. mitów, dotyczyło tego ostatniego tematu, ale w ostatnich dekadach literatura przerzuciła się mocno na pierwszy typ opowieści. „Listowieść” jest próbą przesunięcia akcentu z powrotem na narrację numer trzy.

To książka o napiętych relacjach między ludźmi i drzewami. Jedną z jej największych zalet jest to, że przyznaje ona sprawczość obu tym bohaterom. Sprawczy są ludzie, ale sprawcze są także drzewa – obserwujemy świat z perspektywy jednych i drugich. Powersowi udało się to bez uciekania do technik w rodzaju: drzewa wstają niczym Enty, zaczynają mówić, chodzić po świecie i dosłownie biją się z ludźmi (choć, jak przyznaje, Enty z „Władcy Pierścieni” były dla niego inspiracją).

Kiedy czytałem tę książkę, cały czas z tyłu głowy miałem refleksje Amitava Ghosha, hindusko-bengalskiego pisarza. Jego zdaniem współczesna kultura ma problem z takimi tematami jak kryzys klimatyczny, bo nie da się ich opowiedzieć dobrze w trybie indywidualistycznym, do którego jesteśmy najbardziej przyzwyczajeni. Potrzebna jest narracja, która skupia się na zbiorowości – która oddaje złożone interakcje między różnymi aktorami, nie tylko ludzkimi.

„Listowieść” robi to świetnie.

To jest też książka o nieadekwatności naszego języka, naszych przyzwyczajeń i strategii radzenia sobie ze światem do czasów kryzysu środowiskowego. Kolejna rzecz, która ciągle mi się nasuwała w trakcie lektury, to pomysły niektórych ekonomistów, by traktować naturę jako jeszcze jeden element obiegu rynkowego, tyle że wyjątkowo drogi. Skoro mechanizmy rynkowe niszczyły do tej pory przyrodę, bo była ona w pewnym sensie dla nich niewidzialna, to przylepmy cenę do każdej rzeki, każdego lasu, każdego zagrożonego gatunku i traktujmy je jako kolejny rodzaj aktywów finansowych. To jest podejście typu: mechanizmy rynkowe mają niepożądane skutki uboczne, więc w celu rozwiązania tego problemu wprowadźmy jeszcze więcej mechanizmów rynkowych.

Powers proponuje odwrotny kierunek. Zamiast wciskać całą przyrodę w ciasne ramy kalkulacji ekonomicznych, uczmy się słów, opowieści, języków, które wychodzą poza takie kategorie. Które nie traktują wszystkiego jako bardziej lub mniej cennego towaru. Ścieżka proponowana przez Powersa jest trudniejsza, ale moim zdaniem też znacznie mądrzejsza, a na pewno warta poznania.

Źródło
Opublikowano: 2021-12-31 12:21:51

Być może najciekawsze w „Don’t Look Up” są dyskusje i polemiki, które wywołuje t

Tomasz Markiewka:


Być może najciekawsze w „Don’t Look Up” są dyskusje i polemiki, które wywołuje ten film. Ja tylko krótko z głosem polemicznym wobec wpisu Tomasza Stawiszyńskiego, który uznał film za słabą metaforę naszych problemów z kryzysem klimatycznym.

Jednym z zarzutów Stawiszyńskiego jest to, że wbrew temu, co sugeruje film, naszym problemem nie jest zamykanie oczu na apokalipsę, ale nadmiar „apokaliptyzmu”. „Tymczasem klimatolodzy zgadzają się co do tego, że dyskurs apokaliptyczny jest w odniesieniu do kwestii katastrofy klimatycznej po prostu przeciwskuteczny” – pisze Stawiszyński.

To zdanie mnie uderzyło, bo trochę tekstów klimatologów w ostatnich latach czytałem, z kilkoma nawet rozmawiałem i zazwyczaj nie spotykałem się z opinią, że mamy nadmiar apokaliptyzmu. Przeważało raczej zdanie, że ludzie, a nade wszystko politycy, media i firmy paliwowe, nadal lekceważą skalę ryzyka klimatycznego. „Można panikować” – głosi tytuł filmu o Szymonie Malinowskim, fizyku atmosfery. „Będą lokalne końce świata” – mówił mi Marcin Popkiewicz, fizyk i popularyzator nauki, w rozmowie dla „Dwutygodnika”.

Nawet w odniesieniu do samego „Don’t Look Up” wielu klimatologów mówi: jest tak, jak pokazują twórcy filmu. Peter Kalmus, amerykański klimatolog pracujący dla NASA, napisał w „Guardianie”: „Jako klimatolog robiący wszystko, co w mojej mocy, aby obudzić ludzi i uniknąć zniszczenia planety, uważam, że to najtrafniejszy film o przerażającym braku reakcji społeczeństwa na załamanie klimatu, jaki widziałem”.

Skąd więc ta pewność, że klimatolodzy uważają dyskurs apokaliptyczny za przeciwskuteczny?

Stawiszyński nie podaje przykładu, przywołuje za to książkę Michaela Schellenbergera „Apocalypse Never”. Ale Schellenberger nie jest klimatologiem, raczej dziennikarzem czy pisarzem środowiskowym i przedstawicielem nurtu zwanego ekomodernizmem (mówiąc najogólniej, chodzi o pogląd, że zbawi nas rozwój techniczny). I choć Stawiszyński nazywa jego książkę znakomitą, to wzbudziła ona spore kontrowersje. Peter H. Gleick, hydroklimatolog, napisał bardzo krytyczną recenzję, w której oskarżył Schellenbergera o wybiórcze stosowanie danych, argumenty ad hominem, błędy logiczne i nadmierną emocjonalność. Kiedy Schellenberger opublikował artykuł w „Forbesie”, gdzie streszczał tezy ze swojej książki, sześcioro naukowców oceniło jego wiarygodność. Wnioski? „Autor miesza trafne i nietrafne stwierdzenia na poparcie wprowadzającej w błąd i nadmiernie uproszczonej argumentacji dotyczącej zmiany klimatu”.

Innymi słowy, Schellenberger nie jest najlepszym przykładem tego, czy klimatolodzy zgadzają się w jakiejś kwestii. Nie mówię, że nie ma klimatologów podzielających stanowisko o przeciwskuteczności apokaliptycznego języka (zresztą to jest dosyć rozmyta kategoria, mogąca znaczyć różne rzeczy), chodzi mi tylko o to, że zdania są co najmniej podzielone.

Piszę o tym wszystkim, bo choć podzielam wiele tez Stawiszyńskiego – na przykład o złożonym, systemowym charakterze kryzysu klimatycznego – to nie zgadzam się z jego wnioskami, szczególnie wtedy, gdy przeciwstawia „emocjonalne uniesienia” apokaliptyków „racjonalnej rozmowie”. Sama ta opozycja jest dla mnie problematyczna, bo jak widać pozornie racjonalny Schellenberger też potrafi podporządkować swoje argumenty emocjonalnej tezie, że aktywiści klimatyczni szkodzą sprawie.

Przyznaję, że za tym wszystkim, co piszę, stoi obawa, że zarzuty o „emocjonalność” i nawoływania do „racjonalnej rozmowy” stały się jeszcze jednym wybiegiem do opóźniania walki z zagrożeniem klimatycznym. To nie jest zarzut wobec Stawiszyńskiego, ale pewnych środowisk, które chętnie sięgają po taki język. Ci sami ludzie, którzy jeszcze kilka lat temu pisali, że globalne ocieplenie to efekt naturalnych przyczyn (jak eksperci z FOR-u), dziś przerzucili się na mówienie: ok, to człowiek, ale bez alarmizmu, bez emocjonalnych dzieci!

Pisałem już wielokrotnie, że największy plan inwestycji klimatycznych w historii USA został zablokowany przez senatora Joe Manchina, który bardzo lubi stylizować się na racjonalnego pana, wiecie, takiego, co to nie bierze udziału w wojnach tożsamościowych, tylko szuka porozumienia ponad podziałami. Zapewne bez znaczenia jest to, że prywatnie zarabia 500 tysięcy dolarów rocznie na udziałach w firmie węglowej i jest sponsorowany przez przemysł paliwowy.

Tego typu przykłady nasuwają mi myśl, że to nie nadmiar emocji ani niedomiar „racjonalnej rozmowy” jest naszym problemem, ale potężne grupy interesów blokujące już od kilkudziesięciu lat potrzebne reformy.

