Maja Staśko:


TAK, PATOGALE POWINNO SIĘ ZAORAĆ. TAK, HEJT NA MAJĘ STAŚKO JEST OBRZYDLIWY

Wczoraj internet – zwłaszcza ten lewicowy – rozgrzał się do czerwoności, bo Maja Staśko potwierdziła informację o tym, że będzie walczyć w oktagonie. Spekulacje na ten temat trwały od tygodni, ale i tak jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo Maja jest gnojona przez ludzi o podobno lewicowej wrażliwości.

Nie mam żadnych wątpliwości – cała branża zwana gali typu „freak fight” jest patologiczna, nie różni się niczym od patostreamingu. To jest brudna forsa, w wielu (we wszystkich?) przypadkach to po prostu pralnie pieniędzy pochodzących z szemranych interesów. Jeśli zostaną zdelegalizowane, pierwsza otworzę bezalkoholowego szampana, żeby oblać tę radosną wiadomość. Podobnie zresztą jak jeśli zostanie w końcu obalony kapitalizm i neoliberalizm. Tyle że póki co żyjemy w neoliberalnym kapitalizmie i albo gramy według jego zasad, albo głodujemy. To, że postuluję wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego nie sprawi, że jeśli rzucę pracę z powodu mobbingu i łamania prawa pracy przez właściciela firmy, to na moim koncie magicznie pojawią się środki, którymi opłacę czynsz, jedzenie i terapię. Można (a nawet powinno się) walczyć o zmianę szkodliwego systemu, ale póki nie został zmieniony, trzeba w nim jakoś żyć.

Maja Staśko od lat wspiera osoby z doświadczeniem przemocy, często przemocy w rodzinie lub przemocy seksualnej, ale nie tylko – osoby, którym grozi kryzys bezdomności, osoby żyjące w skrajnym ubóstwie… Powiedzieć, że robi dużo, to nic nie powiedzieć, Maja zapierdala bardziej niż niejedna fundacja zatrudniająca sztab ludzi. Niezależnie od tego, co robi, spada na nią fala hejtu. Nie pisze o tym, co ostatnio zrobiła pomocowego i skupia się na publicystyce? Celebrytka, która olała ofiary. Pisze o tym, komu pomogła i co zrobiła? Buduje sobie zasięgi na ludzkim nieszczęściu. Rzuciła burgerem w ramach performance’u? Skandal, niszczy jedzenie. Przeprosiła za rzut burgerem? Nie powinna. I tak dalej, i tym podobnie. Ta historia nie ma końca. Widziałam różne przypadki hejtu w sieci, ale to, co spotyka Maję Staśko, jest w Polsce bezprecedensowe – podobne szambo widywałam wyłącznie na profilach niebiałych aktorów grających w „Gwiezdnych Wojnach”.
Jak już powiedziałam – Maja zapierdala przy akcjach pomocowych. Regularnie użycza kanapy w swoim mieszkaniu osobom, które zostały bez danych nad głową, towarzyszy ofiarom przemocy w obdukcjach i na rozprawach sądowych, zbiera środki na terapię i leczenie, jeździ jako wolontariuszka w miejsca, w których potrzeba ciężkiej pracy w terenie. Robi o wiele więcej niż jest do udźwignięcia przez jedną osobę, nic dziwnego, że regularnie wspomina o przemęczeniu, wypaleniu, potrzebie terapii. Doskonale rozumiem, z czym się mierzy, choć skala pracy Mai przerasta moje wyobrażenia: ja wesprę kilka osób miesięcznie, ona w porywach kilkadziesiąt osób dziennie.

