Konsumenci vs obywatele

Tomasz Markiewka:


Pierwszym hitem książkowym Naomi Klein, znanej kanadyjskiej dziennikarki, było „No Logo” – opowieść o tym, jak światowe marki stają się coraz ważniejszą i coraz niebezpieczniejszą częścią naszego świata. Jak przyznaje sama autorka, na spotkaniach z czytelniczkami i czytelnikami jest wciąż zasypywana pytaniami nawiązującymi do tego bestselleru. Wiele z nich powtarza się od lat: „Jakie rodzaje tenisówek mogę kupować?”; „Jakie marki są etyczne?”; „Gdzie kupujesz swoje ubrania?”; „Co mogę zrobić jako jednostka, aby zmienić świat?”. Łatwo zauważyć, że wszystkie te pytania obracają się wokół indywidualnych decyzji konsumenckich. Tak wygląda tryb domyślny mieszkańców zachodnich demokracji. Kiedy widzimy jakiś problem – na przykład nieetyczne działania wielkich koncernów – pierwszą myślą jest: co ja, jako jednostka, jako konsument, mogę z tym zrobić?

Skąd się bierze taka postawa? Dlaczego tak łatwo przełączamy się w tryb konsumencki? „Bycie konsumentem to wszystko, co znamy” – wyjaśnia krótko Klein. Ma rację. Pytam czasem moich studentów, kiedy ostatnio myśleli o sobie jako obywatelach. Najczęstsza odpowiedź brzmi: przy wyborach. Jeśli w ogóle. A kiedy myśleli o sobie jako konsumentach? To proste – dziś. Ponownie, tak jak w przypadku niechęci do polityki, nie sądzę, aby byli wyjątkiem. Raczej świadectwem reguły, pod którą podpada większość z nas. Guy Shrubsole postanowił sprawdzić, jak często na przestrzeni ostatnich dwustu lat pojawiały się w nich angielskie słowa citizen (obywatel) i consumer (konsument). Okazało się, że około 1970 roku consumer wyprzedził pod względem częstotliwości wystąpień citizen, i tak zostało do dziś. Ta zmiana językowa symbolizuje głębszą zmianę społeczną. „Ja, obywatel” – to nasz strój odświętny, „Ja, konsument” – to nasza codzienność.

Dlatego musimy dokonać wręcz pewnego wysiłku, aby zrozumieć, że dysponujemy też innymi środkami działania niż tylko konsumenckimi. Paradoksalnie, może w tym pomóc zerknięcie w stronę krajów peryferyjnych, w których powstaje większość luksusowych towarów sprzedawanych przez zachodnie marki: od smartfonów po modne ciuchy. Naomi Klein wspomina, że podczas pracy nad „No Logo” udała się do Indonezji i na Filipiny, aby „spotkać ludzi produkujących ubrania i elektronikę kupowaną przeze mnie i moich znajomych”. Kiedy odwiedziła tamtejsze fabryki, zauważyła ze zdziwieniem, że pracownicy i pracownice nosili ubrania z logo firm, dla których harowali za marne pieniądze. Automatycznie włączył się jej typowy sposób myślenia zachodniej aktywistki: dlaczego ci ludzie to robią? Czy nie powinni się raczej buntować przeciwko tym firmom i ostentacyjnie odrzucać oferowane przez nie produkty? Z błędu wyprowadził ją członek miejscowej organizacji pracowniczej. Jak pisze Klein:

„dla niego i jego znajomych indywidualna konsumpcja nie była działaniem politycznym. Nasza siła polega nie na tym, co robimy jako pojedyncze osoby, ale na tym, co robimy jako grupa – jako część dużego, zorganizowanego, nastawionego na konkretny cel ruchu. W jego przypadku oznaczało to organizowanie pracowników, strajkowanie w celu wywalczenia lepszych warunków pracy, a ostatecznie uzyskanie prawa do założenia związku zawodowego. Nie miało najmniejszego znaczenia, co jadłeś na lunch albo w co się ubrałaś”.

Konsumenci vs obywatele

Źródło
Opublikowano: 2021-06-16 12:37:34

Dyskusja o miliarderach jest cały czas naznaczona pewnym nieporozumieniem. Zarów

Tomasz Markiewka:


Dyskusja o miliarderach jest cały czas naznaczona pewnym nieporozumieniem. Zarówno wtedy, gdy wychwala się ich za szczodrość (Zobaczcie, co nam ufundował Bill Gates!), jak i gdy krytykuje się ich za chciwość (Ci pazerni właściciele klubów chcieli zniszczyć piłkę nożną!). Te dwie opowieści – o szczodrości i chciwości – mogą się wydawać przeciwstawne, ale łączy je jedno: skupiają się na cechach charakteru miliarderów.

To błąd. Nas, obywateli i obywatelki demokratycznych krajów, powinien obchodzić nie charakter tych ludzi, lecz władza, jaką sprawują.

