Udzieliłem Wyborczej krótkiego wywiadu na temat upałów w mieście.

Robert Maślak:


Udzieliłem Wyborczej krótkiego wywiadu na temat upałów w mieście.
Fragment:
Karolina Kozakiewicz: – We Wrocławiu najgoręcej było chyba w poniedziałek. Stacja pomiarowa Uniwersytetu Wrocławskiego, znajdująca się nieopodal Sępolna, wskazywała późnym popołudniem 35 st. C i aż 43,6 st. C przy samym gruncie.

Dr Robert Maślak: – To zielona dzielnica, w centrum było pewnie goręcej, bo asfalt kumuluje ciepło. Wystarczą amatorskie pomiary termometrem, żeby się przekonać, jak zieleń obniża temperaturę. Mam na myśli drzewa, a nie wysuszone po koszeniu trawniki. Są też na ten temat badania naukowe. W 2016 r. w Australii analizowano temperatury na ulicach o różnym stopniu zadrzewienia. Pełne drzew miały temperatury niższe nawet o 2,1 st. C.
Mamy też badania, które były robione we Wrocławiu 20 lat temu, kiedy pola irygacyjne na Osobowicach były jeszcze nawadniane. Różnica temperatur mierzona między tym obszarem a centrum Wrocławia sięgała nawet 8 st. C.

Co ciekawe, zarówno pola irygacyjne, jak i Las Mokrzański znajdują się na zachodzie Wrocławia. To właśnie z tego kierunku jest sporo wiatrów. Szkoda, że pola nie są już nawadniane. Jeśli ziemia nie jest wysuszona, to posiada istotną funkcję ochłodzenia wysp ciepła. Równie istotne jest zachowanie korytarzy napowietrzających miasta.

K. Kozakiewicz: Nad Odrą deweloperzy budują na potęgę.

R. Maślak: – I blokują przelot powietrza. Zauważyłem, że w tych nowo budowanych osiedlach jest bardzo ciasno. Powstają zamknięte powierzchnie, czyli dodatkowe punkty grzejne na patelni miejskiej.
Jeśli bloki mieszkalne są ułożone wzdłuż głównego kierunku wiatru, to zachowujemy przepływ powietrza. Tak na przykład zbudowane jest osiedle na Popowicach. Ale jeśli deweloperzy budują w poprzek tego przepływu, upały będą doskwierać mieszkańcom jeszcze bardziej. Kiedy obserwuję miasto, to mam wrażenie, że deweloperzy próbują się wcisnąć gdzie popadnie i stąd ten chaos.

Wracając do drzew, które zasadziło miasto, niezrozumiałą też dla mnie praktyką jest rozmieszczenie ich w taki sposób, że cień nie pada na chodnik. Tak zrobiono np. na Żmigrodzkiej. A przecież rolą alei drzew jest zacienienie zarówno jezdni, jak i ciągu dla pieszych. Być może miasto chciało w ten sposób uporać się z grabieniem liści? Choć moim zdaniem oszczędności można poszukać gdzieś indziej i ograniczyć koszenie trawników.

K. Kozakiewicz: Wrocław wprowadził ekologiczne koszenie traw. Ten program nie działa?

R. Maślak: – Żółte placki zamiast trawników to bardziej problem spółdzielni mieszkaniowych. Ale ratusz mógłby elastyczniej do tego podejść i zdecydować się na koszenie tam, gdzie to konieczne, dopiero w sierpniu. Ostatnio miasto eksperymentuje z łąkami kwietnymi, ale przyrodnicy nie do końca rozumieją sens tych działań. Problem polega na tym, że wysiewamy często gatunki z Europy Zachodniej nieodpowiednie do naszych warunków.
Łąka w pierwszym roku kolorowo zakwitnie, a później będzie wymagała stałej opieki, czyli dosiewania i pilnowania. Trudno sprawić, żeby zestaw takich roślin pasował do siedliska. Za kilka lat zachowają się tylko te rośliny, które są przystosowane do gleby. Dlatego najtańszym sposobem na łąkę kwietną jest niekoszony trawnik.

K. Kozakiewicz: Ostatnio miasto inwestuje w tzw. zielone przystanki, na których pojawiają się pnącza i kwiaty. To również budzi pański sceptycyzm?

R. Maślak: – To raczej element greenwashingu, czyli pozornych działań ekologicznych, które dużo kosztują, a przynoszą bardzo mały efekt dla klimatu i przyrody. Takich nieopłacalnych przykładów jest więcej. Na ul. Żeromskiego powstały wyspy z kwietnikami. Spowalniają ruch samochodowy, co dla mieszkańców jest korzystne, ale to rozwiązanie będzie nietrwałe. Uważam, że prościej byłoby posadzić normalne drzewa.
Kolejną dobrą i wręcz darmową praktyką byłoby ograniczenie obcinania koron krzewów. Rozumiem, że trzeba przyciąć żywopłot przy drodze, bo ogranicza widoczność kierowcom i pieszym. Jednak zdarzają się tak dziwne przypadki, jak np. na placu Strzegomskim. Krzewy rosną tam daleko od chodnika, mogą mieć do trzech metrów wysokości, są zresztą schronieniem dla wróbli. A jednak regularnie je przycinają. To jeden przykład, ale jeśli połączymy to wszystko w całość, dostrzeżemy, ile można zrobić dla ochłodzenia miasta.
Całość: https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,28638751,wroclawski-przyrodnik-o-upalach-deweloperzy-funduja-nam-kolejne.html



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-07-01 13:38:19

Robert Maślak:



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-07-01 09:00:01

Kryzys na rynku polowań na niedźwiedzie. Polacy w czołówce polujących. Wojna wst

Robert Maślak:


Kryzys na rynku polowań na niedźwiedzie. Polacy w czołówce polujących. Wojna wstrzymała krwawy biznes.
Niedźwiedź brunatny od 1952 r. jest w Polsce pod ochroną, ale polscy myśliwi jeździli polować na ten gatunek głównie do Rosji. Między 2014 a 2020 r. niedźwiedzie brunatne stanowiły blisko 25% wszystkich trofeów przywożonych przez polskich myśliwych do kraju. z czego 93% z nich pochodziło z terenu Rosji. Zabili w tym czasie prawie 300 niedźwiedzi. W tej chwili, w związku z zawieszeniem lotów i innymi utrudnieniami, biznes jest w kryzysie. Rosja nie jest głównym miejsce polowań wybieranym przez Polaków poza granicami. Jeżdżą głownie do RPA, gdzie można polować na szereg gatunków (m.in. na strusia, guźca, lwa, pawiana, żyrafę), często w pobliżu nęcisk na częściowo oswojone zwierzęta podprowadzane przez asystentów. W Rosji także niedźwiedzie wabi się zwykle do padliny i wtedy zabija. Zgoda na zabicie w Rosji niedźwiedzia oferowana przez polskie biura organizujące polowania wynosi ponad 5 tys. euro
Niektóre kraje zakazały sprowadzania trofeów myśliwskich. Do Francji nie wino wwozić trofeów lwów, do Holandii blisko 200 gatunków zwierząt. Hiszpania, Belgia i Włochy zapowiedziały zmiany w prawie. Polska wciąż nie blokuje przywożenia pamiątek po krwawych jatkach.
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/polowanie-na-niedzwiedzie-krwawy-biznes-w-wojennym-kryzysie/vbm3vr5
Fot: Maślak & Sergiel, Park Narodowy Synewyr w Ukrainie.


Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-29 17:36:56

Robert Maślak:



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-27 11:55:00

Kler powinien być trzymany z daleka od dzieci. Tutaj ksiądz próbuje wybielić okr

Robert Maślak:


Kler powinien być trzymany z daleka od dzieci. Tutaj ksiądz próbuje wybielić okrucieństwo zakonnic w Jordanowie, opowiadając o swoistym safari jakie urządził innym dzieciom do tego ośrodka. Wybija się kompletny brak refleksji nad tym, że to naruszanie godności osób w ośrodku, że to doświadczenie może być za trudne dla młodzieży „zwiedzającej” ośrodek. Wreszcie zero refleksji nad tym, że jeśli ktoś nie ma kompetencji, to nie powinien zajmować się osobami chorymi. Ksiądz po prostu zabrał dzieci z oazy do ośrodka jak do zoo – żeby sobie popatrzyły na te gorsze dzieci, trzymane klatkach, przywiązywane do łóżek, a na koniec ciasteczka i herbatka. Ksiądz nie widzi przemocy, kompletnie niewłaściwego traktowania, nie przeszkadza mu klatka i sznury i cała swoista „opieka” w tym ośrodku.

Opis księdza poniżej, a tutaj podaję link do nowego reportażu Polsatu na temat tego koszmarnego miejsca. Bicie, wiązanie, zamykanie, zmuszanie, do tego fasadowe kontrole: https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2022-06-24/interwencja-zakonnice-z-jordanowa-znecaly-sie-nad-dziecmi-byly-bite-i-zamykane-w-klatkach/

A oto opis księdza:
„Wokół Domu Pomocy Społecznej w Jordanowie.
Byłem i widziałem… Daję świadectwo.
W poprzedniej parafii przez całe lata prowadziłem młodzież oazową. Moja młodzież wielokrotnie przychodziła do mnie z problemami i pytaniami o życie Kościoła, o wydarzenia, skandale, kryzysy, sensacje… Wśród tematów pojawiała się również sprawa troski o potrzebujących. Różne organizacje, stowarzyszenia, choćby WOŚP robią tyle dobrego… A Kościół? Nie widać jego działalności…
Zaproponowałem więc grupie najstarszej młodzieży pewną wycieczkę, aby zobaczyli co w praktyce robi Kościół dla potrzebujących. Pojechaliśmy do jednej z moich poprzednich parafii, gdzie znajduje się dom opieki prowadzony przez siostry zakonne. Po przekroczeniu klasztornej furty, wraz z młodzieżą odwiedzaliśmy wszystkie pokoje i sale gdzie przebywały niepełnosprawne dziewczęta. Część dzieci leży w łóżkach podłączona do aparatury, niektóre z nich przywiązane do łóżek, aby w chwili ataku nie zrobiły sobie krzywdy. Te dzieci zostały oddane siostrom, bo rodziny nie miały sił opiekować się dziećmi będącymi w takich poważnych stanach. Te dziewczęta nigdy z tych łóżek nie wstaną… Młodzież mogła te dziewczęta potrzymać za rękę, pogłaskać, przytulić. To było mocne doświadczenie.
Potem przeszliśmy do innych pomieszczeń, gdzie były dziewczęta /a właściwie nawet starsze kobiety/ niepełnosprawne intelektualnie, mające poważne zaburzenia psychiczne… Jedne przytulały się do nas z całych sił, a inne szarpały, kopały, próbowały gryźć…
Na końcu siostry poczęstowały nas herbatą i ciastkami, ale młodzież nie bardzo chciała jeść… Łzy w oczach i ból żołądka to była reakcja na wizytę w tym domu. Już nie musiałem mojej młodzieży tłumaczyć co robi Kościół wobec potrzebujących.
Wspominam tą wycieczkę z młodzieżą oazową dlatego, że ten dom opieki, który wtedy odwiedziliśmy to Dom Pomocy Społecznej w Jordanowie, gdzie od ponad siedemdziesięciu lat pracują siostry Prezentki, które opiekują się najtrudniejszymi przypadkami… To nie jest dom dla panienek z dobrych domów. To jest dom, w którym znajdują miejsce i opiekę dziewczęta, kobiety którymi nikt inny zająć się nie chce, albo już nie potrafi…
Przez siedem lat, kilka razy w miesiącu byłem w tym domu opieki. Odprawiałem nabożeństwa, spotykałem się z siostrami i świeckimi pracownikami, odwiedzałem dzieci… Widziałem metalową klatkę, w której zamykano szczególnie niebezpieczne osoby, w trosce o to, aby sobie czy innym nie zrobiły krzywdy… Widziałem dzieci przywiązane do łóżek, aby uchronić je przed wypadnięciem z łóżka i przed połamaniem… Zdarzało się, że opuszczałem ten dom będąc posiniaczony, obity, czasem ugryziony… ale zawsze z poczuciem, że dotykałem Chrystusa obecnego wśród tych najbardziej cierpiących i zapomnianych.
Kiedy tak obserwuję bezrefleksyjną nienawiść, która wylewa się wobec sióstr i wobec tego domu w Jordanowie, to stawiam sobie pytanie: czy tu naprawdę chodzi do dobro tych niepełnosprawnych dziewcząt i kobiet?
Tak jak kiedyś – oskarżeniami, które nie znalazły żadnych sądowych wyroków – udało się zniszczyć księdza Jacka Stryczka, założyciela Szlachetnej Paczki, tak teraz próbuje się zniszczyć kolejne, ciche, pokorne dzieło ludzi, którzy całe swoje życie poświęcili tym najbardziej zapomnianym.
A przecież ten dom, jak wszystkie podobne placówki stale był poddawany rożnym kontrolom. Bliscy zawsze mieli możliwość odwiedzenia swoich dzieci… Czy naprawdę chcieliby trzymać swoje niepełnosprawne dzieci w miejscu, które by pomnażało ich cierpienie? Wiele razy – ze względu, że pracowałem w tej parafii – ludzie pytali mnie, czy nie mam jakiegoś dojścia, aby można tam było umieścić ich dziecko… A miejsce zazwyczaj zwalniało się w jeden sposób i tak przesuwała się długa kolejka oczekujących.
Tak łatwo się oskarża, tak bezrefleksyjnie się wyrokuje i skazuje…
Jeśli są czy były jakieś uchybienia to może lepiej je naprawić, niż wszystko zniszczyć…
Jak bardzo chciałbym tych wszystkich, którzy tak szybko potępiają zabrać na tydzień do tego domu, aby przekonali się jak wygląda tamtejsze życie… A jest to życie, od którego większość odwraca wzrok, którego wielu unieść nigdy by nie potrafiło…
Zapewne – jeśli by wytrzymali tydzień – wyszliby z bólem brzucha i łzami w oczach…
Ks. Dariusz Głuszko


Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-27 01:05:20

Rosyjscy okupanci w Chersoniu dotkliwie pobili 70-letnią dziennikarkę Tatianę An

Robert Maślak:

Rosyjscy okupanci w Chersoniu dotkliwie pobili 70-letnią dziennikarkę Tatianę Antoniuk. Odmówiła wydania ukraińskiego paszportu podczas ewakuacji. Uszkodzili jej kręgosłup. Udało się ją uratować i zabrać do Lwowa. Tam przeszła operację 💙💛 🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦 Fot. Anton Garaszenko



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-26 02:57:16

Najnowsze info o morsie na plaży koło Mielna! Nowe zdjęcia. (EDYCJA: Mors wszedł

Robert Maślak:


Najnowsze info o morsie na plaży koło Mielna! Nowe zdjęcia. (EDYCJA: Mors wszedł do wody i odpłynął). Niestety popołudniowe obserwacje i zdjęcia morsa przynoszą pesymistyczne przypuszczenia. Mors wygląda na starego samca (może mieć nawet 40 lat), zatem może to być inny mors niż ten obserwowany na niemieckiej Rugii tydzień temu (lub Niemcy pomylili się w ocenie). Nowsze zdjęcia ujawniają, że jest wychudzony i ma kataraktę. Prawdopodobnie nie widzi. W naturze morsy rzadko wychodzą z wody i na krótko, gdy temperatura przekracza 15 st. C. Ten leżał na plaży w jednej pozycji przez cały czwartek. Bałtyk nie jest dobrym miejscem dla morsa. Optymalne temperatury dla tego gatunku mieszą się w zakresie od -20 do +10 st. C, ale radzi sobie dobrze także w niższych. Bałtyk jest ubogi w mięczaki i inne bezkręgowce, jego główny pokarm.