Nie trzeba ogromnej wyobraźni, by ogarnąć, jak często – będąc świadkinią tylu ludzkich dramatów – dochodzi do finansowej ściany. Bo ile osób można przyjąć na własną kanapę? Ilu osobom można sfinansować terapię samodzielnie? Kupić jedzenie, kupić bilet miesięczny? Maja na co dzień mierzy się z tym samym problemem, z którym mierzą się organizacje pozarządowe: pomoc kosztuje. Tyle że ona nie dostanie grantu z UE, nie ma co liczyć na wsparcie ze strony państwa. Może tylko albo prosić o pieniądze w sieci, albo sama zarabiać. I robi jedno i drugie, ale pieniędzy ciągle jest mało, a potrzeby tylko rosną: inflacja galopuje, rząd ucina finansowanie na akcje pomocowe, więc te albo są w stanie wspomóc mniejszą liczbę osób, albo przenoszą się na crowdfunding…

I Maja znalazła sposób, jak zwiększyć pulę pieniędzy na pomaganie – podpisała umowę z galą freak fight, w jeden wieczór zarobi kupę kasy, za którą będzie mogła skutecznie pomagać. Tak, to są brudne pieniądze. Wszyscy to zauważyli. Mało kto zauważył, że dzięki Mai trafią one do potrzebujących. Jaś Kapela napierdalający się w oktagonie wywołał mniejsze emocje – najwyraźniej przepierdalanie kasy na mefedron jest spoko, ale na wsparcie organizacji wspierających ofiary przemocy – już nie.

Maja Staśko przeznaczy 20 tys. zł na Fundację Fortior – wspierającą mężczyzn po doświadczeniu przemocy – i 20 tys. zł na Centrum Praw Kobiet. To są realne pieniądze, które pomogą realnym ofiarom. Na tym zresztą nie koniec – Maja deklaruje też remont w mieszkaniu ubogiej rodziny, pozyskiwanie psychologów do pomocowego Discorda, na którym udzielana jest darmowa pomoc psychologiczna osobom potrzebującym.

Sama Maja nie kupuje sobie willi, samolotu, jachtu czy drogiego zegarka – przeznacza część honorarium na wynajem mieszkania, opłacenie terapii oraz treningów. Skandal, nie ma co… Dach nad głową, żeby funkcjonować oraz mieć możliwość wspierania osób w kryzysie bezdomności, bo nie przygarniesz nikogo do swojego mieszkania, jeśli nie masz mieszkania, terapia, żeby się nie rozsypać oraz treningi, żeby nie zrobić sobie krzywdy walkami. Burżujka jedna.

Wiele osób komentuje, że przecież Maja jako osoba o dużych zasięgach mogłaby zebrać pieniądze w zrzutce – znakomita rada! Maja robi to cały czas. Problem polega na tym, że osoby, które na nie wpłacają, mają ograniczoną zasobność portfeli. Widzę ogromną różnicę u siebie: kiedy kilka lat temu dawałam radę zapierdalać 7 dni w tygodniu w pracy z ostrym mobbingiem, żeby dobrze zarabiać, mogłam bez mrugnięcia okiem wpłacić tu 500 zł, tu 300 zł… Dziś przed każdym przelewem pomocowym muszę się zastanowić, a wynosi on raczej 50-100 zł. Sama nie mam dużych potrzeb, ale właśnie to, że nie mogę pomóc osobom w potrzebie, uwiera mnie potwornie. Ale nawet gdybym dalej dawała radę zaciskać zęby, to przecież niczego nie rozwiąże – żeby pomóc potrzebującym, potrzebne są dziesiątki, czy raczej setki milionów. Każda zakończona sukcesem zbiórka to kilkadziesiąt wiszących w próżni. Taka „rada” pokazuje, że albo dana osoba nie ma pojęcia, czym Maja zajmuje się od lat, albo wręcz przeciwnie – doskonale wie, że Maja już to robi, ale ma to gdzieś, bo chodzi tylko o to, żeby skrytykować.