Może analogia do władzy królewskiej będzie pomocna. Gdybyście spytali mnie, z kim wolę spędzić popołudnie: szlachetnym Aragornem z „Władcy Pierścieni” czy okrutnym Joffreyem z „Gry o tron” – bez wahania wybrałbym tego pierwszego. Ale jeśli pytanie brzmiałoby „Kogo z nich mamy mianować na monarchę absolutnego?”, to odpowiadam: nikogo. Bo nikt nie powinien mieć tak dużej władzy, która w dodatku jest poza demokratyczną kontrolą.

Podobnie jest z miliarderami. No pewnie, że Gates jest sympatyczniejszy od takiego Charlesa Kocha. Tylko co z tego? Problem pozostaje ten sam – zbyt duża władza. A nie miejcie złudzeń, miliarderzy wpływają na mnóstwo rzeczy. Od czasu do czasu nawet Krzysztofowi Stanowskiemu zaświta w głowie myśl, że być może ich władza sięga zbyt daleko. Gdy jeden tweet Elona Muska wystarczył do wstrząśnięcia rynkiem bitcoinów, Stanowski komentował zdezorientowany: „Ale gość może swobodnie huśtać tą łajbą, momentalnie się bogacąc i jednocześnie momentalnie rujnując innych. To chyba nie powinno tak wyglądać”.

Ano może, a to tylko czubek góry lodowej, jeśli chodzi o wpływy miliarderów. Jak napisał kiedyś ekonomista Joseph Stiglitz: „Praktycznie wszyscy amerykańscy senatorowie i większość członków Izby Reprezentantów należy do najbogatszego jednego procenta Amerykanów, utrzymują stanowiska dzięki pieniądzom od tego jednego procenta i wiedzą, że jeśli będą mu dobrze służyć, to zostaną przez niego nagrodzeni”.

Wprawdzie do owego procenta, o którym pisze Stiglitz, należą także milionerzy, ale ogólna zasada pozostaje taka sama: pieniądze dają władzę polityczną. W teorii każdy obywatel demokratycznego państwa ma taki sam wpływ na jego kształt, w praktyce miliarderzy dzięki lobbingowi i sieci relacji towarzysko-biznesowych mogą więcej.

Nawet szczodre gesty filantropijne okazują się często przejawem tej władzy. Bo dla miliarderów to kolejna inwestycja biznesowo-polityczna.

Po pierwsze, kupują sobie za to dobry PR, który pomaga odwrócić uwagę od niewygodnych pytań na temat działań biznesowych. I to działa. W swoim niedawnym felietonie Zbigniew Hołdys beształ Adriana Zandberga za to, że ten chce opodatkować miliarderów, a przecież Dominika Kulczyk daje tyle pieniędzy na szczytne cele. Kiedy felietoniści bronią twoich miliardów przed opodatkowaniem, to wiesz, że inwestycja w filantropię nie poszła na marne.

Po drugie, dzięki swoim datkom kupują kontrolę nad tym, jak będzie kształtowany nasz świat – na przykład, jak dokładnie ma wyglądać walka z biedą, z katastrofą klimatyczną czy jakimkolwiek innym globalnym problemem. Często ceną za szczodrość miliarderów jest dalsze urynkawianie naszego świata. „Datki charytatywne stają się kolejnym interesem opartym na rozwiązaniach rynkowych” – piszą Peter Bloom i Carl Rhodes. W efekcie kontrola nad wspólnymi dobrami zostaje przeniesiona z instytucji demokratycznych w ręce garstki bogaczy. Bo „urynkowienie” oznacza najczęściej „uzależnienie od wpływów międzynarodowych korporacji”.

Każdy, kto traktuje wartości demokratyczne na serio, a nie jako puste hasełko, powinien być tym wszystkim zaniepokojony, niezależnie od tego, jak bardzo sympatyczni czy niesympatyczni wydają mu się poszczególni miliarderzy.

Źródło
Opublikowano: 2021-06-08 10:25:58

Ryszard Petru ogłosił powstanie Instytutu Myśli Liberalnej, by – jak pisze – „za

Tomasz Markiewka:


Ryszard Petru ogłosił powstanie Instytutu Myśli Liberalnej, by – jak pisze – „zatrzymać pełzający w Polsce komunizm”.

Widzę duże pole do współpracy z rządem, bo zdaje się, że minister Czarnek też ma na pieńku z pełzającym komunizmem.

Najbardziej w tej inicjatywie zaciekawiło mnie jednak co innego. Instytut deklaruje, że chce promować „Polskę pracy”, a nie „Polskę na zasiłku”.

Ok, no więc wchodzę na stronę Instytutu Myśli Liberalnej i sprawdzam poszczególne filary, szukając tam postulatów propracowniczych.

Silniejsze związki zawodowe, dofinansowanie Państwowej Inspekcji Pracy, walka z umowami śmieciowymi, podniesienie płacy minimalnej?

Nic z tego. Na stronie nie ma ani jednego rozwiązania propracowniczego. W ogóle ciężko tam znaleźć takie słowo jak „pracownik”, no chyba że w kontekście „Koszty pracy nie mogą prowadzić do nieopłacalności posiadania firmy czy pracowników”.