Źródło
Opublikowano: 2021-12-30 18:39:01

Jak miliarderzy ukradli nam postęp

Tomasz Markiewka:


Amazon to jedna z tych firm, które szczycą się swoją innowacyjnością. W podtrzymaniu tej reputacji pomagają często media. W internecie znajdziecie całe mnóstwo tekstów wychwalających postępowość firmy Jeffa Bezosa. Na przykład artykuły o innowacjach, dzięki którym Amazon „zmienił świat” – od usługi Prime po Alexę. Albo poradniki, jak uczyć się innowacyjności od Amazona. Niektórzy przyznają Amazonowi tytuł innowatorów roku. Sam Bezos włączył się zaś do wyścigu kosmicznego miliarderów, co – jak przekonuje „Forbes” – ma wspomóc rozwój ludzkości.

Czy za tą otoczką innowacyjności nie kryją się jednak rozwiązania stare jak kapitalizm?

Tak uważa choćby Sarah Jaffe, autorka książki Work Won’t Love You Back, czyli „Jeśli kochasz swoją pracę, to bez wzajemności”. Jak pisze, u podstaw modelu biznesowego Amazona leżą nie jakieś nowatorskie rozwiązania czy technologie, ale ogromny wysiłek szeregowych pracowników.

Chodzi o to, żeby wycisnąć z pracowników każdą minutę ich czasu. Ktokolwiek śledził w ostatnich latach doniesienia na temat warunków pracy w Amazonie, wie, jak to wygląda w praktyce. Pracownicy narzekający na zbyt mało przerw w pracy i kulturę nadzoru, która sprawia, że czują się jak w więzieniu, czy kierowcy sikający do butelek – to szczególnie głośne historie z kilku ostatnich lat.

„Zysk dodatkowy, jaki można osiągnąć przez nadmierną pracę – pisał Karol Marks – wydaje się wielu fabrykantom tak wielką pokusą, że nie mogą się jej oprzeć”. Marks nazywał to „drobnymi kradzieżami” kapitału. Nawet wyrwanie pracownikom kilku minut z przerwy na posiłek, jeśli tylko ten proceder odbywa się regularnie i na dużą skalę, przynosi wymierne zyski.

Ten opis XIX-wiecznego kapitalizmu niepokojąco przypomina praktyki obecnych „innowatorów”.

Jak miliarderzy ukradli nam postęp

Źródło
Opublikowano: 2021-12-28 08:23:41

„Chcecie ocalić ziemię?” – pyta amerykański publicysta Thomas L. Friedman. Jest

Tomasz Markiewka:


„Chcecie ocalić ziemię?” – pyta amerykański publicysta Thomas L. Friedman. Jest sposób: „Potrzebujemy więcej Elona Muska”. To tytuł jego tekstu. W środku przeczytacie, że to „Ojciec Zysk” i wspaniali innowatorzy, których ten ojciec napędza, a nie aktywiści są rozwiązaniem kryzysu klimatycznego. „W skrócie: potrzebujemy mniej Gret Thunberg, więcej Elonów Musków” – podsumowuje Friedman.

Widzę sprawę zupełne odwrotnie.

To piękne marzenie, że już za chwileczkę, już za momencik powstanie jakaś Cudna Innowacja, która upora się z kryzysem klimatycznym, a kapitalistyczna pogoń za zyskiem ocali świat. Uff, nie musieliśmy niczego zmieniać w systemie, wystarczyło po prostu więcej tego samego. Co robi człowiek, który rozpędził się tak bardzo, że zmierza na czołowe zderzenie z najbliższą przeszkodą? Oczywiście, że przyspiesza, żeby przebić ją niczym w hollywoodzkim filmie.

Powiedzmy sobie szczerze kilka rzeczy:

Innowacje są super, ale nie ma na horyzoncie takiej, która sama w sobie pozwoliłaby osiągnąć cele klimatyczne. Zostało nam góra kilkanaście lat, więc marne szanse, że się takowa pojawi. Wiara w Musków ma pozory wiary w potęgę nauki, w rzeczywistości bliżej jej do religijnych dogmatów. Bo nauka nie polega na przekonaniu, że co prawda nie ma żadnego sensownego rozwiązania, ale na pewno, na pewno coś się pojawi – i zrobią to ci genialni miliarderzy. Trzeba być osobą głęboko religijną, żeby wierzyć tak uparcie w innowacyjną moc wolnego rynku.

Wizja innowacji jako tej rzeczy, którą wytwarzają Muskowie, jest cokolwiek naiwna. Sam Musk jest napędzany miliardami dolarów z rządowej kasy. Dla mnie nie jest symbolem innowatora, tylko egocentryka, któremu woda sodowa uderzyła do głowy. Ostatnio uznał, że zorganizuje sondę twitterową na temat tego, czy powinien sprzedać część swoich udziałów w celu zapłacenia podatków. Wiecie, zwykli śmiertelnicy płacą podatki, bo takie jest prawo, ale nie Geniusz – On sam decyduje, na jakich warunkach to zrobi. Jeśli więc mowa o innowacjach, to potrzebujemy więcej rządowych inwestycji w badania i rozwój, a nie technologicznych oligarchów. Grupka amerykańskich polityków blokuje właśnie inwestycje klimatyczne, a jeden z ich argumentów brzmi, że pogłębiłyby one deficyt budżetowy. Cóż, sposobem na pokrycie kosztów podobnych planów, byłoby porządne opodatkowanie takich ludzi jak Musk.

Problem zmiany klimatu to nie jest problem techniczny, ale polityczny. Bo dotyka podstawowego pytania w polityce: jak chcemy zorganizować nasze społeczeństwa? Tego pytania nie da się obejść za pomocą innowacji. Ostatecznie wszystko będzie się rozbijało o to, co zawsze: jakie prawa stworzymy i w czyim interesie będą one działały. Takie osoby jak Thunberg są potrzebne do mobilizowania społecznej presji na rządzących, którzy te prawa uchwalają. Zgodnie ze słynnym stwierdzeniem Roosevelta: „Zgadzam się z wami, chcę to zrobić, teraz musicie mnie do tego zmusić”. Mniej Thunberg oznacza w praktyce mniej obywatelskiego zaangażowania, to zaś doprowadzi do tego, że jedyną presją, jaką będzie odczuwała władza, będzie ta wywierana przez pieniądze ludzi, którym nie opłaca się walka z kryzysem klimatycznym.

Nie ufajcie ludziom, którzy mówią wam: dajcie sobie spokój, wracajcie do domów, załatwimy ten problem w wąskim gronie władzy i geniuszy. Tak wygląda przepis na technokratyczną oligarchię, a nie ocalenie świata.

Źródło
Opublikowano: 2021-11-17 09:03:27

Nie ma wątpliwości, że media poczyniły ostatnimi czasy ogromne postępy, jeśli ch

Tomasz Markiewka:


Nie ma wątpliwości, że media poczyniły ostatnimi czasy ogromne postępy, jeśli chodzi o temat kryzysu klimatycznego. Jeszcze kilkanaście lat temu traktowały to jako kwestię marginalną, dziś wiele liczących się gazet i portali ma odrębne działy poświęcone klimatowi. Ale ten postęp ciągle natrafia na mur starych przyzwyczajeń i nieaktualnego opisu rzeczywistości.

Weźcie „New York Timesa” – mają tam naprawdę świetne teksty na temat klimatu, jedne z najlepszych. Bez owijania w bawełnę piszą, że mamy do czynienia z globalnym kryzysem, a dotychczasowe działania najbogatszych państw są dalece niewystarczające.

Tylko coś niepokojącego dzieje się, gdy NYT przeskakuje z działu „klimat” do działu „polityka”.

Pisałem już, że w Stanach Zjednoczonych toczy się debata na temat planu inwestycji prezydenta Bidena. Plan jest popierany przez większość społeczeństwa (jakieś 60% poparcia) i zdecydowaną większość Partii Demokratycznej (ponad 90%), ale brakuje głosów niektórych Demokratów. Przede wszystkim senatora Joe Manchina, który nie chce się zgodzić między innymi na inwestycje klimatyczne. On sam ma udziały w firmie węglowej.

I teraz pytanie: jak gazeta, która w dziale „klimat” pisze niemal codziennie o „katastrofie klimatycznej”, może zareagować na sytuację, gdy jeden senator w imię własnych interesów blokuje niezbędne inwestycje klimatyczne? Inwestycje popierane, przypominam raz jeszcze, przez Bidena, większość społeczeństwa i większość Partii Demokratycznej.