Swoją drogą wiele osób zarzuca Mai hipokryzję i twierdzi, że krytykowała patogale. Próbowałam znaleźć te wypowiedzi i nie udało mi się, a wszyscy zapytani o konkrety podają screeny o tym, że… Malik jest seksistą. Wow, wśród kolejnych informacji z ostatniej chwili: woda jest nadal mokra. W każdym razie, poszukując cytatów na dowód hipokryzji Mai, znalazłam wywiad z kwietnia, kiedy Maja mówiła, że dostaje różne propozycje walk i póki co je odrzuca, ale cały czas rozważa, czy nie wystąpić. Zastanawiam się, gdzie wtedy byli autorzy dobrych rad i ilu z nich napisało: „Maja, nie wchodź do oktagonu, środki na pomoc potrzebującym znajdziesz tutaj [link]”. Albo ile osób napisało do niej: „skoro już musisz, to omijaj tę i tę federację”. Bo tak, część osób motywuje krytykę tym, że sama walka spoko, tylko federacja zła. Tak, federacja jest obrzydliwa, ale pierwsze słyszę, że istnieją fair trade federacje freak fightów. Inna sprawa, że osoby, które dziś krytykują Maję za zły wybór federacji, dosłownie godzinę wcześniej potrafiły brać udział w dyskusjach o tym, że ta federacja jest podobno zła, ale w sumie dlaczego – by potem napisać artykuły, w których te same informacje podają jako truizmy. Jak to jest, że te same osoby nie krytykowały patogali wcześniej? Skoro to tak obrzydliwe przedsięwzięcie, dlaczego wcześniej o nim milczały?

Wśród argumentów krytyków pojawia się argument o tym, że federacja zarobi więcej niż ofiary przemocy. No shit Sherlock! Zarobi też więcej niż Maja, bo tak działa kapitalizm. Gdyby to federacja rzuciła 40 tys. zł na cele pomocowe, żeby się wybielić, to rzeczywiście można by było wyśmiać, że to dla nich grosze. Dla Mai (i dla większości społeczeństwa) 40 tys. to nie są grosze. A z punktu widzenia ofiar przemocy – to jest duży zastrzyk gotówki. To są pieniądze, które do ofiar przemocy nigdy by nie trafiły, bo jakby właściciele federacji chcieli wspierać ofiary przemocy, to zrobiliby to już dawno. To są pieniądze, którą jakiś fighter-celebryta wydałby na zegarek albo basen w ogródku. Bo zarzut wobec Mai, że federacja na tym zarabia, jest śmieszny – federacji jest wszystko jedno, kto napierdala się w oktagonie. Może to być Maja, może być Jaś Kapela, a może być Mini Majk. Im chodzi tylko o to, żeby ktoś się tam bił i żeby była z tego kasa. Gdyby Maja wrzuciła na fejsa zdjęcie, na którym pokazuje fucka patogalom, zebrałaby trochę lajków, a federacje nawet by tego nie zauważyły. Różnica zasięgów jest tu tak gigantyczna, że twierdzenie, że Maja napędza cokolwiek, to nieśmieszny żart. Maja, funkcjonując w chujowym systemie, wykorzystała istniejącą sytuację, żeby uszczknąć z niej pieniądze na dobre cele. System nie jest przez to mniej chujowy, ale los kilku – kilkudziesięciu konkretnych osób się poprawi.

Parę razy wspomniałam o Jasiu Kapeli – nieprzypadkowo. To pierwsza kojarzona z lewicą postać, która wzięła udział w gali freak fight. Na grupach lewicowych wszędzie był wtedy Jaś. Ludzie umawiali się na komentowanie walki na żywo i cieszyli się, że „nasz” naklepał prawakowi. Po wypominaniu tego teraz reagują „ale to był doping dla beki”. Fajna prawidłowość, nie? Facetowi dopinguje się „ironicznie” (spoiler alert: nie ma różnicy, on i tak widzi doping), kobietę trzeba zjebać. Znów Maja Staśko jest obrażana o wiele mocniej tylko dlatego, że jest Mają Staśko. Ale w nawiązaniu do Kapeli chodzi mi o coś jeszcze.

Jaś Kapela wytatuował sobie napis „JP2GMD”, co oczywiście stało się memem. Wiele osób komentowało, że w sumie to Kapelę jebać, ale przynajmniej prawaków dupa zapiekła z powodu tego tatuażu. Jaś doczekał się zresztą za ten tatuaż pozwu, bo żyjemy w Polsce w XXI wieku, więc nikogo już nie dziwi angażowanie sądu w takie pierdoły. Te i ten pozew pokazują, jakie zasięgi daje udział w patogalach. Maja może te zasięgi wykorzystać w dobrym celu.