Jakoś mnie to nie dziwi. „Szacunek do pracy” i „szacunek dla pracowników” to są rzeczy, które w polskiej debacie politycznej się nie łączą. Jeśli ktoś mówi, że trzeba „promować pracę”, „pracą, a nie zasiłkami ludzie się bogacą”, itd., to można być pewnym jednego: nie będzie miał nic lub prawie nic do zaproponowania pracownikom.

Taki paradoksik „polskiej myśli liberalnej”.

Źródło
Opublikowano: 2021-06-07 14:05:28

Znowu o Marcinie Matczaku, bo poruszył temat, który mnie bardzo interesuje: młod

Tomasz Markiewka:


Znowu o Marcinie Matczaku, bo poruszył temat, który mnie bardzo interesuje: młodzi, a konkretnie – rozpieszczeni i nadwrażliwi młodzi, którzy chcieliby wszystkich cancelować, bo nie potrafią zmierzyć się z odmiennymi poglądami. Matczak opiera swoje rozważania na książce Lukianoffa i Haidta „„Rozpieszczanie amerykańskiego umysłu”.

Mam dwie wątpliwości.

Po pierwsze, w całym tekście nie ma żadnego dowodu na to, że młodzi są rozpieszczani – jest tylko głębokie przekonanie, że tak właśnie mają się sprawy. Nie ma też słowa o śmieciowych warunkach pracy, kryzysie klimatycznym, problemach mieszkaniowych czy – jako że książka Lukianoffa i Haidta odnosi się do amerykańskiego kontekstu – o potężnych długach studenckich.

Jakiś czas temu „New York Times” opublikował list 38-letniej dziennikarki Molly Webster, która ukończyła studia 14 lat temu. Miała wtedy 78 tysięcy dolarów długów studenckich. Przez 14 lat spłaciła 60 tysięcy. Po naliczeniu odsetek zostało jej jeszcze do spłaty… 100 tysięcy. Suma długów studenckich w USA wynosi ponad 1,7 biliona dolarów. Gdy się czyta takie rzeczy, nasuwa się myśl, że może to nie rozpieszczenie i nadwrażliwość są głównym problemem młodzieży.

Po drugie, Matczak narzeka, że młodzi utracili zdolność do trudnej konfrontacji z odmiennymi poglądami. Jeśli na takowe natrafiają, od razu chcą je usuwać z debaty publicznej. Pisałem już wiele razy, czemu nie zgadzam się z tą diagnozą. Przyjmijmy jednak na chwilę, że jest trafna. Moje pytanie brzmi: a gdzie niby młodzi mieliby czerpać dobre przykłady, jak wygląda otwarta, niewykluczająca, pluralistyczna dyskusja?

Tekst Matczaka ukazał się w „Gazecie Wyborczej” i wpisuje się w całą serię narzekań na „wykluczających młodych”, w szczególności na „maoistyczną lewicę”. Kilka tygodni temu GW opublikowała tekst Wojciecha Maziarskiego o totalitarnych zapędach partii Razem, która wykluczyła ze swojego grona jedną z działaczek. Następnie ukazał się tekst Magdaleny Środy… o totalitarnych zapędach partii Razem. Dyskusję podsumowała Agata Bielik-Robson, pisząc o… totalitarnych zapędach partii Razem. Przyznacie, że jest to wspaniały przykład pluralizmu, który mógłby zawstydzić „maoistyczną lewicę”, wiecie, tę, co to nie potrafi się konfrontować z niewygodnymi dla siebie poglądami.

W ogóle cały dział opinie GW to jedna wielka szkoła pluralizmu, w której średnio raz dziennie zamieszcza się poglądy niewygodne i trudne do zaakceptowania dla redaktorów tej gazety. Wszyscy pamiętamy, że gdy Platforma Obywatelska dosłownie kilka dni po partii Razem wyrzuciła dwójkę swoich działaczy, to GW – w imię konfrontowania się z niewygodnymi poglądami – zamieściła serię tekstów o totalitarnych zapędach polskiego liberalizmu.

W całej tej dyskusji o „maoistycznej lewicy” albo „cancelującej młodzieży”, która toczy się na łamach GW, najbardziej rzuca mi się w oczy jej monologiczność. To nawet nie jest dyskusja, bo druga strona nie została dopuszczona do głosu. Bardziej przypomina to klub wzajemnej adoracji, którego uczestnicy nawzajem sobie przytakują – „Tak, tak, zdecydowanie istnieje problem maoistycznej lewicy” – zadumani, czemu ta młodzież nie potrafi być taka pluralistyczna i otwarta jak oni.

To zresztą nie dotyczy tylko GW. Pomyślcie o największych mediach w Polsce i zadajcie sobie pytanie, jak często trafiacie tam na przedstawicieli „maoistycznej młodej lewicy”, którym pozwolono regularnie pisać rzeczy kontrowersyjne i niewygodne dla „liberalnych pluralistów”. Poproszę o jakieś namiary. Na razie pozostanę z wrażeniem, że jeśli mówimy o środowiskach tworzących sobie „bezpieczne miejsca”, z których wyklucza się „niewygodne, kontrowersyjne, drażliwe poglądy”, to dałoby się znaleźć lepsze przykłady niż „cancelująca młodzież”.