Jakiś tydzień temu, kiedy kandydat Partii Demokratycznej przegrał wybory na gubernatora, redakcja NYT napisała, że Demokraci przesunęli się za bardzo na lewo i pora wrócić do centrystycznej polityki. W praktyce oznaczałoby to kapitulację przed Manchinem, który jest konsekwentnie określany w mediach jako – jakżeby inaczej – „centrysta” i przedstawiciel „umiarkowanego skrzydła Partii Demokratycznej”. Redakcja pisze też, że pora wrócić do projektów budowanych ponad partyjnymi podziałami. Dokładnie tego chce również Manchin. Piękny postulat, prawda? Dopóki nie uzmysłowicie sobie, że to oznacza porzucenie przez USA jakichkolwiek ambicji klimatycznych, bo Partia Republikańska uważa, że są one szkodliwym dla kraju socjalizmem, więc nie ma mowy, by je poparła.

Mamy więc dwa NYT. W jednym walka z kryzysem klimatycznym jest priorytetem, w drugim nazbyt lewicowym pomysłem, który najlepiej porzucić w imię starego dobrego centryzmu.

Jeśli media będą wkładały odbiorcom do głowy przesłanie, że lekceważenie zagrożeń klimatycznych to przejaw „umiarkowania” i „centryzmu”, to marne są nasze szanse na uporanie się z tym problemem. Niezależnie od tego, ile słusznych działów środowiskowych te media jeszcze utworzą.

Źródło
Opublikowano: 2021-11-15 12:28:10

Przyznam, że coraz mniej lubię opowiadanie o kryzysie klimatycznym w kategoriach

Tomasz Markiewka:


Przyznam, że coraz mniej lubię opowiadanie o kryzysie klimatycznym w kategoriach „odpowiedzialności wszystkich ludzi”. Rozumiem ten skrót myślowy, rozumiem ziarno prawdy, które się za nim kryje, ale takie postawienie problemu zaciera ważne rozróżnienie.

Nie, najbiedniejsze osoby na świecie, które mają niski ślad klimatyczny, ani nawet przedstawiciele klasy średniej, nie odpowiadają za obecny kryzys tak samo jak:

– miliarderzy rozbijający się po świecie prywatnymi odrzutowcami, mający udziały w firmach paliwowych i promujący rozrzutny styl życia;

– zarządy firm paliwowych, które już kilkadziesiąt lat temu miały dostęp do wewnętrznych raportów o katastrofalnych skutkach spalania paliw kopalnych i schowały je do szuflady;

– zarządy wszystkich tych firm i organizacji, które latami sponsorowały fałszywe informacje na temat globalnego ocieplenia;

– politycy, którzy – jak pewien amerykański senator – w imię interesów własnych lub swoich sponsorów blokują inwestycje klimatyczne.

Nie lubię też bardziej wysublimowanej wersji tego stwierdzenia o zbiorowej odpowiedzialności, która głosi, że kryzys klimatyczny to „skutek uboczny kapitalizmu”.

Znowu, kryje się za tym ziarno prawdy, nawet więcej niż ziarno. Państwa kapitalistyczne, tak samo zresztą jak np. Związek Radziecki, opierały swój rozwój na spalaniu paliw kopalnych. To zaowocowało niespotykanym wcześniej dobrobytem, a jednocześnie doprowadziło do obecnego kryzysu.

Wszystko to prawda, ale… Ta wersja, tak samo jak opowieść o „odpowiedzialności wszystkich ludzi”, nie uwzględnia tego, że bilans zysków i strat kapitalistycznego rozwoju rozkłada się nierówno. I tworzy fałszywe wrażenie, że znajdujemy się w środku egzystencjalnego dylematu, który nie ma dobrego rozwiązania. Bo sugeruje, że niszczenie środowiska na tak szeroką skalę leży w ludzkiej naturze albo przynajmniej w naturze każdego systemu gospodarczego, który ma zapewnić dobrobyt.

Znowu – takie filozoficzne postawienie sprawy nie jest całkowicie fałszywe, ale zaciemnia fakt, że bardzo często na przeszkodzie potrzebnych reform nie stoi ani natura ludzka, ani konieczne prawa ekonomii, ale interesy stosunkowo wąskiego grona osób.

Nie mówię, że rozwiązanie kryzysu klimatycznego jest proste i da się to zrobić bez trudnych wyborów. Chcę jedynie powiedzieć, że gdyby nie wielkie pieniądze ładowane w blokowanie reform klimatycznych, to bylibyśmy w lepszym miejscu niż dziś – łatwiej byłaby nam usprawnić kapitalizm lub pójść kilka kroków w stronę postkapitalistycznego świata. Wracając do przykładu owego senatora – to nie natura ludzka ani konieczne prawa ekonomii blokują plan inwestycji klimatycznych w USA, ale sponsorowany przez przemysł paliwowy i mający udziały w firmie węglowej Joe Manchin.

Nie widzę powodu, aby zdejmować odpowiedzialność z takich osób i przerzucać ją na całą ludzkość.

Źródło
Opublikowano: 2021-11-03 13:15:24

Poważni panowie gotują nam katastrofę

Tomasz Markiewka:


W 2020 roku na łamach „Wall Street Journal” ukazał się manifest klimatycznego symetryzmu. Autor, Ted Nordhaus, dyrektor naukowy „ekomodernistycznego” (jak sam się określa) Breakthrough Institute, namawiał czytelników do zignorowania „fałszywej debaty” toczonej między dwiema skrajnościami:

„Z dala od nagłówków prasowych i mediów społecznościowych, w których walczą ze sobą Greta Thunberg, Donald Trump i internetowe armie „alarmistów” oraz „negacjonistów” klimatycznych, toczy się prawdziwa debata na temat klimatu w czasopismach naukowych, na konferencjach, a czasami nawet w izbach Kongresu”.

W ostatnich tygodniach mieliśmy okazję śledzić niemal na żywo, jak wygląda ta „prawdziwa debata” w salach Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Joe Biden chciał przeprowadzić przez Kongres plan inwestycji na 3,5 biliona dolarów, w którym znalazły się także inwestycje klimatyczne. Nadal zbyt małe jak na skalę wyzwania, ale i tak byłby to najambitniejszy program walki z kryzysem klimatycznym w dziejach USA.

Joe Manchinowi nie spodobał się między innymi wart 150 miliardów dolarów program wspierania „czystej energii” i zażądał jego wykreślenia.

Manchin jest typowym amerykańskim senatorem. Elegancko ubrany, wypowiada się spokojnie, bez emocji, zna na wylot waszyngtońskie konwenanse. Nie to, co „dziecinna” i „rozemocjonowana” Greta Thunberg. To jest poważny człowiek – jeden z tych „dorosłych”, którzy – jak pisze zadowolony Nordhaus – prowadzą dyskusje w Kongresie.

Jak na każdego poważnego człowieka przystało, Manchin ma silne powiązania ze światem biznesu. Posiada udziały w firmie węglowej, na których zarabia 500 tysięcy dolarów rocznie. Ponadto jego kampanie wyborcze są sponsorowane przez firmy paliwowe, na przykład od grup lobbingowych powiązanych ze spółką paliwową Exxon otrzymał 65 tysięcy dolarów. Keith McCoy, jeden z dyrektorów spółki, przechwalał się, że rozmawia z biurem Manchina każdego tygodnia.

Poważni panowie gotują nam katastrofę

Źródło
Opublikowano: 2021-10-29 12:05:48

Z każdym kolejnym tekstem Matczaka dyskusja o pracy robi się coraz głupsza. Rozu

Tomasz Markiewka:


Z każdym kolejnym tekstem Matczaka dyskusja o pracy robi się coraz głupsza. Rozumiem pokusę, by machnąć na to ręką. Ale Matczak jest zawzięcie promowany przez „Gazetę Wyborczą” i jego głupoty trafiają do tysięcy ludzi, warto więc chyba je kontrować.

Powiada Matczak: „Mam prawo mówić, że jest w Polsce problem z etosem pracy – że młodzi ludzie nie są gotowi pracować tak ciężko jak moje pokolenie. Nie jest to wyraz niezrozumienia”.