Jak się tu dostał, jest kwestią domysłów. Ocieplenie klimatu powoduje odrywanie się dużych fragmentów lodu, być może część drogi odbył w ten sposób. Być może wzmożona działalność militarna na płn. Atlantyku ma jakieś znaczenie. Może jakieś zaburzenia orientacji. Jeśli faktycznie mors z Rugii, z Polski i ten z Wielkiej Brytanii w zeszłego roku to trzy różne osobniki, to czy nie jest to początek jakiegoś niebezpiecznego trendu.

Mors jest pod obserwacją aktywistów. Jedyne co można teraz zrobić, to zapewnić mu spokój. Być może jest to jego ostatnie miejsce.
Próby ratowania, pomijając, że trudne do wykonania, przyniosłyby tylko więcej cierpienia.

Zdjęcia: Katarzyna Lesner. Wielkie dzięki.






Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-24 10:57:24

Pierwszy przypadek pojawienia się morsa na polskim wybrzeżu Bałtyku. Został znal

Robert Maślak:


Pierwszy przypadek pojawienia się morsa na polskim wybrzeżu Bałtyku. Został znaleziony dzisiaj rano na dzikiej plaży między Mielnem a Łazami. To prawdopodobnie ta sama młoda samica, która tydzień temu była obserwowana u wybrzeży Rugii w Niemczech. Wydaje się być zdrowa, choć lekko wychudzona. Bałtyk nie oferuje zbyt wiele pokarmu – morsy żywią się głównie małżami i skorupiakami oraz inne bezkręgowcami morskimi, czasem zjadają powoli poruszające się ryby, padlinę i foki.
Na plaży w Niemczech mors przebywał cały dzień. Aby nikt mu nie przeszkadzał, część plaży ogrodzono.

Z kolei w zeszłym roku obserwowano jednego osobnika u wybrzeży Irlandii i Wielkiej Brytanii. Mors dostał się na krze lodowej, na której zasnął, a prądy morskie zaniosły go na południe. Próbując odpoczywać, wchodził na jachty i motorówki, które swoim ciężarem zatapiał. Zdjęcia i reportaże z takich sytuacji obiegły media.

Morsy (Odobenus rosmarus) – zamieszkują Arktykę, preferują płytkie wody przybrzeżne. Często odpoczywają na krach lodowych. Ważą 400- 1500 kg. Populacja morsów w XX wieku zmniejszyła się ok. 20 razy wskutek polowań. Gdy osiągnęła tylko ok. 50 tysięcy osobników, polowania zostały ograniczone.

Zdjęcia: mors z daleka – p. Damian z Mielna, który rano odkrył morsa, mors z bliska –



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-23 16:12:25

Robert Maślak:



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-23 11:28:03

Smutna były nocne obrady Sejmu na temat społecznego projektu „Legalna aborcja”.

Robert Maślak:


Smutna były nocne obrady Sejmu na temat społecznego projektu „Legalna aborcja”. Oczywiście po fundamentalistach z PiS i Solidarnej Polski wiele się spodziewać nie można, ale że PO prawie nie było na sali, a Polska 2050 Hołowni proponuje jakieś jednoroczne panele obywatelskie, zamiast natychmiastowego poparcia. Obecnie dostęp do aborcji w Polsce jest jednym z najbardziej restrykcyjnych na świecie, ostrzejszy niż w wielu krajach muzułmańskich. Spotkałem się z opinią Ukrainek, które dziwią się, że w cywilizowanym kraju za jaki uważają Polskę, prawo jest tak nieludzkie. Pomimo kościelnej i rządowej indoktrynacji, Polacy chcą zdecydowanie normalnego prawa jakie obowiązuje w całej Europie. Ostatni sondaż pokazuje, że 61,8%. respondentów popiera liberalizację prawa aborcyjnego w Polsce, a w grupie osób 30-39 lat to aż 99%! Najmniej poparcia prawa do aborcji jest w grupie wiekowej 50-50 lat – tu poparcie wynosi 50%. Największe poparcie dla liberalizacji jest w dużych miastach 69%, ale także na wsi – 63%.
Projekt „Legalna aborcja” przewiduje prawo do przerwania ciąży do 12 tygodnia ciąży, a w przypadku uszkodzeń płodu lub gwałtu także później.

Zakaz aborcji powoduje, że wiele kobiet boi się zajść w ciążę. Sytuacja, w której w przypadku problemów z ciążą, nie można oczekiwać pomocy, gdy przetrwanie płodu jest ważniejsze niż zdrowie kobiety, nie sprzyja dzietności. Zdarzają się przypadki, gdy bogatsze Polki wyjeżdżają z Polski na czas części ciąży i porodu.

Wielki szacunek dla Aborcyjny Dream Team, który w ramach inicjatywy „Aborcja bez granic” pomaga w przerywaniu ciąży. Jak mówiła przedstawicielka organizacji w Sejmie, dzięki działaniom inicjatywy prawie 100 Polek dziennie może przerwać ciążę. Szacunek także dla innych organizacji i osób, które to robią.

Kobieta nie jest inkubatorem i jeśli chce przerwać ciążę, to to zrobi. Co trzecia kobieta w Polsce miała aborcję. Zakaz jest hipokryzją, katoliczki i partnerki prawicowych polityków wykonują aborcję, bo jak powiedział Jarosław Kaczyński „każdy średnio rozgarnięty człowiek rozumie i może sobie taką aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej”. Chodzi zatem wyłącznie o pozory, które uderzają w kobiety najbiedniejsze czy bezradne, które nie stać na wyjazd.





Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-23 08:00:00

Bliskie spotkanie z wilkiem w czasie misji bojowej jednej z jednostek ukraińskie

Robert Maślak:


Bliskie spotkanie z wilkiem w czasie misji bojowej jednej z jednostek ukraińskiej armii. Zachowuje się nietypowo. Trudno powiedzieć czy to oswojone zwierzę czy młody ciekawski osobnik.
https://24tv.ua/ru/vstretili-pobratima-v-sso-pokazali-vstrechu-s-volkom-vo-vremja-boevoj-operacii_n2041228


Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-22 21:54:36

Robert Maślak:



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-22 08:34:00

Paski ciepła pokazują zmiany temperatury w ciągu ostatnich 100 lat. Każdy pasek

Robert Maślak:


Paski ciepła pokazują zmiany temperatury w ciągu ostatnich 100 lat. Każdy pasek oznacza kolejny rok, a jego kolor – temperaturę. Barwa niebieska to lata chłodniejsze od średniej (z lat 1971-2000), czerwona – cieplejsze. Kolor bordowy to lata wyjątkowo ciepłe. Autorem projektu jest prof. Ed Hawkins. Dla różnych regionów Ziemi są dostępne na https://showyourstripes.info/
Wygląda to przerażająco, zwłaszcza Arktyka przestanie wkrótce istnieć.





Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-21 14:08:28

„– My tu widzieliśmy bezbronnych i przerażonych ludzi, którzy mieli oczy zaszczu

Robert Maślak:


„– My tu widzieliśmy bezbronnych i przerażonych ludzi, którzy mieli oczy zaszczutych zwierząt. Nikt nam nigdy nie groził, nie okradł nas. Prosi, żeby podkreślić, że nie byli jedynymi, którzy przyjmowali uchodźców do swoich domów. Jakiś czas temu zadzwoniła znajoma z Michałowa i powiedziała, że trzyma w piwnicy cztery osoby. – Dokładnie tak jak Polacy ukrywali Żydów w czasie wojny. Wprawdzie rozstrzelanie za to nie grozi, ale i tak robimy to w atmosferze strachu. W jakim świecie my żyjemy?”

20 czerwca to Światowy Dzień Uchodźcy. W cieniu wielkiej fali migracyjnej z Ukrainy pozostają ci, którzy próbują pokonać granice polsko-białoruską i ci, którzy niosą im pomoc.

„Pomagaliśmy, bo nie było innego wyjścia. Trudno tu mówić o wyborze: albo się człowieka zostawia w lesie na pewną śmierć, albo się go bierze do domu – mówi mieszkaniec strefy stanu wyjątkowego na Podlasiu.

Nie chce podać imienia ani nazwiska, choć nie robi niczego nielegalnego. Ale boi się, że i on, i jego partnerka mogliby zostać oskarżeni o przemyt ludzi, były już takie przypadki. A poza tym Straż Graniczna i policja wzięłyby ich pod lupę, nie mogliby pomagać ludziom z granicy, jak się tutaj nazywa uchodźców. A wciąż są im potrzebni.

W ostatnich tygodniach ludzi z granicy znowu jest więcej, przecinają płot z zasiekami z drutu, robią podkopy, próbując się przedostać do Polski i dalej, na Zachód. – Polacy są teraz zajęci straszną wojną na Ukrainie, ale na polsko-białoruskiej granicy też trwa dramat, wcale się nie skończył – tłumaczy mężczyzna.

Pierwsza trafiła do nich babcia, tak ją wszyscy nazywali. Potem okazało się, że jest jezydką z Iraku, ma ponad 60 lat. Początek grudnia, zima i śnieg, a ona przeszła z grupą uchodźców przez granicę. Młodsi i silniejsi poszli dalej, a ją zostawili w lesie, bo za nimi nie nadążała. Utknęła na bagnach. Na szczęście to było już niedaleko zabudowań, więc ktoś ją znalazł, wyciągnął z bagna i zaprowadził do znajomej, która mieszka na skraju wsi. Tam babcia spędziła pierwszą noc. Potem trzeba było ją przerzucić dalej, bo tamto miejsce nie było bezpieczne.

– Zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli trafi na pograniczników, to zostanie wywieziona na płot na granicy. A jak wróci na ten płot, to już tam prawdopodobnie zostanie i umrze. Nie było wyboru, naprawdę. Gdybyśmy postąpili inaczej, mielibyśmy ją na sumieniu. Że nie wyciągnęliśmy do niej ręki i przez nas zmarła. Ona była w takim złym stanie, że ledwie chodziła. Nogi miała spuchnięte, dreptała kilkadziesiąt metrów i koniec – opowiada mieszkaniec Podlasia.

– Kiedy wzięliśmy babcię do domu, myśleliśmy, że to potrwa dzień, najwyżej dwa. Wyglądało na to, że ma szansę dostać ochronę tymczasową, która wstrzymuje procedurę wydalenia z Polski. Okazało się jednak, że to nie był dzień ani dwa, tylko grubo ponad tydzień. No i co mieliśmy zrobić? Jak już babcia była w naszym domu, tkwiliśmy w tym po uszy – dodaje jego partnerka.

Na dodatek trudno się było z nią porozumieć, bo mówiła tylko w języku kurdyjskim, nawet arabskiego nie znała, angielskiego też nie. – Dlatego nie znamy jej historii, nie wiemy, czy była już wcześniej odstawiana na granicę. Dowiedzieliśmy się tylko przez tłumacza, że ma syna w Niemczech, chce do niego dotrzeć. Ona była z innego świata. Wszystko było dla niej nowe: korzystanie z łazienki, lodówki, czajnika elektrycznego. Trzeba jej było tłumaczyć, co do czego służy. Jedzenie chowała pod poduszką, zresztą wszystkie swoje rzeczy trzymała blisko siebie. Pamiętam, jak pytaliśmy ją, czego potrzebuje. Okazało się, że spódnicy, koniecznie długiej. Nie mieliśmy takich, więc jedna z koleżanek oddała jej swoją – wspomina kobieta.

O tym, jak babcia w końcu złożyła wniosek o ochronę tymczasową, nie chce opowiadać. Ale wszystko się udało, a po jakimś czasie dostali od niej wiadomość, że dotarła do syna w Niemczech. Jaka to była dla nich ulga, jaka radość, że jest bezpieczna. I wciąż pamiętają, jak im przed rozstaniem dziękowała, jak ta ponad sześćdziesięcioletnia kobieta próbowała ich całować po rękach.

Dla nich kryzys na Podlasiu zaczął się wczesną jesienią ubiegłego roku. – Wrzesień był jeszcze spokojny, nie było wielu prób przejść przez granicę, ale już w październiku było ich tyle, że nikt nie ogarniał. Na początku, kiedy Polacy widzieli uchodźców, dzwonili po Straż Graniczną, bo myśleli, że im pomoże. Szybko się jednak zorientowali, że taki telefon oznacza, że ci ludzie wylądują na granicznym płocie. Więc przestali dzwonić – opowiada mieszkaniec Podlasia.

Jego partnerka pamięta dzień, gdy po raz pierwszy znajomy zadzwonił z prośbą o pomoc. Byli akurat na imprezie, a on mówi, że pod lasem siedzi grupa uchodźców, czy mogliby przyjechać? – Podjechaliśmy, ale tam już była Straż Graniczna i policja, nie dopuścili nas do nich. Powiedzieli, że wezwali karetkę. Rzeczywiście za chwilę przyjechała, zabrali jedną kobietę – opowiada. Czuła się wtedy bezsilna, bo nic nie mogła zrobić. Patrzyła tylko z oddali, jak ci ludzie siedzą bez ruchu, wykończeni.

Jakiś czas później zadzwonił inny znajomy, że jest człowiek w lesie, nie może iść dalej. Zapytał: pomożesz? Pojechała, znalazła dwóch młodych mężczyzn, jeden był w ciężkim stanie, więc zdecydowali, że trzeba go zabrać do szpitala. A ona już wiedziała, że musi dalej pomagać.

Potem wszystko się potoczyło jak lawina. Razem z innymi mieszkańcami strefy stanu wyjątkowego stworzyli magazyn z rzeczami dla uchodźców, podzielili się zadaniami, nauczyli się, jak załatwiać sprawy formalne związane z wnioskami azylowymi czy tzw. interim measures, czyli środkiem tymczasowym, który powstrzymuje wydalenie z Polski.

– Szybko się wypalaliśmy, bo byliśmy tu sami. Do strefy stanu wyjątkowego nikt nie mógł wjechać, nikt nie mógł nam pomóc. Na psychikę siadało nam to, że byliśmy tutaj odcięci od świata. I to, że choć nie naruszamy żadnych przepisów, to Straż Graniczna i policja próbują nas zastraszyć, zniechęcić do pomagania. Te ciągłe kontrole na checkpointach, pytania, co wieziemy w bagażniku. Tyle tylko, że po jakimś czasie przestaliśmy się przejmować. Jak policjanci nas zatrzymywali, mówiliśmy, że wieziemy rzeczy dla potrzebujących. I co nam mogli zrobić? Nic. Ale strach wciąż jest – mówi mężczyzna.