Źródło
Opublikowano: 2021-06-07 11:15:18

Wyborne są te rady niektórych speców dla ludzi, którzy zarabiają w Polsce grosze

Tomasz Markiewka:


Wyborne są te rady niektórych speców dla ludzi, którzy zarabiają w Polsce grosze. Trzeba mądrze wybrać zawód, ewentualnie się przebranżowić – zostać informatykiem albo spawaczem.

Wyobraźcie to sobie. Idzie taki Sławek Mentzen do restauracji, ale nikt mu kawy nie poda, bo wszystkie kelnerki zostały informatyczkami i spawaczkami. Wychodzi niezadowolony na ulicę i zaraz za progiem pada na twarz z powodu wszędobylskiego smrodu. Ludzie wywożący śmieci przebranżowili się bowiem – zgadliście – na informatyków i spawaczy. Może ktoś zawiózłby go do szpitala, ale kierowcy karetek też wzięli sobie do serca radę o zmianie pracy. Człapie się więc Sławek resztkami sił do szpitala, tylko po to, żeby odkryć, że nie ma tam ani jednej pielęgniarki, bo – wiecie dobrze, co zrobiły pielęgniarki.

Mam czasem wrażenie, że język rynkowo-coachingowy („zmień pracę i weź kredyt”) tak przeżarł nam umysły, że musimy cofać się do etapu przedszkola i tłumaczyć rzeczy podstawowe.

Drogi Sławku, bo zdrowe społeczeństwo potrzebuje ludzi, którzy będą robili różne rzeczy: wywozili śmieci, opiekowali się chorymi, spawali czy programowali. Dlatego w interesie nas wszystkich jest to, żeby opłacało się zajmować nie tylko kilkoma czy kilkunastoma zajęciami, które obecnie dobrze stoją na rynku.

No ale żeby to pojąć, trzeba myśleć w kategoriach wspólnotowych, a nie indywidualnych. Weź „znajdź lepszą pracę” wydaje się doskonałym rozwiązaniem problemu… tak długo, jak przykładowy Sławek, „który zna się na ekonomii”, nie zada sobie pytania, co by się stało, gdyby wszyscy posłuchali jego rady. Potem może przyjdzie oświecenie, że to, co z perspektywy pojedynczej osoby może mieć jako taki sens, z perspektywy społeczeństwa byłoby katastrofą.

Źródło
Opublikowano: 2021-06-04 12:52:29

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że nic tylko krytykuję ludzi w swoich postach. Tak więc

Tomasz Markiewka:


Ktoś mi kiedyś zarzucił, że nic tylko krytykuję ludzi w swoich postach. Tak więc dla odmiany chciałem wam polecić rozmowę Wojciecha Borowicza z Grzegorzem Sroczyńskim, w której ten pierwszy wybornie krytykuje kult wytworzony wokół Elona Muska i innych miliarderów. Mówi na przykład tak (a ja się podpisuję całym sercem):

„To jest taka naiwna wiara, że z problemami poradzi sobie jakaś genialna technologia – na pewno już jakiś start-up w Dolinie Krzemowej nad nią pracuje – uda się coś rozpylić w kosmosie i zwalczyć zmiany klimatyczne. Efektem takich narracji jest zaklepywanie problemów, czekanie, usypianie się i erozja wiary, że jako cywilizacja możemy osiągać rozwiązania wspólnie. Zostajemy z przekonaniem, że musimy czekać, aż miliarderzy i ich wspaniałe firmy coś zrobią, a żeby coś zrobili, to muszą mieć zachętę w postaci niskich podatków”.

Dodam od siebie, że to głębszy problem kulturowy. Niby uczymy ludzi zaradności, a tak naprawdę bezradności. Bo cała ta „kultura zaradności” sprowadza się do indywidualnych strategii radzenia sobie na rynku. Zmień pracę, weź kredyt. Te strategie zupełnie nie działają, gdy trzeba sobie poradzić z kryzysem klimatycznym. W tym wypadku potrzebujemy działań zbiorowych, do tych zaś jesteśmy systematycznie zniechęcani. By podać jakiś przykład, nie zliczę, ile razy czytałem, że związki zawodowe to przestarzałe rozwiązanie. Przerzucamy więc nasze marzenia o sprawczości na miliarderów-celebrytów. Jak pisali Peter Bloom i Carl Rhodes, miliarderzy „reprezentują możliwość zostania władcami wszechświata – sprawowania kontroli nad naszym otoczeniem i kształtowania wydarzeń, a nie bycia kształtowanym przez nie”.

To stąd bierze się ten religijny kult, stąd biorą się śmieszne zachwyty, jak ten felieton Hołdysa, w którym polski muzyk podniecał się, że Musk „w korku ulicznym wykombinował, że można budować tunele, którymi samochody mogłyby jeździć, omijając korki z ogromną prędkością”. Ludzie chcą zmiany, chcą postępu, chcą nowoczesności. I to jest świetne. Niestety w kulturze bezradności kierują te marzenia w stronę wyidealizowanych postaci miliarderów. To fatalne, bo – i tu jeszcze jeden cytat z Borowicza:

„Zacytuję Bezosa, który o swoim majątku mówi tak: „Jedyny sposób, jaki widzę, by wykorzystać takie zasoby finansowe, jakie zdobyłem, to podróże kosmiczne”. Ja się z tego śmieję, bo inaczej musiałbym płakać. No kurczę, jesteś właścicielem firmy, której pracownicy padają ze zmęczenia i sikają do butelek, wystarczy zapytać ludzi z Inicjatywy Pracowniczej w Polsce, jakie są warunki w Amazonie. I opowiadasz w wywiadach, że jedyna sprawa godna twojego zainteresowania, godna twojego kapitału, to nawet nie jest na tej planecie?”.