Wiecie, kiedyś ludzie byli gotowi wysyłać swoje dzieci na kilkunastogodzinną harówkę w kopalniach. Dziś nie są. Nawet taki pracuś jak Matczak. Czy to znaczy, że upadł etos pracy? A może – zaryzykujmy rewolucyjną tezę – tak wygląda postęp cywilizacyjny? Że nie trzeba ryzykować życia i zdrowia w celu zdobycia środków na utrzymanie?

Czasem mam wrażenie, że ludzie tacy jak Matczak panicznie boją się postępu – tego, że Polska może upodobnić się do najbardziej rozwiniętych krajów zachodnich, gdzie coraz częściej dyskutuje się o takich pomysłach jak czterodniowy tydzień pracy.

Ironizuje Matczak: „Jestem przekonany, że gdyby Martin Luther King Jr. i Thurgood Marshall, walczący o desegregację rasową, mieli obok siebie Zandberga, więcej by odpoczywali”.

Martin Luther King deklarował się jako zwolennik „demokratycznego socjalizmu”, krytykował kapitalizm i walczył o prawa pracownicze. Nie chcę martwić Matczaka, ale w tej dyskusji stałby on najpewniej po stronie Zandberga.

Inna sprawa, że Matczak miesza pracę zawodową z aktywizmem. I jakoś mu do głowy nie przyjdzie, że trudno pogodzić jedno z drugim. To może umknąć komuś, kto na bieżąco zajmuje się komentowaniem polityki, ale ciężko jednocześnie spędzać kilkanaście godzin w pracy i być zaangażowanym obywatelem lub obywatelką. Zaharowani ludzie nigdy nie stworzą społeczeństwa obywatelskiego.

Ubolewa Matczak: „Bolszewicy nienawidzili kułaków, bo ci mieli więcej. Rozkułaczali ich więc z majątku. Dzisiaj ich filozoficzni następcy wciąż rozkułaczają tych, którzy mają więcej. Rozkułaczają z ludzkiego szacunku, z kapitału społecznego, przez agresję słowną i potępienie”.

W sensie: kiedyś zabierano ludziom majątki i ich mordowano, a teraz kiedy Matczak napisze głupotę, to znajdą się tacy, którzy go wyśmieją, i to jest ten sam bolszewicki nurt myślenia?

Jakie to jest w ogóle wygodne podejście do świata, prawda? Gdy skomplikowane kwestie związane z nierównościami społecznymi, zasługami, wpływem pracy na zdrowie można sprowadzić do prostego „bolszewicy, bolszewicy, bolszewicy”.

Jeszcze jedno. Dla mnie najbardziej ironicznym aspektem całej tej debaty – a jednocześnie doskonałym jej podsumowaniem – jest to, że Matczak pisze tekst za tekstem o „etosie pracy”, ale najwyraźniej jest zbyt leniwy, by się do tego przygotować. Nie chce mu się sprawdzać badań na temat nierówności, nie chce mu się czytać książek o pułapkach merytokracji, nie chce mu się zajrzeć do programu partii, które krytykuje. Po co, skoro można pojechać klasycznym narzekaniem na bolszewików? A potem zainkasować za to wynagrodzenie.

Źródło
Opublikowano: 2021-10-24 11:58:32

Na Twitterze kolejna dyskusja o „szacunku do pracy”. Znowu pojawia się pochwała

Tomasz Markiewka:


Na Twitterze kolejna dyskusja o „szacunku do pracy”. Znowu pojawia się pochwała 16-godzinego dnia harówki, znowu sugestie, że każdy, kto się nie wpisuje w ten tryb, to leń, znowu stara gadka, że pracą, a nie socjałem narody się bogacą. Kilka krótkich uwag, bo pisałem już na ten temat wielokrotnie:

1. Zauważyliście, że to zawsze jest rozmowa o „szacunku do pracy”, a nie o „szacunku do ludzi pracy”? W Polsce nie brakuje osób, które harują i dostają za to śmieszne pieniądze: pielęgniarki czy ratowniczki medyczne są doskonałym przykładem. Ale jakoś ci komentatorzy polityczni, którzy najgłośniej krzyczą o szacunku do pracy, tracą zapał, gdy trzeba upomnieć się o prawa pracownicze. Trochę mi to przypomina tę odnogę prawicy, która strasznie lubi gadać o „szacunku do Polski”, ale gdy chodzi o szacunek do ludzi zamieszkujących ten kraj, to wszędzie widzi zdrajców, marksistów, ekooszołomów, itd.

2. Praca 16 godzin dziennie ma destruktywny wpływ na zdrowie. To nie przypadek, że kraje rozwinięte już dawno temu przeszły na 8-godzinny dzień pracy. Ludzie, którzy wychwalają harowanie po 16 godzin dziennie (nie mylić z ludźmi, którzy są skazani na taką pracę), to przeciwnicy postępu chcący nas zawrócić do XIX-wiecznej wersji kapitalizmu.

3. W pracy powinno chodzić o wydajność, a nie ilość. Było już kilka eksperymentów, które pokazują, że skrócenie czasu pracy nie powoduje spadku jej wydajności, czasem wręcz przeciwnie. Bo – niespodzianka, niespodzianka! – zmęczeni ludzie pracują gorzej.

4. Nie ma żadnej sprzeczności między socjałem a pracą. To tylko komuś uwięzionemu w XIX-wiecznych schematach wydaje się, że najlepszy pracownik to taki, nad którym wisi nieustanna groźba braku środków do życia. Z badań wynika raczej, że stres spowodowany brakiem bezpieczeństwa życiowego obniża nasze zdolności do dobrej pracy.

To przygnębiające, że w Polsce 2021 roku musimy wracać do kwestii, które wydawały się już rozstrzygnięte ponad 100 lat temu. I to najczęściej z powodu ludzi, którzy lubią myśleć o sobie jako „nowoczesnych”, „postępowych” i „europejskich”.

Źródło
Opublikowano: 2021-10-17 12:34:30

Mało się o tym pisze w Polsce, ale za oceanem decyduje się przyszłość naszego św

Tomasz Markiewka:


Mało się o tym pisze w Polsce, ale za oceanem decyduje się przyszłość naszego świata.

Trwają negocjacje w sprawie planu inwestycji prezydenta Bidena – Bulid Back Better. Jest tam wiele rzeczy potrzebnych Amerykanom, z perspektywy globalnej najważniejsze są jednak kwestie klimatyczne. Propozycje zawarte w planie nadal są niewystarczające, ale gdyby je przegłosowano, byłby to – jak pisze „New York Times” – największy program walki z kryzysem klimatycznym w historii USA.

To ważne nie tylko dlatego, że USA należą do największych emitentów gazów cieplarnianych na świecie. Chodzi także o to, że Stany mają władzę wytyczania ogólnoświatowych trendów. Ostatnio mieliśmy dobry przykład. Od lat mówi się o szkodliwym zjawisku „równania w dół”, jeśli chodzi o opodatkowanie korporacji. Państwa, chcąc przyciągnąć do siebie wielkie firmy, proponowały im coraz niższe stawki podatkowe, na czym ostatecznie tracili wszyscy, oprócz udziałowców i ludzi zarządzających tymi firmami. Gdy tylko USA wyraziły chęć zajęcia się problemem, niemal w ekspresowym tempie udało się ustalić minimalną stawkę 15%. Wciąż zbyt niską, ale to pokazuje, jaką siłą dysponują Stany.

Jak więc idą negocjacje w sprawie planu inwestycji Bidena? Na pozór wszystko wygląda pięknie. Amerykanie w większości go popierają, wedle jednego z badań 62% jest za, 30% przeciw. Popierają go też niemal wszyscy członkowie i członkinie Partii Demokratycznej w senacie i izbie reprezentantów.
„Niemal” jest tu słowem kluczowym. Demokraci, żeby przegłosować plan, potrzebują poparcia wszystkich swoich reprezentantów, szczególnie w senacie.

Brakuje im dwóch głosów. Sprzeciwiają się tzw. centryści – Joe Manchin i Kyrsten Sinema. „New York Times” donosi, że ten pierwszy zażądał właśnie od prezydenta wyrzucenia z planu dużej części inwestycji klimatycznych – 150 miliardów dolarów przeznaczonych na wynagradzanie firm, które zdecydują się przejść na „czystą energię”.

Niektórzy od dawna obawiali się takiego rozwoju sytuacji. Manchin ma udziały w firmie węglowej, a jego kampanie wyborcze są sponsorowane przez przemysł paliwowy.