W lutym przyjęli do domu kolejnych ludzi z lasu. – To było jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie, znowu zaczęło przechodzić przez granicę więcej uchodźców. Koleżanka zadzwoniła, że spotkała trzy osoby. Zmarznięte, przerażone, przemoczone, bo wtedy akurat strasznie lało. No więc przyprowadziła je do naszego domu, za chwilę kolejne trzy i następne dwie. I ledwie się spostrzegliśmy, już było ich w sumie 14 – wspomina mężczyzna.

Tej nocy, kiedy się pojawili, miał pociąg do Gdyni, a jego partnerka była w pracy. Kiedy weszła rano do domu, zobaczyła tłum kotłujących się ludzi, głównie mężczyzn, przebierających się, jedzących, rozmawiających. Pomyślała wtedy: matko boska, ja nie dam rady. I zaraz potem: muszę dać radę. Oni już są w moim domu, muszę im pomóc.

Pamięta ten widok: wszędzie leżały buty, stare ubrania i wory z nowymi, bo koleżanka, która ich przyprowadziła, zdążyła już zmobilizować znajomych. Ktoś przygotował pościel, ktoś inny pojechał do magazynu po ubrania. Bo te ubrania, które ludzie z lasu mieli na sobie, były na wpół zgniłe, strasznie śmierdziały.

– Na szczęście dziewczyny, które były akurat w domach, zajęły się gotowaniem, bo trzeba było tych ludzi nakarmić. Nie można było po prostu pojechać na zakupy. Gdybym nagle kupiła klika bochenków chleba i parę kurczaków, to od razu by było wiadomo, że coś się u nas dzieje. Trudno udawać, że jest impreza, bo przecież mieszkamy w strefie stanu wyjątkowego, nie można do nas przyjeżdżać – opowiada.

Wszystko trzeba było robić w tajemnicy: wchodzić do domu boczną furtką, żeby ludzie nie widzieli, że tyle osób się kręci, nie włączać światła na piętrze.

– A ludzie z lasu nie rozumieli, o co chodzi z tą strefą. Niby wiedzieli, że nie wolno wychodzić z domu, ale trzeba im było zabrać telefony, bo mieli pomysły, by wysyłać pinezki ze swoją lokalizacją. Jeden z mężczyzn chciał dzwonić i trzeba mu było tłumaczyć, że to niebezpieczne, może zostać namierzony – wspomina kobieta.

Musiała być twarda, wydawać polecenia. – To były trzy różne grupy i zaczęły się między nimi jakieś dyskusje, gierki, kłótnie. Trudno było nad tym zapanować. Oni nie chcieli starać się o azyl w Polsce, niemal każdy miał kogoś na Zachodzie, w Niemczech, w Szwecji, i tam chciał dotrzeć. Wyobrazili sobie, że ktoś po nich przyjedzie i zawiezie do Niemiec. Pokazywali nam na mapie trasy, jakieś bezpieczne wyjścia z puszczy. Ktoś im narysował, że przejdą półtora kilometra i tam będzie na nich czekał samochód. Ale ta trasa wiodła wprost na policyjny checkpoint. Trzeba im było tłumaczyć, że nie przejdą, bo tam jest policja. Tamtą trasą też nie, bo rzeka. Będą musieli przejść kilka kilometrów przez las, nocą, żeby wyjść ze strefy – opowiada.

Największym problemem było to, jak uchodźcy mają dotrzeć ze strefy stanu wyjątkowego w takie miejsce, skąd mogliby rozpocząć pieszą wędrówkę do punktu, w którym ktoś będzie na nich czekał i zawiezie dalej, na Zachód. Oboje okropnie się wtedy bali, że coś się nie uda, uchodźcy zostaną zatrzymani i opowiedzą, kto im pomagał.

– I że trafimy na jakiegoś prokuratora, który zechce się wykazać i nas zamęczy. Będzie nam udowadniał, że przemycaliśmy ludzi. Pewnie sąd nas nie skaże, ale będziemy miesiącami ciągani na przesłuchania, będzie z tego mnóstwo stresu. Nie chcieliśmy tego. Za udzielanie pomocy przy przekraczaniu granicy grożą trzy lata więzienia, ale za nieudzielenie pomocy komuś, kto jej potrzebuje, też są trzy lata. Jaki to jest wybór? – mówią dzisiaj.

Wypuszczali tych ludzi z domu przez dwie kolejne noce po dwie osoby, żeby jak najmniej rzucali się w oczy. – Drugiej nocy byłam z koleżanką. Kiedy ostatni uchodźca pożegnał się i wszedł do lasu, najpierw wpadłyśmy w dygot, a potem poczułyśmy wielką ulgę, że się udało. Poszli sobie. Wróciłam do domu i nie wiedziałam, w co ręce włożyć. To była demolka. I wtedy sobie pomyślałam, że na dłuższy czas mam dosyć pomagania – mówi ona.

Nie wie, jak dałaby radę, gdyby nie ci wszyscy ludzie wokół, którzy wtedy rzucili się do gotowania, prania, zakupów. Jeszcze wiele dni po wywózce, jak nazwali całą akcję, robiła zdjęcia garnków i patelni i wysyłała do znajomych z pytaniem, czy rozpoznają swoje.

Jakiś czas później dowiedzieli się, że ponad połowie z tych ludzi udało się dotrzeć na Zachód. Reszta wróciła na granicę. – Tak to jest z tym pomaganiem na Podlasiu: próbujesz w taki czy inny sposób i wszystko idzie na marne, bo ten człowiek wraca na płot – mówi z goryczą on.

Czasem robi sobie wyliczenia: budowa muru w Puszczy Białowieskiej ma kosztować ponad półtora miliarda złotych, do tego ściągnięcie tu wojska, policji, zamknięcie firm i biznesów ludzi żyjących z turystyki. A wszystko po to, by partia rządząca zyskała kilka punktów procentowych w sondażach pod hasłem obrony polskich granic. I dzięki straszeniu uchodźcami, którzy rzekomo przyjdą i zgwałcą polskie kobiety?

– My tu widzieliśmy bezbronnych i przerażonych ludzi, którzy mieli oczy zaszczutych zwierząt. Nikt nam nigdy nie groził, nie okradł nas. Baliśmy się tego, a nic się nie stało. Można było uniknąć wielu ludzkich dramatów, a my mogliśmy się jako naród zachować godnie i być z tego dumni – mężczyzna znowu wzdycha.

Kiedy zaczynali pomagać, bali się też sąsiadów. Ukrywali przed nimi to, co robią. Ale na szczęście nie spełniły się obawy, że sąsiad będzie donosił na sąsiada, że go wyda Straży Granicznej albo policji. – Ludzie tutaj zachowywali się przyzwoicie. A przecież musieli wiedzieć, co robimy – mówią.

Ostatnio przyszło im do głowy, że jak zmieni się władza, to się okaże, że przecież można było uchodźcom pomagać. Nikt nikomu tego nie utrudniał. – A z pomagających zrobią sprawiedliwych, wytrą sobie nimi gęby, będą się chwalić, że wszyscy Polacy tacy byli. Polacy zawsze pomagają. A może jeszcze nas oskarżą, że my tu, na Podlasiu, odwracaliśmy oczy od tragedii. I gdyby oni wiedzieli, co się tutaj dzieje, toby wszyscy przyjechali pomagać – ironizują.

Bardzo ich boli to, że polscy pogranicznicy nie traktują uchodźców jak ludzi. – Zamiast przyjąć ich deklarację, że ubiegają się o azyl w Polsce, przepychają ich na białoruską stronę. Na pewną śmierć – mówią.