Jakiś czas temu Maję na Twitterze otagował konserwatysta, który napisał, że hejtował ją od dawna, ale kiedy bliska mu osoba potrzebowała pomocy, zwrócił się do Mai i Maja pomogła. Trochę mnie wzruszyła ta sytuacja – nie dlatego, że jest odosobniona, a dlatego, że facet się do tego przyznał publicznie. Bo właśnie tak działa Maja, że pomaga osobom w potrzebie bez względu na to, czy się z nimi zgadza, czy są to osoby fajne i miłe, chwalą ją w komentarzach i czy wpłacają pieniądze na reklamowane przez nią cele. Mai często obrywa się, że pojawia się w kontrowersyjnych programach, czasem prowadzonych przez obrzydliwych ludzi. To jest kontrowersyjna metoda i nie każdy musi się z nią zgadzać, ale nie ma co udawać – Maja osiąga tym konkretny cel. Owszem, w komentarzach obrywa tonami szamba, ale jednocześnie środowiska, które nigdy nie sięgnęłyby po jej felietony w okołolewicowych mediach, dostają informację – ta dziewczyna pomaga ofiarom przemocy. I kiedy osoby z tych środowisk same ofiarami przemocy padają, wiedzą, gdzie się zwrócić. Wiedzą, że w razie czego mogą na Maję liczyć. Teraz ten sam przekaz pojawi się nie u kontrowersyjnego youtubera, tylko w mainstreamie. Oglądający patogale przedstawiciele toksycznej męskości dowiedzą się, że facet też może paść ofiarą przemocy i że to żaden prosić o pomoc. Jasne, że część ją wyśmieje i wyszydzi, ale część ten przekaz zapamięta i być może odezwie się w potrzebie. Gdyby Maja miała założyć zrzutkę na reklamę o tym samym przekazie, emitowaną w czasie gali, pewnie zbierałaby do końca świata i jeden dzień dłużej. Jako uczestniczka będzie mogła powiedzieć co tylko zechce i nikt jej tego nie zabroni.

Czy Maja Staśko powinna walczyć w oktagonie, żeby zdobywać kasę na działania pomocowe? Nie. W normalnym kraju tę pomoc finansowałoby państwo. W normalnym kraju osoby w kryzysie bezdomności czy osoby z doświadczeniem gwałtu nie musiałyby szukać w social mediach pomocy wolontariuszki. Nie żyjemy w normalnym kraju, tylko w kapitalistyczno-neoliberalnym koszmarze, gdzie ofiary są zdane zwykle same na siebie. Maja stwierdziła, że spróbuje wywalczyć – dosłownie – lepszy los dla tych ludzi. Doraźnie. Nie zmieni tym systemu. Po prostu komuś pomoże. I jest za to jebana, jakby to ona osobiście wymyśliła patostreaming.

Tak, rozumiem krytykę i rozumiem wątpliwości. Ba, rozumie je Maja, która sama napisała, że wątpliwości miała milion, ale w końcu zdecydowała się podjąć taką a nie inną decyzję. Ale jak to w sieci, może promil to racjonalna krytyka, reszta to bezmyślny hejt. I że Maję obrażają dyżurni mizogini – to nie dziwi. Ale że przyłącza się do tego środowisko lewicowe – boli.

Jest takie powiedzonko: „don’t hate player, hate the game” – nienawidź grę, a nie gracza. Maja nadal jest graczką. Tak, popularność pozwala jej na udział we freak fightach, czego nie mogłaby zrobić osoba z ulicy, bo nie byłoby chętnych na oglądanie jej, ale nadal to nie ona buduje ten system. Jest jednym z wielu trybików, który tą walką absolutnie niczego nie zmieni w status quo.

Nie zamierzam oglądać Mai w oktagonie, bo nie chcę się dokładać do budowania tego systemu. Jest mi wszystko jedno, z kim będzie walczyć i czy wygra. Mam nadzieję, że obie dożyjemy czasów, kiedy pozyskiwanie środków na działania pomocowe w dowolny będzie niepotrzebne, bo państwo będzie wypełniać swoją rolę wobec społeczeństwa. Mam nadzieję, że obie dożyjemy momentu delegalizacji takich gal. Ale na dziś walka Mai opłaci pomoc dla konkretnych osób. A wiecie, co nie opłaca rachunków za pomoc? Moralna wyższość komentatorów w internecie.

Anna Tess Gołębiowska


Źródło
Opublikowano: -08-04 12:37:16