Sytuacja jest tym bardziej dramatyczna, że to prawdopodobnie ostatnia szansa, by USA zrobiły coś na serio w sprawie klimatu. Niebawem wybory do senatu i izby reprezentantów, w których Demokraci mogą stracić większość. A Republikanie nie mają żadnej chęci przeciwdziałać kryzysowi klimatycznemu, wielu – łącznie z byłym prezydentem Trumpem – wciąż jest na etapie zaprzeczania zagrożeniu. Jeśli Amerykanie nie zrobią czegoś teraz, to następne okienko może się otworzyć dopiero za kilka, nawet kilkanaście lat. A to oznaczałoby, że wszelkie ustalenia międzynarodowe w sprawie klimatu można wrzucić do kosza.

Piszę o tym także dlatego, że wielu komentatorów politycznych ma fetysz centryzmu. Ich zdaniem nie ma nic lepszego w polityce niż unikanie „lewicowych i prawicowych skrajności”. W pewnym sensie Manchin to spełnienie centrystycznych snów. Nie popiera ani amerykańskiej prawicy, która całkowicie neguje kryzys klimatyczny, ani amerykańskiej lewicy, która słucha ostrzeżeń naukowców mówiących, że sytuacja jest dramatyczna i potrzeba natychmiastowych działań. Manchin jest pośrodku. Zgadza się, że zmiana klimatu jest problemem, ale nie zgadza się na to, by walkę z nią uczynić priorytetem.

Jeden z amerykańskich publicystów napisał nawet, że Manchin przywraca mu wiarę w politykę i jest amerykańskim bohaterem. Bo unika skrajności, bo potrafi wyciągnąć rękę do Republikanów, bo jest rozsądny i umiarkowany.

Jeśli dla kogoś najważniejszym celem polityki jest bycie w „centrum”, Manchin jest rzeczywiście bohaterem. Ale jeśli macie inne cele – powiedzmy, przeciwdziałanie globalnej katastrofie środowiskowej – to amerykański senator jest raczej symbolem politycznej bezmyślności, za którą zapłaci cały świat.

Źródło
Opublikowano: 2021-10-16 09:03:33

Ochrona klimatu jako źródło cierpień (polemika z Rafałem Wosiem)

Tomasz Markiewka:


Patrzenie na kryzys klimatyczny przez pryzmat odpowiedzialności poszczególnych krajów ma sens. Wiemy, że jedne państwa niszczyły klimat i środowisko znacznie bardziej niż inne – zarówno bezpośrednio, we własnych granicach, jak i przez eksport produkcji do krajów taniej pracy. Zarówno względy etyczne, jak i pragmatyczne przemawiają za tym, aby to właśnie te państwa były liderami zmian, by najwięcej inwestowały, najszybciej obniżały emisje, wspomagały innych.

Tylko że to jest argument przede wszystkim za odciążaniem krajów globalnego Południa, niekoniecznie zaś Polski. Bo nasz kraj w tym zestawieniu wcale nie ląduje po stronie biednych, wykorzystywanych i najmniej winnych. Jasne, daleko nam do potęg w rodzaju USA, ale z perspektywy większości państw Ameryki Południowej, Azji czy Afryki bliżej Polsce do „bogatego Zachodu” niż do krajów ubogich.

Hola, hola – powiecie – ale Polak Polakowi nierówny. Jedni rzeczywiście żyją na poziomie zbliżonym do europejskiej klasy średniej, inni może są powyżej światowej mediany, ale do dobrobytu im daleko. Emisje też są różne – w zależności od tego, czy mówimy o klasie niższej, czy wyższej.

Oczywiście! Ale żeby wyłapywać takie rzeczy, potrzebna jest perspektywa klasowa, a nie narodowa.

W przypadku takich państw jak Polska główne pytanie nie brzmi „Czy wykiwają nas Niemcy, Chińczycy bądź USA?”, lecz „Czy nasz rząd, ktokolwiek będzie w nim zasiadał, dokona transformacji energetycznej z zachowaniem zasad sprawiedliwości społecznej?”.

Kto jest na to gotowy? Strona PiS-owska wciąż ma problem z otwartym przyznaniem, że kryzys klimatyczny to egzystencjalne zagrożenie. Liberalna część opozycji woli straszyć socjalizmem niż inwestować w dobra wspólne i zasypywać nierówności społeczne. Lewica widzi problem, ale na razie nie potrafi zdobyć zaufania ani klasy niższej, ani klasy średniej, a bez tego trudno przekonać społeczeństwo do poważnych reform.

Podzielone społeczeństwo bez siły politycznej chcącej i zdolnej odpowiedzieć na kryzys klimatyczny z uwzględnieniem kwestii sprawiedliwości społecznej – to przepis na katastrofę. Na dziś to nasza wewnętrzna sytuacja polityczna jest poważniejszym zagrożeniem w kontekście kryzysu klimatycznego niż zmiany narzucane przez bogatsze kraje.

Ochrona klimatu jako źródło cierpień (polemika z Rafałem Wosiem)

Źródło
Opublikowano: 2021-10-13 11:49:39

Zauważyłem, że niektórzy z uciechą cytują pewnego australijskiego dziennikarza,

Tomasz Markiewka:


Zauważyłem, że niektórzy z uciechą cytują pewnego australijskiego dziennikarza, który rzekomo wykazał hipokryzję młodzieżowych strajków klimatycznych.

Dziennikarz oskarża protestującą młodzież, że ta niby tak troszczy się o klimat, a to przecież ona zażądała klimatyzacji w każdej szkole, to ona dojeżdża do szkół każdym możliwym transportem, to ona kupuje najdroższe ciuchy, to ona reklamuje swoje strajki przez media elektroniczne, to ona ma komputer na każdej lekcji i telewizor w każdym pokoju. Słowem, młodzież oddaje się nieokiełznanej konsumpcji, więc – cytuję – „niech się zamknie” i „nauczy faktów”.

Pomińmy absurd niektórych przykładów (dojeżdżanie do szkoły jako dowód konsumpcyjnego rozpasania – serio?). Pomińmy, że są z czterech liter wzięte (niby skąd pan dziennikarz wie, że młodzież biorąca udział w strajkach klimatycznych kupuje najdroższe ciuchy?). Pomińmy śmieszne uogólnienia i hiperbole (tak, tak, wszystkie dzieciaki, od Sydney po Niszczewice, mają komputer na każdej lekcji i telewizor w każdym pokoju).

Na najogólniejszym poziomie ten wywód opiera się na bardzo popularnym zarzucie: jak możecie protestować przeciw ocieplaniu się klimatu, skoro bierzecie udział w konsumpcji, która się do tego ocieplania przyczynia? „Ty mi dziecko nie mów, jak mam żyć, Ty żyj, jak mówisz” – podsumował Mariusz Gierej, który wrzucił przemyślenia australijskiego dziennikarza na Twittera.

Za każdym razem, gdy natrafiam na ten argument, przypomina mi się fragment książki Amitava Ghosha, pisarza z Indii. Ghosh wspomina, jak podczas pobytu w Nowym Jorku oglądał relację z tamtejszych protestów klimatycznych. W pewnym momencie dziennikarka zaczęła przepytywać jednego z uczestników, co on właściwie robi dla klimatu w swoim codziennym życiu. Czy pozbył się samochodu, czy nie jada w restauracji, itd.

„Postawa aktywisty została szybko zredukowana do oburzającej niespójności. Ta polityczno-moralna mieszanka była tak paraliżująca, że nie potrafił się zmusić do stwierdzenia oczywistości: skala zmiany klimatu jest tak duża, że indywidualne wybory nie będą miały większego znaczenia, jeśli nie zostaną podjęte zbiorowe decyzje i wspólne działania. Szczerość nie ma nic do rzeczy, gdy trzeba racjonować wodę podczas suszy, jak we współczesnej Kalifornii: to nie są sprawy, które można pozostawić indywidualnemu sumieniu”.

Zgadzam się z Ghoshem i mam wrażenie, że podobnie myśli spora część młodzieży biorąca udział w strajkach klimatycznych.

Rozwiązaniem kryzysu klimatycznego nie jest maszerowanie do szkoły na piechotę kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dziennie (sam dojeżdżałem do liceum 15 km), ale zapewnienie wszystkim niskoemisyjnego transportu zbiorowego.

Rozwiązaniem nie jest wyłączenie komputerów i powrót do glinianych tabliczek, ale walka z takimi zjawiskami, jak celowe starzenie się produktów: wymuszaniem ich częstej wymiany – bo albo się psują, albo stają niewygodne w użytkowaniu.