Boli ich też to, że Polacy nie chcieli słuchać, co się na Podlasiu dzieje. Nadal nie chcą. – Bo musieliby zająć stanowisko, gdyby przyjęli do wiadomości, jakie straszne rzeczy tutaj się działy. O wiele łatwiej jest to wyprzeć i mieć święty spokój. Polacy wyparli Podlasie. Trudno jest wytłumaczyć ludziom z innych rejonów kraju, co tu się dzieje, co my robimy. Nie rozumieją, że tutaj uchodźcy umierają. Myślą, że to się już dawno skończyło. Ale dla nas, żyjących w tej matni, ludzie z lasu to bardzo realna sprawa – tłumaczą.

Te ostatnie lata były dla nich bardzo trudne. – Najpierw była wycinka drzew w puszczy, potem pandemia, myśleliśmy, że już nic gorszego nie może nas spotkać, a tu spadł na nas kryzys humanitarny. I wszystkie te ludzkie dramaty i nasz strach, czy jakiś człowiek przeżyje, czy nie. Czy ma szanse na inne życie w kraju, do którego tak desperacko próbuje się dostać – mówi on.

Najgorsze, że nie wiedzą, kiedy to się skończy. Wiadomo, że do końca czerwca strefa stanu wyjątkowego będzie zamknięta, ale nic nie wskazuje, że potem ją otworzą. Nie mają nadziei, że życie wróci do normalności, dlatego starają się nie myśleć o przyszłości. Wolą się cieszyć małymi rzeczami: tym, że rodzina z dziećmi, której udało się dotrzeć do Niemiec, dostała szansę na lepsze życie. I że ich babcia jest bezpieczna u swojego syna.

– Kiedy pokazaliśmy koledze, który się na początku nią zajmował, zdjęcie, jakie przysłała, to się popłakał. Patrzył, jak siedzi otoczona krewnymi, w chustce na głowie i długiej spódnicy, i płakał z radości, że jej się udało – opowiadają.

Oni też płakali.

Kryzys migracyjny na wschodnich granicach Unii Europejskiej zaczął się latem 2021 roku. Przywódca Białorusi Aleksandr Łukaszenka zaczął wówczas sprowadzać do siebie uchodźców i imigrantów z Iraku, Afganistanu, Syrii. Przyznał, że wspieranie nielegalnej migracji do Unii to element odpowiedzi na sankcje wymierzone w Białoruś.

Większość z tych osób była przekonywana w swoich krajach, że przylot do Europy jest pewnym sposobem dostania się do Niemiec i innych państw Zachodu. Ludzie sprzedawali całe majątki i przylatywali do Mińska zorganizowanymi przez państwo Łukaszenki transportami. Na procederze zarabiają zarówno władze Białorusi, jak i wielu wyspecjalizowanych przemytników, którzy różnymi metodami próbują przeprowadzić migrantów do Polski, Litwy i Łotwy. Wszystkie te kraje blokują możliwość dostania się uchodźców do UE z terenów Białorusi.”

Fragment z tekstu: https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/uchodzcy-kim-sa-ludzie-ukrywajacy-uchodzcow-z-polsko-bialoruskiej-granicy/3kdw8fk

Fot. Eliza Kowalczyk


Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-20 23:54:29

Miło patrzeć jak przyroda wdziera się to betonozo- żwirozy nowego osiedla. Beton

Robert Maślak:


Miło patrzeć jak przyroda wdziera się to betonozo- żwirozy nowego osiedla. Beton, żwir, ozdobne trawy na włókninie to obowiązujący trend w zagospodarowaniu. Daje to efekt przyrodniczej pustyni i wysokiej temperatury w lecie.
Na prywatnych posesjach, często też się zdarza, dochodzą jeszcze trawniki przycinane co tydzień, tuje wzdłuż ogrodzenia i koniecznie okaleczone krzewy w kształcie kul i innych form geometrycznych. Efekt jest ten sam, biologiczna pustynia.
A potem się dziwimy skąd 40% spadek liczby owadów I wielu innych zwierząt, skąd kryzys bioróżnorodności i katastrofa klimatyczna.

Osiedle Popowice Port, Wrocław.





Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-20 13:50:38

To się w głowie nie mieści. Jaguar Land Rover Gazda Group Katowice organizuje ro

Robert Maślak:


To się w głowie nie mieści. Jaguar Land Rover Gazda Group Katowice organizuje road show na drogach publicznych z hasłem „Niech nas widzą i słyszą” i #pozytywneemocje, po czym, gdy dochodzi do niebezpiecznej sytuacji, umywa ręce. Skoro chcą, aby było o nich słychać, to dajmy im szansę. Moim zdaniem, jeśli policja nie podejmie działań, to będzie skandaliczne. Nie chodzi tylko o kierowcę, który zmusił rowerzystów do rzucenia się w krzaki, ale też organizatora. Jeśli dealera marek luksusowych nie stać wynajęcie toru, to może niech sprzedaje marchewkę. Moim zdaniem mogło dojść nie tylko do wypadku, ale do katastrofy z wieloma ofiarami.

#patosamochodziarze #patodealerzy






Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-19 17:13:26

Miasta wydają pieniądze na ciągle koszenie trawników i zakładanie tzw. łąk kwiet

Robert Maślak:


Miasta wydają pieniądze na ciągle koszenie trawników i zakładanie tzw. łąk kwietnych. Kasa krąży, firmy zarabiają, a płacą mieszkańcy. Wysiewane gatunki często nie są dostosowane do siedliska i o taką łąkę trzeba stale dbać lub szybko kończy ona żywot. Zanim wydasz pieniądze na łąkę kwietną, sprawdź, czy nie utworzy się ona sama, za darmo.
Często łąki kwietne i to dostosowane do warunków, rosną całkowicie za darmo i są praktycznie bezobsługowe. Wystarczy zaprzestać obsesyjnego koszenia – robić to raz w roku w drugiej połowie lata lub jesienią. Trzeba podkreślić, że często koszony trawnik jest biologicznie niemal martwy, mało przydatny dla owadów i innych zwierząt, których liczebność bardzo spada. Czasem zakładane łąki się sprawdzają, tu pozytywny przykład z Wrocławia. Łąka kwietna na pl. Społecznym przed Urzędem Wojewódzkim co prawda zostala założona specjalnie, ale żyje już wlasnym życiem i stopniowo zmienia swój skład gatunkowy na bardziej dostosowany do siedliska. Wszystko bez kosztów na koszenie i bez zatrucia powietrza. Mnóstwo gatunków, od żółtej dziewanny przez czerwone maki i białe krwawniki, do niebieskiego żmijowca i jasieńca. Moja rada dla miast, spółdzielni i wszystkich, którzy chcą mieć łąki kwietne – nie wykaszajcie trawników przez 1-3 lata, zobaczcie czy łąka kwietna nie utworzyła się tam sama i dopiero wtedy decydujcie o dosianiu tam łąkowych roślin kwitnących.






Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-19 12:41:23

Robert Maślak:



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-19 09:52:01

Rzeczywistość przeskoczyła wyobraźnię – 8 lat temu we francuskiej telewizji ukaz

Robert Maślak:


Rzeczywistość przeskoczyła wyobraźnię – 8 lat temu we francuskiej telewizji ukazała się reklama społeczna w formie prognozy pogody na lato 2050 r. – ostrzegała, że tak będzie, jeśli człowiek nie zatrzyma katastrofy klimatycznej (obrazek z mapą). Tymczasem aktualna prognoza pogody dla Francji wygląda już tak jak na drugim obrazku, a do 2050 mamy jeszcze 28 lat. A co robi naga małpa? Spala węgiel, ropę i drewno, wyrzuca prawie 25% wytworzonego jedzenia, które przewozi tysiącami tirów zamiast pociągami, zjada coraz więcej mięsa i marzy, żeby liczba lotów samolotowych była taka jak przed pandemią. To zachowanie ćmy szukającej światła w blasku świecy. Nie zasługujemy na ten świat.



Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-17 12:15:35

W drodze do państwa religijnego. Koniety do garów, należy zakazać rozwodów, anty

Robert Maślak:


W drodze do państwa religijnego. Koniety do garów, należy zakazać rozwodów, antykoncepcji, aborcji, „deprawacji dzieci i młodzieży” postuluje ksiądz Bielawny. Wisienką na torcie jest pochwała reżimu Franco, który wymordował ponad 300 tysięcy Hiszpanów. W zasadzie nie powinno to dziwić, kler aktywnie w tym uczestniczył i przyjmował dzieci odbierane wówczas rodzicom do swoich placówek. Handel objął setki tysięcy dzieci, którym fałszowano metryki urodzenia.

https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-ks-prof-k-bielawny-o-koniecznosci-odpowiedzi-na-kryzys-rodziny-nalezy-zakazac-rozwodow-zwiazkow-cywilnych-antykoncepcji-aborcji-i-deprawacji-dzieci-i-mlodziezy/


Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-16 14:23:28

Według dyrektora warszawskiego zoo prowadzę wieloletnią krucjatę przeciwko tej p

Robert Maślak:


Według dyrektora warszawskiego zoo prowadzę wieloletnią krucjatę przeciwko tej placówce. Tak nazywa domaganie się właściwych warunków dla niedźwiedzi polarnych. Zarzuca mi także nieuczciwość „etyczną i moralną”. Prof. Kaleta ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, uczelni mocno związanej z ogrodem próbuje znaleźć usprawiedliwienie dla zoo. Prof. Kaleta nie widzi nic złego nawet w hodowli lisów na futra (artykuł w portalu stworznym przez futrzarzy: https://swiatrolnika.info/hodowla/zwierzeta-futerkowe/zakaz-hodowli-zwierzat-futerkowych-tadeusz-kaleta.html).
Poniżej fragmentu artykułu i mój komentarz.
„– W takich warunkach nie powinno trzymać się niedźwiedzia polarnego. To forma znęcania się. Dlaczego warszawskie zoo w ogóle przyjęło te niedźwiedzie, skoro nie jest w stanie zapewnić dobrostanu tym zwierzętom? – oburza się dr Robert Maślak z Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego i działacz Nowej Lewicy. Od lat zajmuje się badaniem niedźwiedzi w niewoli.
W niedzielę był w warszawskim zoo. Po wizycie napisał na Twitterze: „Areał osobniczy samca to nawet 1,5 powierzchni Polski. W niewoli wszystkie wykazują głębokie zaburzenia zachowania, cierpią z powodu zbyt wysokiej temperatury i braku stymulacji. Mimo braku właściwych warunków władze Warszawy zgodziły się ściągnąć tu dwa samce (…). Jest coś głęboko prowokacyjnego i smutnego, że te dwa udręczone niedźwiedzie stały się symbolem warszawskiego zoo. Jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądają drastyczne zachowania stereotypowe (abnormal repetitive behaviour), to idźcie do zoo”. Zamieścił filmik, na którym widać polarnego niedźwiedzia chodzącego w kółko na niewielkim wybiegu. To właśnie stereotypia, czyli bezcelowe powtarzanie ruchów. Występuje u zwierząt żyjących w zamknięciu w sztucznym środowisku. Można ją zmniejszyć, powiększając wybiegi lub dostarczając zwierzętom różnych bodźców.
– Stereotypia u niedźwiedzia polarnego to odpowiedź na stres, to krzyk, że potrzebuje pomocy – mówi dr Maślak. Dodaje: – W niektórych krajach zakazano trzymania w ogrodach zoologicznych niedźwiedzi polarnych. Tak jest na przykład w Wielkiej Brytanii. Tam jeden, może dwa niedźwiedzie polarne żyją w specjalnych azylach z dużymi wybiegami.

Dr Maślak opowiada, że warunki niedźwiedzi w warszawskim zoo, początkowo brunatnych, a teraz brunatnych i polarnych, śledzi od lat. – To nie jest nowa sprawa. Te niedźwiedzie są w zoo od kilku lat. Mam nagrania z upalnego dnia: 36 stopni w cieniu. Miały bardzo silne zachowania stereotypowe, leciała im z pyska piana. Miałem obawy, że ich serca nie wytrzymają. To był ogromny szok termiczny. To się chyba pojawiło w mediach, zrobił się szum i w pomieszczeniu w środku zamontowano klimatyzację – opisuje dr Maślak.

Chodzi o bliźniaki Gregora i Aleuta, które do warszawskiego ogrodu zoologicznego przyjechały w 2013 roku z zoo w Norymberdze. Tam się urodziły dwa i pół roku wcześniej. Gregor i Aleut są jedynymi niedźwiedziami polarnymi w Polsce.

Zarzuty odpiera dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. – Temat wraca co parę lat. Pan dr Maślak prowadzi przeciwko nam krucjatę – mówi. Tłumaczy, że samce zostały przyjęte w tzw. depozyt hodowlany, bez planów na rozmnażanie. Zoo nie stara się o samicę.
– Zarzuty dotyczące zachowań stereotypowych są nadużyciem. Ktoś, kto je formułuje, powinien najpierw przeprowadzić badania, jak często i w jakich okolicznościach występują, jak długo trwają, a nie wyciągać wnioski na podstawie krótkich filmików – mówi dyrektor Kruszewicz. Tłumaczy, że stereotypia u warszawskich niedźwiedzi polarnych występuje najczęściej ok. godz. 11. Są wtedy dodatkowo karmione śledziami. To wywołuje u nich podniecenie, kiwają się. – Oczywiście można wyciąć taki fragment i rozpętać burzę. Jest to niemoralne i nieetyczne z naukowego punktu widzenia – zarzuca dyrektor. I zapewnia: – Staramy się urozmaicać życie niedźwiedziom polarnym. Na wybiegu są dwa baseny, maszyna do wytwarzania lodu. Wnętrze jest klimatyzowane, jest tam maksymalnie 20 stopni. Spełniamy minimalne standardy utrzymania tych zwierząt. Oczywiście, że przydałby się system filtracji wody, ale na to nie ma pieniędzy.

W sprawie zbyt małego wybiegu Andrzej Kruszewicz mówi: – Niedźwiedź na wolności musi pokonywać wielkie odległości, żeby coś upolować. Niedźwiedź w zoo nie musi. To jak z kotem: ten domowy może spać i 20 godzin. Kot żyjący na wolności biega i poluje.

Dr Maślak: – Pokonywanie dużych odległości, by znaleźć pokarm, to element biologii niedźwiedzi polarnych. To nie jest tak, że one cierpią, bo muszą przejść wiele kilometrów. Porównanie z udomowionym kotem jest nieuzasadnione, bo one nie mają potrzeby eksploatacji terenu.