Źródło
Opublikowano: 2021-06-01 10:11:05

W weekend ukazał się tekst Marcina Matczaka „Naprawianie biedy indywidualnej, ki

Tomasz Markiewka:


W weekend ukazał się tekst Marcina Matczaka „Naprawianie biedy indywidualnej, kiedy jest nierozważne, często prowadzi do biedy zbiorowej”. Niby jest to tekst o podatkach, biedzie, nierównościach. Tak naprawdę jednak Matczak poświęcił się i na własnym przykładzie zademonstrował TOP 3 najczęściej stosowanych szachrajstw publicystycznych.

1. PISANIE NIE NA TEMAT. Pisze Matczak: „żadna zmiana podatków, w górę czy w dół, nie usunie z katalogu ludzkich cech jednej: lenistwa”. Od lat czytam teksty badaczy i badaczek zajmujących się tym tematem. Podają oni różne uzasadnienia dla progresji podatkowej. Na przykład finansowanie usług publicznych, dbanie o spójność społeczną (duże nierówności jej szkodzą) i wydajność gospodarki (to samo). Nigdy nie słyszałem jednak, żeby ktokolwiek łączył podatki z lenistwem, w jakąkolwiek stronę. Zastanawiam się więc z kim dyskutuje Matczak? Równie dobrze mógłby napisać: musimy pamiętać, że żadna zmiana podatków nie sprawi, że spadnie śnieg.

2. SPROWADZANIE SYSTEMOWYCH ZANIEDBAŃ DO INDYWIDUALNYCH WAD. Wprawdzie zagadnienie lenistwa jest nie na temat w kontekście podatków, ale to nie znaczy, że pojawiło się w tekście Matczaka przypadkiem. Matczak wykonuje bardzo popularny ruch: próbuje sprowadzić dyskusję o nierównościach i finansowaniu państwa do moralności jednostek. Pisze o lenistwie: „Nie bez przyczyny jest ono jednym z grzechów głównych. Nie tylko dlatego, że jest grzechem poważnym, także dlatego, że jest grzechem powszechnym”.

Och, w Polsce nie brak ludzi, którzy uwielbiają takie moralne kazania o grzechu lenistwa i niezaradności, choć nie znam ani jednego państwa, które rozwinęłoby się dzięki autorefleksji nad lenistwem własnych obywateli. Znam za to mnóstwo, które rozwinęły się dzięki systemowym zmianom, inwestycjom w usługi publiczne i dbaniu o to, żeby jak najwięcej ludzi korzystało z ogólnego postępu. Ha-Joon Chang tłumaczy w „Złych Samarytanach”, jak w ciągu kilkudziesięciu lat zmieniła się reputacja Koreańczyków: z „narodu leni” stali się „narodem ludzi pracowitych i zaradnych”. Stało się to dzięki – mocno interwencjonistycznej – polityce gospodarczej rządu, a nie publicystycznym połajankom na temat lenistwa.

3. OGÓLNIKI BEZ TREŚCI. W jednej z powieści Isaaca Asimova pojawia się urządzenie do analizowania mów i tekstów. Jego funkcja jest prosta – odsiewanie pustosłowia od konkretów. Gdyby wrzucić do tej maszyny niektóre fragmenty tekstu Matczaka, to nic by z nich nie zostało. Na przykład ten: „Naprawianie biedy indywidualnej, kiedy jest nierozważne, często prowadzi do biedy zbiorowej. Nie sztuka chronić godność jednych, jednocześnie zabijając kreatywność, innowacyjność i chęć do życia innych”. No ok, ale co z tego wynika w kontekście dyskusji o progresji, finasowaniu usług publicznych i tak dalej? Jaka dokładnie decyzja prowadzi do biedy zbiorowej? Podniesienie odrobinę podatków dla 10% najlepiej zarabiających Polaków? Na podstawie czego Matczak tak twierdzi?

To jest cholernie irytujący rodzaj publicystyki, bo autor ewidentnie próbuje nas czymś przestraszyć (lenistwo, bieda zbiorowa, etc.), ale ani nie chce zdradzić, gdzie dokładnie kryje się ten potwór, ani jak łączy się z tematem podatków. Chodzi tylko o wywoływanie w czytelnikach konkretnych skojarzeń: podatki = promowanie lenistwa = zbiorowa bieda. Dla niepoznaki wszystko jest przyprawione centryzmem (nie wolno poniżać biednych, ale nie wolno też poniżać bogatych), żeby wywołać złudzenie obiektywizmu.