Rozwiązaniem nie jest wymaganie, żeby ludzie ubierali się w worki pokutne za to, że zamieszkują świat skonstruowany tak, by wiele aktywności generowało duży ślad klimatyczny, ale przebudowa tego świata.

Tak, w niektórych wypadkach oznacza to okiełznanie konsumpcyjnych pragnień. Ale nawet to wymaga systemowych rozwiązań. Na przykład uregulowania przemysłu marketingowego, który wywołuje w nas coraz to nowe pragnienia.

Rozumiem atrakcyjność wezwań, żeby zmianę świata zaczynać od siebie. Ale czasem najłatwiej zmienić siebie, zmieniając otoczenie, w jakim działamy.

Często przywołuję w tym kontekście przykład niewolnictwa. Wyobraźcie sobie, że w XIX wieku ktoś przychodzi do przeciwników niewolnictwa i mówi im: Och, niby tacy zwolennicy wolności, ale ilu z was ma lub miało niewolników? Ilu z was kupuje produkty wytwarzane na plantacjach, gdzie pracują niewolnicy? Ilu z was korzysta z dobrobytu, który zawdzięczamy pracy niewolników, hę? Pan nas nie uczy, jak żyć, panie Lincoln, pan żyj, jak mówisz.

Wymaganie od ludzi, którzy chcą zmienić jakiś system, żeby najpierw odseparowali się od tego systemu, to nierealistyczny i szkodliwy postulat. Gdybyśmy się go trzymali, to wszelki postęp społeczny byłby niemożliwy.

Źródło
Opublikowano: 2021-10-05 10:01:35

Naprawdę nie chciałem już pisać na temat Marcina Matczaka, ale co począć, gdy po

Tomasz Markiewka:


Naprawdę nie chciałem już pisać na temat Marcina Matczaka, ale co począć, gdy porusza on temat, który leży mi na sercu – nierówności społeczne.

W najnowszym tekście dla „Wyborczej” Matczak odpiera lewicową szarżę i twierdzi, że Polska to kraj egalitarny z szeroko otwartymi drzwiami dla każdej grupy społecznej. Jako dowód przedstawia krótki eksperyment: „Na zajęciach z Rawlsa zawsze robię test – proszę o podniesienie ręki studentów, którzy pochodzą z miast liczących poniżej 5 tys. mieszkańców, a następnie tych, którzy pochodzą z miast liczących powyżej 500 tys. mieszkańców. Żadne to naukowe badanie, ale fakt, że liczba rąk w obu przypadkach jest prawie równa, świadczy o tym, że drzwi do tej sali na Wydziale Prawa nie są otwarte tylko dla uprzywilejowanych”.

Ludzie złoci. Nawet nie wiem od czego zacząć. Od badań IBL, które pokazują, że wykształcenie polskich dzieci jest mocno powiązane z wykształceniem rodziców? Od badań OECD, z których wynika, że w Polsce dzieci robotników mają dużo mniejsze szanse dostać się do klasy kierowniczej niż dzieci kierowników? Albo od właśnie opublikowanych badań Brzezińskiego, Mycka i Najsztuba, które raz jeszcze potwierdzają, że mamy jedne z największych nierówności dochodowych w Europie? Może dorzucić jeszcze badania, które pokazują, że nie wystarczy dostać się na ten sam kierunek i ten sam uniwersytet, bo dzieci bogatych rodziców i tak mają potem łatwiej?

Tak, wiem, sam ostatnio przestrzegałem przed tym, że takich dyskusji nie wygrywa się, zasypując dyskutantów danymi i badaniami. Ale ja nie chcę wygrywać żadnej dyskusji z Matczakiem, nie chcę nawet z nim polemizować. Mam tylko jedną smutną refleksję.

Matczak próbuje sobie stworzyć wizerunek pogodnego, otwartego gościa z optymistycznym przesłaniem do ludzkości. Takiego, który jak wchodzi na salę wykładową, to widzi „młodych ludzi o jasnym spojrzeniu” (cytat z jego tekstu). Nie mogę się jednak powstrzymać od wrażenia, że za piękną otoczką kryje się pewien rodzaj okrucieństwa.

Michael Sandel, amerykański filozof, posługuje się metaforą przyjaciół Hioba, gdy pisze o nierównościach. Nie dość, że Hiob leżał przykuty do łóżka chorobą, to jeszcze musiał wysłuchiwać „przyjaciół”, którzy twierdzili, że to najwyraźniej jego wina.

Nie dość, że wielu Polaków nie ma równych szans, to jeszcze muszą wysłuchiwać różnych Matczaków tego świata, że przecież jest super, a jeśli coś im nie wyszło, to najwyraźniej ich wina. Każda krytyka systemu jest zaś promowaniem „dyktatury ciemniaków”.

Tak się buduje społeczeństwo pełne podziałów, złości i egoizmów, a nie jasnych spojrzeń

Źródło
Opublikowano: 2021-10-02 09:27:25

Po co nam protesty, które nie obalają PiS-u?

Tomasz Markiewka:


Kiedy zbierałem materiały do książki o gniewie, trafiłem na fragment tekstu Jerzego Baczyńskiego z 1990 roku, opublikowanego w „Polityce”. Jest on dobrym przykładem, czemu mamy w III RP taki problem ze zrozumieniem i docenieniem natury protestów społecznych:

„Rząd powinien być z nas zadowolony, zachowujemy się dokładnie tak, jak od nas oczekiwano. Mimo że płace realne spadły o ponad połowę, że dziesiątki tysięcy ludzi zwolniono z pracy, obyło się bez większych strajków, demonstracji, awantur. Nawet zagraniczni eksperci zaczynają nas chwalić za dojrzałość i determinację. Związki zawodowe siedzą jak myszy pod miotłą, rady pracownicze sprawiają wrażenie rozwiązanych. Wydaje się, że większość społeczeństwa prawidłowo odczytała to, co rząd chciał nam przekazać: kochani, nie róbcie nic, wytrzymajcie – my zajmiemy się resztą” – pisał Baczyński.

To przecież nic innego jak pochwała społecznej bierności! Tak, wiem, wiem, czasy były szczególne, trzeba było słuchać ekspertów, a bolesne reformy były konieczne – choć ludzie, którzy to dziś podkreślają, z reguły na tych reformach skorzystali i sami bolesnych wyrzeczeń nie ponosili. Skoro jednak zaczęliśmy budowę państwa od wezwań do społecznego niezaangażowania, to potem możemy mieć problem z przestawieniem wajchy. Bo społeczeństwo to nie jest automat, którym można sterować dwoma przyciskami: teraz wciskamy „nie protestuj”, a teraz „protestuj”, bo wolne sądy, konstytucja, media…

Biorąc pod uwagę ten punkt startowy, bilans protestów społecznych z ostatnich kilku lat wypada na plus. Pomijając wszystko inne, była to po prostu jedna wielka lekcja, w trakcie której polskie społeczeństwo odkrywało na nowo, że – kochani – czasem warto coś robić i wyjść na ulicę, żeby krzyknąć: dłużej już nie wytrzymamy! Jeśli wyciągniemy z tej lekcji wnioski, to nawet bez Majdanu możemy zmienić ten kraj na lepsze.

Po co nam protesty, które nie obalają PiS-u?

Źródło
Opublikowano: 2021-09-30 12:25:13

Rafał Woś opublikował tekst, w którym przestrzega przed „zieloną rewolucją” i „e

Tomasz Markiewka:


Rafał Woś opublikował tekst, w którym przestrzega przed „zieloną rewolucją” i „ekologizmem”. Pisze, że to trochę tak, jak z narzucaniem skrajnie rynkowych rozwiązań przez zachodnie mocarstwa i instytucje. Mocniejsi raz jeszcze żerują na słabszych, przekonując ich, że nie ma żadnej alternatywy. Nie neguje on zagrożeń klimatycznych, ale twierdzi, że reakcje Zachodu są za ostre, za szybkie, nie dają pola manewru poszczególnym państwom i grożą kolejną falą niesprawiedliwości społecznych. Oto dlaczego się nie zgadzam z takim postawieniem sprawy:

1. Tak jak Woś obawiam się, że to najsłabsi zapłacą najwyższą cenę, ale nie za zbyt radykalną politykę, tylko za zbyt opieszałą reakcję na kryzys klimatyczny. Zobaczcie, jak było z pandemią. Latami olewaliśmy zagrożenie i kto poniósł koszty, gdy było już za późno? Nie miliarderzy, których majątki rosły w trakcie pandemii. Zapłaciła reszta wedle zasady „im niżej stoisz na drabinie społecznej, tym większa cena”. Zachodnia klasa średnia kisiła się w domach i zastanawiała się, co zrobić z dziećmi; klasa niższa i prekariat musiała zapierdzielać z narażeniem zdrowia i życia albo traciła pracę; ludzie w biednych krajach Południa mieli to wszystko plus brak dostępu do szczepionek. Z kryzysem klimatycznym też tak będzie, już jest – fale upałów i powodzi są coraz częstsze i niestety najbardziej cierpią najbiedniejsi.

