Byłem ciekaw, czy ktoś to w „ludowej historii Polski” zauważy i cierpliwie czeka

Remigiusz Okraska:


Byłem ciekaw, czy ktoś to w „ludowej historii Polski” zauważy i cierpliwie czekałem, ale po dłuższym czasie widzę, że jaki pan (autor), taki kram (odbiorcy) i w cegle mającej prawie 700 stron, pełnej opowieści o cenie kwintala i produkcji z hektara, niemal zupełnie brak tak ważnego wątku historii faktycznie ludowej, jak oddolna sprawczość, emancypacja i samoorganizacja owego ludu.

W książce w zasadzie brak ruchu spółdzielczego z ostatnich dwóch dekad zaborów i z całej II RP. Nie pojawia się nazwa Społem, czyli setki tysięcy ludzi tworzących swoim wysiłkiem i swoimi zakupami realną gospodarczą alternatywę wobec kapitalizmu, z setkami własnych sklepów, hurtowniami, a nawet kilkoma fabrykami. Nie ma o ruchu spółdzielczości kredytowej, w tym o setkach „kas Stefczyka”, która setkom tysięcy biedaków pozwoliła wyrwać się ze szponów biedy, braku możliwości inwestycyjnych i wyzysku przez lichwiarzy. Cały ruch spółdzielczy, czyli w sumie kilka milionów chłopów i robotników zorganizowanych oddolnie i tworzących skuteczne rzeczy dla siebie i dla innych, niemal tu nie istnieje. Podobnie jest z innymi formami samoorganizacji ludowej – nie przeczytamy np. o tym, że był taki ruch jak „Wici”, który w 1939 zrzeszał 100 tysięcy radykalno-lewicującej młodzieży ludowej, ze strukturami w niemal każdej wsi, z tysiącami inicjatyw społecznych, tworzonych przez najbiedniejszych z biednych, nie mających żadnego wsparcia, a wręcz wyklinanych przez władze i z ambon, a mimo to tworzących dzień po dniu nowy świat własnym działaniem. A to tylko jedna przykładowa organizacja tego typu, było ich wiele, związanych z rozmaitymi nurtami politycznymi i ideowymi, nawet gdyby poprzestać tylko na tych, które miały postępowo-emancypacyjną orientację. Tego rodzaju inicjatywy prawie w ogóle nie istnieją w książce w ujęciu politycznym, organizacyjnym czy geograficznym. W formule niewielkich wzmianek pojawiają się, głównie w odniesieniu do okresu rewolucji 1905, tropy o samoorganizacji społecznej, ale to są okrągłe banały lub incydentalne wzmianki, głównie o związkach zawodowych. Nie istnieje w tej książce ogromna masowa (liczona w milionach członków i dziesiątkach milionów aktywności) oddolna twórcza i sprawcza rzeka ludzkich wysiłków, samodzielnej pracy i pasji ludu, mająca wymiar nie tylko pragmatyczny i poprawiający los, nie tylko zapewniająca pariasom usługi społeczne (od tańszych zakupów i dostępu do dóbr limitowanych, przez kulturę i oświatę, po sport amatorski), ale także pokazująca, że zwykli ludzie potrafią tworzyć rzeczy wielkie, skuteczne, sprawne i stanowiące zalążki nowych, lepszych, sprawiedliwych, egalitarnych form ustrojowych i rozwiązań systemowych. Choć te wszystkie rzeczy są bardzo dobrze opisane i do wiedzy o nich można dotrzeć banalnie łatwo, tutaj w zasadzie nie istnieją.

Ciekawe, dlaczego tak się dzieje. Czy to zwyczajna ignorancja autora, który przez kilka lat nie dowiedział się o tym wszystkim, czy może rzecz w tym, że w zapowiedzi ludowa historia Polski okazuje się w istocie historią ludomańską. Lud jest portretowany jako ten, który wyzyskiwano (można więc się nad nim tkliwie pochylić po upływie wieku z pozycji sytego „wrażliwca”) lub który w paroksyzmie bólu i wściekłości na wyzyskiwaczy czasami się zbuntuje strajkiem czy manifestacją (czyli zasługuje na uwagę tylko wtedy, gdy wpisze się w szlachetczykowską wizję „powstańczo-romantyczną”). Ale już nie wtedy, gdy ten sam lud tworzy nowy świat, krok po kroku realizuje rzeczy wielkie, przetwarza realia swojego życia konsekwentnymi wysiłkami, pokazuje w realu, a nie w teoriach intelektualistów, własną sprawczość i własną samoświadomą siłę. Gdy wstaje z kolan bez paternalistycznej łaski panów i elitarnych dziejopisów – wstaje nie na chwilę, nie w odruchu doraźnego sprzeciwu, ale na dekady systematycznej twórczej pracy.

Źródło
Opublikowano: 2021-06-11 20:13:45