Może bym o tym nie wspomniał, gdyby nie to, że od lat próbuje się Polakom prać mózgi w ten sposób. Większość tekstów mających coś do progresji podatkowej jest napisana właśnie tak. Szanujmy wszystkich, ale pamiętajmy, że podatki to PRL, lenistwo, grzech, socjalizm i druga Grecja. I to w Polsce uchodzi za debatę publiczną.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-31 10:44:41

Państwa wymuszają zmiany na rzecz klimatu – muszą, bo rynki nie pójdą „zieloną drogą” same z siebie

Tomasz Markiewka:


Stephanie Kelton, amerykańska ekonomistka, narzeka w książce „The Deficit Myth” (Mit deficytu), że debata o wydatkach państwa jest od lat naznaczona hipokryzją. Badaczka pisze wprost o USA, ale jej uwagi w większym bądź mniejszym stopniu można odnieść także do innych państw:

„Ilekroć pojawia się temat ubezpieczeń społecznych lub gdy ktoś w Kongresie chce przeznaczyć więcej pieniędzy na edukację bądź opiekę zdrowotną, to słyszymy napomnienia, że za to wszystko trzeba jakoś »zapłacić«, i przypomina się nam o rosnącym deficycie.

Zauważyliście, że to nigdy nie wydaje się problemem, gdy rozmowa schodzi na zwiększanie budżetu obronnego, ratowanie banków lub udzielanie ogromnych ulg podatkowych najbogatszym, choć wszystkie te działania znacznie zwiększają deficyt?”.

To właśnie o tę hipokryzję rozbijały się od lat najambitniejsze plany walki z globalnym ociepleniem. (…)

Gospodarka nie może działać, jeśli społeczeństwa nie są przygotowane na środowiskowe kataklizmy. To zaś wymaga ogromnych inwestycji w ludzi i infrastrukturę, niemożliwych bez zaangażowania państw i ich budżetów.

„Musimy budować odporne systemy i gospodarki, które będą tak projektowane, aby wytrzymywać najgorsze scenariusze – i dawać nam szansę uporania się z nieprzewidzianymi katastrofami” – przekonuje Jonathan Aldred, ekonomista z Uniwersytetu Cambridge.

Rzeczy, które dziś wydają się przejawem oszczędności, w przypadku kryzysu mogą się okazać przejawem lekkomyślności i krótkowzroczności.

Państwa wymuszają zmiany na rzecz klimatu – muszą, bo rynki nie pójdą „zieloną drogą” same z siebie

Źródło
Opublikowano: 2021-05-31 09:21:56

Dyskusja o podatkach raz jeszcze ujawniła fascynującą cechę polskiej debaty publ

Tomasz Markiewka:


Dyskusja o podatkach raz jeszcze ujawniła fascynującą cechę polskiej debaty publicznej. Kiedy oceniamy dobrobyt Polaków, stosujemy dwa zupełnie inne punkty odniesienia. Jeden dla większości społeczeństwa – młodych na śmieciówkach, nauczycielek, pielęgniarek, ratowniczek medycznych, budżetówki – drugi dla 10% najzamożniejszych.

Dla pierwszej grupy punktem odniesienia ma być PRL. To doskonale widać za każdym razem, gdy młodzi narzekają na warunki pracy albo niedostępność mieszkań. Od razu różne mądre głowy tłumaczą, że w PRL-u to dopiero było źle i zamiast narzekać, niech młodzi się cieszą z tego, co mają.

Dla drugiej grupy punktem odniesienia ma być zachodnia Europa. Nie minęła godzina od ogłoszenia propozycji drobnych zmian w podatkach, na których miały stracić odrobinę osoby zarabiające powyżej dziesięciu tysięcy złotych miesięcznie, a już pojawiły się posty przeliczające te dziesięć tysięcy na euro. Ich przesłanie było jasne: przecież z perspektywy takich Niemiec te dwa i pół tysiąca euro to grosze.

Zauważcie, że prawie nikt nie stosuje takiego przelicznika na euro, gdy mowa o 500 plus, świadczeniach socjalnych czy pensjach pielęgniarek.

Stąd paradoks: z jednej strony mamy legendy, że kilkaset złotych socjalu sprawia, że można żyć jak król i nie mieć żadnej motywacji do pracy, z drugiej słyszymy, że ludziom zarabiającym dziesięć tysięcy złotych miesięcznie ledwie starcza na życie i sto złotych podatku więcej ich wykończy. Bo jedni żyją w kraju „przeoranym komunizmem”, gdzie kilkaset złotych to majątek, inni są już obywatelami zachodniej Europy, gdzie nawet dziesięć tysięcy starcza co najwyżej na waciki.

Wiem, jakie uzasadnienie podadzą niektórzy dla tych podwójnych standardów. Jak już ludzie zarabiający po kilkanaście i kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie dorobią się zachodnich pieniędzy, to wtedy będziemy mogli w końcu zlikwidować małe raje podatkowe, które dla nich stworzyliśmy. Wtedy Polskę będzie stać na progresję podatkową, usługi publiczne i zachodnią siatkę zabezpieczeń socjalnych.

To taka nadwiślańska wersja teorii skapywania.