2. Woś pisze, że „ekologizm Zachodu” wkracza w „ostrą fazę”. Ciekawe, bo właśnie mieliśmy kolejny raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, z którego wynika, że nie spełnimy celu paryskiego – czyli utrzymania wzrostu temperatury poniżej 1,5 stopnia Celsjusza. Okazuje się, że żadne państwo zachodnie nie realizuje zadeklarowanych celów. To ma być ostro?

3. Woś powołuje się na Naomi Klein i jej koncepcję „doktryny szoku” – chodzi o wykorzystywanie kryzysu do forsowania rozwiązań korzystnych dla garstki najbogatszych. Nie wiem, co powiedziałaby na to sama Klein, która od lat powtarza, że działania klimatyczne są zbyt tchórzliwe, a nie zbyt ostre. Ale ok, przyjmijmy hipotezę, że polityka klimatyczna to nowa odsłona doktryny szoku. Czemu w takim razie tyle potężnych i wpływowych firm latami się przed tą polityką broniło? Czemu oprotestowywali ją twórcy oryginalnej doktryny szoku, czyli amerykańscy politycy, głównie z Partii Republikańskiej? Czemu tak mocno sprzeciwiał się jej Leszek Balcerowicz? Nagła odmiana serca i troska o słabszych? Czy może świadomość, że polityka klimatyczna – robiona na serio – jest przeciwieństwie doktryny szoku, bo zamiast masowych prywatyzacji i znoszenia regulacji wymaga inwestycji w dobra wspólne i wzięcia w karby wielki biznes?

4. Jest oczywiście prawdą, że polityka klimatyczna może być wykorzystana do walenia w najsłabszych. Raz jeszcze – moim zdaniem, im bardziej rozwinie się kryzys klimatyczny, tym większe ryzyko, że tak właśnie będzie. W chaosie, pod wpływem paniki, będą narzucane rozwiązania korzystne dla klas wyższych. Wiele osób doskonale zdaje sobie sprawę z tego ryzyka. Cały pomysł „Nowego Zielonego Ładu” – w wersji popieranej przez amerykańską lewicę – opiera się na tym, by najsłabsi nie ponosili kosztów transformacji energetycznej. Woś nie wspomina o tych osobach słowem. Kto wygra tę walkę, nie wiem, ale mam przekonanie, że to ciśnięcie takich rzeczy jak „Nowy Zielony Ład”, a nie straszenie „zieloną rewolucją” czy „zielonym kolonializmem”, daje największą szansę na sprawiedliwe zmiany.

Źródło
Opublikowano: 2021-09-28 11:50:00

Kilka słów o lotach samolotem. Ostatnio urosły one do rangi symbolu w sporze dot

Tomasz Markiewka:


Kilka słów o lotach samolotem. Ostatnio urosły one do rangi symbolu w sporze dotyczącym kryzysu klimatycznego. Jedni mówią, że loty trzeba ograniczać, bo są wysokoemisyjne, inni przestrzegają, że te ograniczenia skończą się na tym, że klasa niższa i średnia będą uziemione, a bogaci dalej będą sobie latać.

Od razu przyznam, że jestem przeciwnikiem „zielonej polityki zaciskania pasa”. Uważam, że jeśli przyjdziemy do ludzi z żądaniami ograniczeń, jeśli będziemy lekceważyli ich pragnienia, to skończy się to mniej więcej tak, jak próba podniesienia opłat za paliwo we Francji – masowymi protestami.

Jednocześnie jestem zwolennikiem ograniczenia lotów samolotowych. Z sympatią patrzę też na niektóre rozwiązania zalecane w ramach nurtu degrowth, który dąży do „celowej redukcji zużycia energii i zasobów”(definicja Jasona Hickela).

Jak to ze sobą godzę?

Podoba mi się to, jak ten problem ujmuje Marcin Popkiewicz: ludzie nie chcą latać, ludzie chcą podróżować.

Zaryzykuję tezę, że większość osób wsiada do samolotów nie z powodu uwielbienia dla nich, lecz z bardziej prozaicznych przyczyn: to najwygodniejszy (bo najtańszy i najszybszy) sposób przemieszczania się na dalekie dystanse. Na niektórych trasach (między kontynentami) tego nie przeskoczymy. Natomiast w obrębie kontynentów (nie mówiąc już o państwach) są możliwe alternatywy: szybkie połączenia pociągowe. One wcale nie musiałyby zabierać więcej czasu niż lot samolotem, jeśli uwzględnimy, że wybór samolotu oznacza też konieczność odbycia stosunkowo długiej odprawy, no i dojazdy z oraz na lotnisko. To tylko kwestia tego, czy państwa chcą inwestować pieniądze w sieć takich szybkich połączeń (a także w to, żeby były tanie). A dla klimatu byłoby lepiej, gdybyśmy używali pociągów.

Samoloty i pociągi to tylko przykład. Chodzi mi o to, że w całej tej dyskusji o klimacie i wyrzeczeniach zbyt często utożsamiamy „pragnienia” ze „sposobem realizacji tych pragnień”. Latanie samolotem to nie jest pragnienie, lecz sposób realizacji pragnienia podróżowania. I kiedy patrzę na propozycje padające w ramach degrowth, to często widzę tam nie uderzenie w najgłębsze potrzeby ludzi, ale raczej propozycję, by za pomocą systemowych zmian (czytaj: inwestycji publicznych i regulacji) zacząć realizować je w inny sposób.

Samoloty i samochody były kiedyś wspaniałymi rozwiązaniami. Dzisiaj wiemy, że pod względem środowiskowym te rozwiązania są po prostu marnotrawne. Możemy umożliwić ludziom przemieszczanie się w sposób przyjaźniejszy dla środowiska, a jednocześnie nadal wygodny.

Jasne, pociągi i inne sposoby obniżania zbiorowej konsumpcji energii oraz zasobów nie rozwiążą same z siebie kryzysu klimatycznego. Ale to można powiedzieć o każdym innym rozwiązaniu. Ani odnawialne źródła energii, ani atom, ani nowe technologie same z siebie nie załatwią sprawy. My potrzebujemy wszystkich tych rozwiązań naraz. Odrzucenie któregokolwiek z nich w obliczu tak potężnego kryzysu jest igraniem z ogniem.

Źródło
Opublikowano: 2021-09-15 16:13:16

Prawica i liberałowie umieją w walkę klas. Dlaczego lewica nie umie?

Tomasz Markiewka:

Lewica, choćby ze względu na tradycje marksistowskie, powinna doskonale czuć tę grę interesów i klas. Paradoks polega na tym, że w Polsce o wiele lepiej radzą sobie z tym prawica i liberałowie. Choć oficjalnie brzydzą się takimi pomysłami jak marksistowska „walka klas”, to chętnie tę walkę toczą (i wygrywają). PiS trafnie rozpoznał, że jego elektorat przyciągną rozwiązania takie jak 500 plus czy obniżka wieku emerytalnego. Liberałowie zaś słusznie zakładają, że spora część ich wyborców, szczególnie ta, której interesy reprezentują prywatne media, chce zachowania przywilejów podatkowych dla najzamożniejszych Polaków.

Ani jedni, ani drudzy nie wychodzą od pytania: co mówi na ten temat… Więcej

Prawica i liberałowie umieją w walkę klas. Dlaczego lewica nie umie?

Źródło
Opublikowano:

Słyszałem, że Polska jest zagrożona przez kilkadziesiąt osób na granicy z Białor

Tomasz Markiewka:

Słyszałem, że Polska jest zagrożona przez kilkadziesiąt osób na granicy z Białorusią. Tak bardzo, że potrzebny jest stan wyjątkowy. To odgrywanie fantazji o Silnej Polsce, która toczy wojnę hybrydową, zdaje się bardzo cieszyć zarówno PiS, jak i niektórych prawicowych komentatorów. Można pomachać orzełkiem, napiąć mięśnie na Twitterze, rozliczać zdrajców narodu, tego typu sprawy.