Sprawę niedźwiedzi polarnych w warszawskim zoo badał prof. Tadeusz Kaleta z Katedry Genetyki i Ochrony Zwierząt SGGW. – Te osobniki wydają się dobrze zaadaptowane do panujących warunków. Owszem, występują u nich zachowania stereotypowe, ale są dość częste u zwierząt w ogrodach zoologicznych. Zwłaszcza w Polsce. Dobrze by było, gdyby niedźwiedzie miały większy wybieg. Nie jest jednak to takie proste, zoo to nie safari. W Polsce nie ma ogrodu, do którego można by je przenieść. A bicie na alarm w przypadku niedźwiedzi z Warszawy wydaje mi się na wyrost – mówi prof. Kaleta. ”
https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,28554999,czy-niedzwiedzie-polarne-cierpia-w-warszawskim-zoo-biolog-alarmuje.html

MÓJ KOMENTARZ:
1. Porównywanie niedźwiedzia polarnego do kota jest absurdalne. Kot jest zwierzęciem udomowionym, ma mniejsze potrzeby eksploracji terenu niż jego obcy przodek, wielokrotnie mniejszy areał osobniczy niż dziki kot nubijski. Jest nastawiony na interakcje z człowiekiem, co zajmuje mu znaczną część życia. Podawanie tego argumentu jest ignorancją lub manipulacją. Długie wędrówki niedźwiedzi polarnych są częścią ich biologii, a nie wyrazem męczenia się, którego dzięki podaniu pokarmu w misce, mu oszczędzamy. Jest dokładnie odwrotnie – dlatego dobre ogrody stosują wzbogacanie środowiskowe, ukrywają pokarm na rożne sposoby, co pozwala zwierzętom na spełnianie choćby części potrzeb biologicznych.
Nie tylko wielkość wybiegu jest problemem, ale też temperatura. Niedźwiedzie polarne źle tolerują temperatury powyżej 12-15 stopni. W Zatoce Hudsona, gdzie czasem bywa cieplej, zawsze mogą się ukryć w oceanie, gdzie temperatura nie wzrasta powyżej +9 st. C.
W przypadku niedźwiedzi polarnych zapewnienie właściwych warunków w niewoli jest praktycznie niemożliwe.

2. Według przepisów ustawy o ochronie przyrody, zoo nie może przyjmować zwierząt do których utrzymywania nie ma warunków. Nie ma znaczenia czy to depozyt czy planuje je rozmnażać.

3. Aby stwierdzić, że takie warunki nie są właściwe dla niedźwiedzi polarnych nie są potrzebne długotrwale badania. One mogą być przydatne w ocenie jak bardzo te warunki wpływają na zachowanie poszczególnych osobników. Temperatura, powierzchnia, same w sobie mówią o tym, że są to warunki skrajnie nieodpowiednie.

4. System filtracji wody nie jest tam najistotniejszym elementem, choć zaskakujące jest, że w ciągu 10 lat dyrekcji zoo nie udało się zdobyć na to pieniędzy.

O niedźwiedziach polarnych w zoo Warszawa zaraz po ich sprowadzeniu do stolicy: http://bearproject.org/news/show/id/400


Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-15 23:29:32

W walce o zieleń w Kijowie odniósł zwycięstwo, zginął z rąk rosyjskiego najeźdźc

Robert Maślak:


W walce o zieleń w Kijowie odniósł zwycięstwo, zginął z rąk rosyjskiego najeźdźcy. Roman Ratusznij, aktywista miejski, pochodził z Kijowa. Tam walczył o Raj Protasa – cenny przyrodniczo teren zielony. Miało tam stanąć blokowisko wieżowców. Grożono mu, w pewnym momencie musiał się ukrywać. W czerwcu 2020 roku Rada Miejska Kijowa oficjalnie uznała Jar Protasa za teren zieleni. Dwa lata później Roman zginął w boju w rejonie Iziumu w obwodzie charkowskim. Był zwiadowcą Zmechanizowanej Brygady „Chołodnyj Jar”.
Miał 24 lata.




Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-15 12:48:07

Byłam numerem między numerami – śpiewa Kora w piosence „Moje urodziny”. Kamil Si

Robert Maślak:


Byłam numerem między numerami – śpiewa Kora w piosence „Moje urodziny”. Kamil Sipowicz wspomina jaki wpływ na jego żonę miał pobyt w ośrodku w Jordanowie.
„Kora trafiła do ośrodka w Jordanowie (woj. małopolskie) w wieku czterech lat. Wtedy była to placówka Caritasu prowadzona przez siostry prezentki. Artystka wielokrotnie opowiadała o koszmarze, jaki tam przeżyła. Partner Kory, Kamil Sipowicz wspomina, że czteroletnia Olga do Jordanowa przyjechała razem ze starszą siostrą. – Ich matka miała gruźlicę, a ojciec nie nadawał się do wychowywania dzieci, dlatego córki trafiły do zakonnic, a trzech synów do państwowego ośrodka – mówi Sipowicz.
Najgorzej traktowane były w Jordanowie małe dzieci, takie jak Kora. Nie mogły się poskarżyć, bo i tak nikt im nie wierzył. – Znęcano się nad nimi psychicznie i fizycznie. Dziecko, które się zmoczyło, musiało całą noc trzymać mokre prześcieradło, a kiedy popuściło w majtki było smarowane kałem. Te siostry były niewyżyte i wyżywały się na dzieciach – wspomina partner Kory.

Zakonnice nie pozwalały też Korze czytać, a ona to uwielbiała. Spotkania z siostrą też były absolutnie zabronione – mówi Sipowicz. Kolejnym sposobem dręczenia dzieci było opowiadanie im strasznych historii o trupach i mordach. Dzieci były tym przerażone, pacyfikowano je strachem. Były też bite i molestowane.

Sipowicz wspomina, że razem z Korą pojechał w latach 90. do Jordanowa. – Kiedy zobaczyliśmy na budynku napis „DPS”, to popatrzyliśmy po sobie i rozmawialiśmy o tym, co teraz musi dziać się w tym miejscu, co zakonnice muszą robić tym niepełnosprawnym dzieciom. Minęło tyle lat, a wtedy mieliśmy rację – przyznaje.

Weszli do sieni i patrzyli na owiany dramatycznymi wspomnieniami budynek. – Kora mówiła, że wydawał jej się większy, gdy była dzieckiem. Byliśmy też w kościele, do którego dzieci musiały chodzić po kilka razy dziennie. Wspominała, że w niedzielę rano, kiedy przyjeżdżał ksiądz, to zakonnice dostawały kompletnego świra. Była tam mocna hierarchia, te z lepszych domów były ważniejsze, inne nadawały się tylko do mycia podłóg. Była tam też bardzo lesbijska atmosfera, a jedna z sióstr podkochiwała się w siostrze Kory – wspomina Sipowicz.

W latach 80. jedna z sióstr próbowała skontaktować się z Korą, jednak artystka tego nie chciała. – Kora w ośrodku była „ósemką”, taki nadano jej numer. To całkowite odczłowieczenie dziecka, ona piętno tego numeru czuła już do końca życia. W piosence „Moje urodziny” śpiewa nawet „byłam numerem między numerami” – mówi partner artystki.

Dodaje, że pobyt w ośrodku był dla psychiki Kory destrukcyjny. – Tylko dzięki temu, że miała taką silną osobowość, to przetworzyła te wszystkie traumy na sztukę – mówi.

Jezus powiedział: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” i te słowa powinny być wyryte na domu w Jordanowie. To, co się tam dzieje, to plucie w twarz Jezusowi. Teraz te siostry zostały wezwane do prokuratury, ale nie wierzę, że to coś zmieni. Krew mnie zalewa, kiedy myślę o tym, co tam się dzieje – przyznaje Sipowicz.”
https://wydarzenia.interia.pl/malopolskie/news-kamil-sipowicz-o-wspomnieniach-kory-z-jordanowa-to-byla-dest,nId,6092469


Źródło: Robert Maślak
Więcej w kategorii: Robert Maślak
Opublikowano: 2022-06-14 23:52:42