Tylko że ta teoria tworzenia dobrobytu to bzdura. Nie ma żadnego dowodu, że to tak działa. Państwa zachodnie wprowadzały progresję podatkową na długo przed osiągnięciem dzisiejszego poziomu bogactwa. Taka Szwecja ponad 100 lat temu. Czy my po 30 latach budowania III RP nadal nie dogoniliśmy Szwecji z początku XX wieku? W jaki niby sposób kilkaset złotych podatku więcej dla ludzi zarabiających po kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy miałoby przeszkodzić w doganianiu Zachodu?

Budowanie społeczeństwa, w którym garstka najbogatszych zbliża się do poziomu życia swoich zachodnich odpowiedników, natomiast cała reszta – od systemu podatkowego, przez nakłady na opiekę zdrowotną, po programy socjalne – jest odkładana na nieokreślone „później”, to przepis na katastrofę. Bo skończymy nie tylko z dwoma różnymi punktami odniesienia, ale z dwoma różnymi światami. Dla garstki Polska będzie światem coraz bardziej zachodnim, dla reszty będzie to państwo w ruinie.

To jest przepis na potężny konflikt społeczny.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-26 15:17:50

Markiewka: Dobro wspólne potrzebne na wczoraj!

Tomasz Markiewka:


Noszenie maseczek, unikanie dużych zgromadzeń, przestrzeganie podstawowych reguł bezpieczeństwa – wszystkie te zalecenia sprowadzały się do troski o dobro wspólne. Osoba, która nie chciała przestrzegać tych zasad, nie tylko sama podejmowała ryzyko, ale obciążała nim całą wspólnotę, bo utrudniała skuteczną walkę z pandemią. I na odwrót – przestrzeganie zaleceń było korzystne dla całego społeczeństwa.

Jak na dłoni mogliśmy też zobaczyć, że takie rzeczy jak system ochrony zdrowia są naszym wspólnym dobrem. Nie tylko w tym sensie, że każde z nas może wylądować w szpitalu. Chodzi także o to, że gdy opieka zdrowotna nie działa jak trzeba, ma to wpływ na wszystkie inne obszary naszych społeczeństw. Zamykanie gospodarki wynikało głównie ze strachu, że szpitale nie nadążą z przyjmowaniem chorych.

Przekonaliśmy się także, że otaczają nas ludzie, których praca nie jest wyceniana wysoko przez rynek, ale społeczeństwo powinno ją cenić szczególnie mocno, bo bez nich wszystko się sypie. Kiedy z Polski tysiącami uciekały pielęgniarki, to nie była tylko ich prywatna sprawa, ale też niepowetowana strata dla nas wszystkich. Raz jeszcze – cierpiało dobro wspólne.

Dlaczego tego nie widzimy? Dlaczego mimo doświadczenia pandemii tak mało dbamy o dobra wspólne i tak mało o nich mówimy?

Niestety, Polska jest przykładem tego, że dobro wspólne można niszczyć na co najmniej dwa sposoby. Zarówno przez promowanie wąskiej koncepcji wspólnoty, która wyklucza ze swojego grona dużą część społeczeństwa jako „obcą”, jak i przez wychwalanie darwinizmu społecznego – przekonania, że zwycięzcom należą się wszystkie nagrody, a przegrani to niezaradne homo sovieticus.

Na każdego prawicowego polityka czy publicystę straszących, że prawa człowieka to „marksizm kulturowy”, przypada jego neoliberalny odpowiednik straszący, że progresywny system podatkowy i polityka socjalna to bolszewizm. W obu przypadkach za tą niezbyt wyszukaną retoryką kryje się lęk przed otwartym społeczeństwem równych sobie ludzi, w którym każdy może czuć się bezpiecznie.

Markiewka: Dobro wspólne potrzebne na wczoraj!

Źródło
Opublikowano: 2021-05-26 10:21:00

Polskie Towarzystwo Ekonomiczne wrzuciło na swoją stronę facebookową cytat z Elo

Tomasz Markiewka:


Polskie Towarzystwo Ekonomiczne wrzuciło na swoją stronę facebookową cytat z Elona Muska: „Pracuj tak ciężko jak to możliwe, to zwiększa szanse na sukces. Jeśli inni ludzie pracują 40 godzin w tygodniu, a ty 100 godzin, to ty w 4 miesiące osiągniesz to, co innym zajmie rok”.

Pozwolę sobie z tej okazji przypomnieć kilka wydawałoby się banalnych prawd:

– Praca 100 godzin tygodniowo to podwyższone ryzyko udaru, nadciśnienia, chorób niedokrwienia serca i problemów ze snem. Pracując 100 godzin tygodniowo, zwiększasz swoje szanse nie na sukces, ale na wylądowanie w szpitalu.

– Wraz z przepracowaniem spada wydajność tego, co robisz. To właśnie dlatego niektóre firmy, które eksperymentują ze skracaniem czasu pracy, np. do 6 godzin dziennie, orientują się, że wpłynęło to pozytywnie na ilość i jakość wykonanych zadań. Oczywiście, to zależy od rodzaju pracy, ale w tym słodkim cytacie z Muska również nie ma tego rozróżnienia.