Nazwijcie mnie radykałem, ale główne zagrożenie dla Polski widzę wewnątrz naszego kraju, a nie na zewnątrz.

Może doszły was słuchy, że ratownicy medyczni składają masowo wymówienia. Jak donosi OKO.press, 31 sierpnia w Bydgoszczy postąpiło tak 84 pracowników. Takich miast jest więcej: Wrocław, Łomża, Kartuzy…

Więcej

Źródło
Opublikowano:

Adriana Rozwadowska napisała bardzo ciekawy tekst (link w komentarzu). Niby o za

Tomasz Markiewka:

Adriana Rozwadowska napisała bardzo ciekawy tekst (link w komentarzu). Niby o zarobkach piłkarzy, ale głównie o tym, jak się wypycha pewne tematy z debaty publicznej. Nie możemy dyskutować o nierównościach, o etycznym aspekcie marketingu, o ciemnych stronach kapitalizmu, bo świat „tak działa”, a każda próba podważenia tego działania to „populizm”. Rozwadowska podaje przykłady znanych dziennikarzy, którym od razu włącza się tryb „ucinania dyskusji”, gdy ktoś piśnie krytyczne słowo o sportowcach-celebrytach.

Do przykładów mogłaby dorzucić Daniela Passenta, który w reakcji na jej tekst napisał: „Ludzie, wyjmijcie ręce z cudzych kieszeni” (znaczy się: gentelmani o zarobkach ludzi bogatych nie… Więcej

Źródło
Opublikowano:

140 milionów.

Tomasz Markiewka:


140 milionów.

Tylu wedle szacunków Banku Światowego może być migrantów klimatycznych do 2050 roku, i to tylko z trzech regionów świata: Ameryki Łacińskiej, Azji Południowej i Afryki Subsaharyjskiej. Czy jest się czym martwić?

Zdaniem niektórych – nie bardzo. Dziennikarz ekonomiczny Sebastian Stodolak znalazł proste rozwiązanie. Weźcie głęboki oddech, bo jest ono iście doskonałe. Na pohybel alarmistom i pesymistom klimatycznym, którzy zapowiadają katastrofę:

„Więcej wiary w ludzi” – pisze Stodolak. I kontynuuje: „Będą masowe migracje? W porządku! Przygotujmy się na to instytucjonalnie i dostrzeżmy tego plusy: ludzie z krajów biednych o niskiej produktywności wyemigrują do krajów bogatych o wysokiej produktywności, które w dodatku cierpią na deficyt siły roboczej”.

Trudno stwierdzić, co mogłoby pójść w tym planie nie tak, prawda? Wszak żyjemy w kraju, który każdą grupę migrantów czy uchodźców wita z otwartymi ramionami. Polski rząd właśnie wysłał ekipę powitalną, żeby przyjąć kilkadziesiąt osób czekających na granicy z Białorusią.

A pamiętacie, co się działo, gdy do Europy zawitali uchodźcy z Syrii? Wszystkie kraje prześcigały się, kto przyjmie ich więcej. Europejskie społeczeństwa porzuciły wewnętrzne spory, by zjednoczyć się w chęci pomocy przybyszom. Poparcie dla antyimigranckich partii spadło niemal do zera. Na greckich wyspach zbudowaliśmy sieć wygodnych mieszkań i ośrodków szkoleniowych, żeby uchodźcy mogli nie tylko czuć się bezpiecznie, lecz czym prędzej zdobyć odpowiednie kwalifikacje zawodowe.

Wybaczcie ten sarkazm, ale coraz trudniej reagować poważnie na scenariusze i złote recepty rysowane przez „rynkowych optymistów klimatycznych”. Ludzi takich jak wspomniany Stodolak, którzy najpierw przekonywali, że globalne ocieplenie to jedna wielka ściema, a teraz uważają, że może i coś jest na rzeczy, ale od zmiany klimatu i tak gorsze są „alarmizm” i próby ingerowania w rynek.

https://krytykapolityczna.pl/swiat/wolny-rynek-nie-ocali-swiata-przed-katastrofa-klimatyczna/

Źródło
Opublikowano: 2021-08-25 08:08:15

„Dziś mija 40 lat od dnia kiedy Ronald Reagan ogłosił plan cięcia podatków. 86%

Tomasz Markiewka:


„Dziś mija 40 lat od dnia kiedy Ronald Reagan ogłosił plan cięcia podatków. 86% gospodarstw domowych awansowało do wyższej grupy zarobkowej. Przez 10 lat PKB rosło 7,3% rocznie” – pisze na Twitterze Tomasz Wróblewski, człowiek, który zwiedził większość polskich mediów: był redaktorem naczelnym „Newsweeka”, „Dziennika Gazety Prawnej”, „Rzeczpospolitej” i „Wprost”, obecnie pisuje w „Do Rzeczy”.

Z tymi danymi jest pewien problem – są całkowicie zmyślone. Za Reagana PKB rosło o 3% rocznie, czyli mniej więcej tak samo jak w latach poprzedzających słynne cięcia podatków. Dziś wiemy też, że na tych cięciach skorzystała tylko garstka najbogatszych.

Na stronie Onetu możecie z kolei przeczytać tekst będący owocem współpracy portalu z Instytutem Misesa. W środku teza, że Stany Zjednoczone mają najmniejsze nierówności na świecie. Jest ona absurdalna – USA mają nierówności na bardzo wysokim poziomie, a wśród krajów rozwiniętych są liderem pod tym względem.

Mariusz Janicki pisze na łamach „Polityki” o rosnącej świadomości, że „socjal i ideologicznie motywowana polityka podatkowa za bardzo już odrywają się od realnego wkładu pracy, indywidualnego wysiłku i właśnie sprawiedliwości społecznej”. Na jakiej podstawie tak twierdzi? Nie wiadomo. Dziwne to jednak tezy w kraju, gdzie nauczycielka płaci procentowo wyższe podatki od menadżera na samozatrudnieniu (ewenement w Unii Europejskiej), a nierówności dochodowe – jak pokazują badania Bukowskiego i Novokmeta – są niepokojąco wysokie, jedne z najwyższych w Europie.

Nie wierzę w to, że pojedynczy tekst, nie mówiąc już o tweetach, ma jakiekolwiek przełożenie na społeczeństwo. Wierzę natomiast w coś, co brytyjski dziennikarz George Monbiot nazywa „infrastrukturą perswazji”. Jeśli jakiś komunikat jest powtarzany tysiące razy, w różnych wersjach, w różnego rodzaju mediach, to wpływa na poglądy obywateli danego kraju. A straszenie socjalizmem, pieśni pochwalne na temat fundamentalizmu rynkowego Reagana, biadolenie nad rozbuchanym socjalem – to są rzeczy, które znajdziecie niemal we wszystkich polskich mediach. Od „Wyborczej” po „Do Rzeczy”.

Przyznam, że wkurza mnie, gdy przy dyskusji o podatkach, różni komentatorzy mówią „Och, Polacy nie chcą progresji”, tak jakby ta niechęć rodziła się spontanicznie w naszych głowach i nie miała nic wspólnego z ową infrastrukturą perswazji (osobiście użyłbym mocniejszego słowa niż „perswazja”, na podstawie podanych przykładów możecie domyślić się czemu). Jakoś przy innych tematach łatwiej przychodzi nam łączenie kropek. Wiemy, że propaganda rządowo-kościelna ma wpływ na stosunek czy to do uchodźców, czy do osób LGBT. Ale przy dyskusjach o kwestiach socjalnych udajemy, że kilkadziesiąt lat bombardowania określonym przekazem nie ma większego znaczenia, a Polacy po prostu czegoś chcą, albo nie chcą.

Niektórzy czasem pytają, czemu tak krytykuję tych „liberałów” (czytaj: fundamentalistów rynkowych), skoro to prawica jest teraz u władzy. Ano dlatego, że ci ludzie nigdy nie są tak naprawdę w opozycji. Nie ma znaczenia, czy rządzi PO, czy Zjednoczona Prawica – fundamentaliści rynkowi są i tam, i tam, a infrastruktura perswazji cały czas pracuje na pełnych obrotach. Na szkodę większości z nas.

Źródło
Opublikowano: 2021-08-20 09:49:18