– Praca 100 godzin tygodniowo nie zostawia zbyt wiele czasu na nic innego poza snem. Społeczeństwo, w którym wszyscy zdecydowaliby się na taki model, byłoby straszne. Przepełnione szpitale, brak życia rodzinnego, brak jakiegokolwiek zaangażowania obywatelskiego (bo kiedy?).

– Zawsze, gdy napotykacie złotą myśl jakiegoś miliardera na temat „drogi do sukcesu”, sprawdźcie, jak wyglądała jego droga. Przytaczałem już tę anegdotę, ale warto powtórzyć, bo ona świetnie obrazuje, czemu nie jesteście Muskiem. Otóż nasz geniusz w wieku kilkunastu lat postanowił sobie dorobić, wziął więc z domu szmaragdy – jego ojciec był właścicielem kopalni szmaragdów w Zambii – i sprzedał je w nowojorskim sklepie Tiffany’ego.

Często mówi się o tym, że Polakom „brakuje edukacji ekonomicznej”. Kiedy widzę, co wypisują różne ekonomiczne think tanki i stowarzyszenia, to myślę sobie czasem, że nic nie wpłynęłoby tak pozytywnie na wiedzę ekonomiczną Polaków, jak pozbycie się tych źródeł dezinformacji.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-25 13:46:38

– Polską od kilkunastu lat rządzą na zmianę dwie prawicowe partie

Tomasz Markiewka:


– Polską od kilkunastu lat rządzą na zmianę dwie prawicowe partie

– wszystkie najważniejsze media są albo prawicowo-nacjonalistyczne albo prawicowo-liberalne, lewica to kilka portali i kwartalników

– rankingi najpopularniejszych kont dziennikarzy w social mediach pokazują, że czołowe miejsca zajmują rozmaite odmiany prawicy (Stanowski, Warzecha, Ziemkiewicz…) – ludzie, którzy bez skrupułów sieją dezinformację i wykorzystują swoje zasięgi do szczucia na słabszych

– sam jeden Łukasz Warzecha występuje w mediach częściej niż wszystkie lewicowe aktywistki razem wzięte

– lewicowe aktywistki są tygodniami gnębione – także przez znanych dziennikarzy – za to, że zamieściły post o zbiórce na laptopa albo wypowiedziały się na temat znanego piłkarza

– skrajnie prawicowe Ordo Iuris jest w stanie przeforsować prawo, które wpływa na miliony kobiet w Polsce

– Korwin-Mikke i jego gwardia mogą bezkarnie wygadywać w mediach najgorsze podłości

– hierarchowie kościelni bezkarnie szczują na mniejszości

– wypadamy najgorzej w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o prawa mniejszości

– od lat nie da się w Polsce przeforsować choćby drobnej progresji podatkowej, między innymi za sprawą histerycznej reakcji dziennikarskich celebrytów

A i tak część dziennikarzy i komentatorów politycznych jest od miesięcy na krucjacie przeciwko lewicowemu maoizmowi. „Gazeta Wyborcza” publikuje kilkanaście tekstów tygodniowo o złej, agresywnej, totalitarnej lewicy, która jest zagrożeniem dla wolności słowa, demokracji i czego tam jeszcze.

To jest niesamowite i zasługuje na jakieś opracowanie naukowe.

Najbardziej mnie bawią ci komentatorzy, którzy straszenie lewicą przedstawiają jako akt odwagi, niepokorności i samodzielnego myślenia. No doprawdy, trzeba być w Polsce nie lada kozakiem, żeby pisnąć złe słówko na temat lewicy. Będą kiedyś powstawały pieśni na temat ludzi, którzy w 2021 roku – w samym środku marksistowskiej rewolucji – dzielnie zwalczali przejawy lewicowego maoizmu.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-24 10:33:51

Kolejny numer „Nowego Obywatela” w sprzedaży. W środku znajdziecie też mój tekst

Tomasz Markiewka:


Kolejny numer „Nowego Obywatela” w sprzedaży. W środku znajdziecie też mój tekst na temat „Wielkiej idei usług publicznych”.
Fragment na zachętę:

Zauważmy, że idea usług publicznych jest w pewnym sensie nawet śmielsza niż pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego. Jakkolwiek ta druga wizja – przy odpowiedniej wysokości takiej bezwarunkowej wypłaty – ma potencjał zmiany relacji sił w obrębie społeczeństwa kapitalistycznego, to jedną rzecz pozostawia nienaruszoną: wszechwładzę rynku. Podstawowe towary i usługi nadal podlegają rynkowej wymianie, tyle że każdy dostaje środki pozwalające mu na udział w tej wymianie.

Natomiast idea usług publicznych – raz jeszcze: przy odpowiedniej realizacji, czyli odpowiednio wysokich inwestycjach – zakłada, że pewne rzeczy zostają wyjęte z rynku, bo są traktowane jako zbyt wartościowe, aby traktować je tak samo jak zwykłe towary. „Łatwiej tolerować fakt, że od naszego dochodu zależy dostęp do luksusowych samochodów, niż że wpływa on także na dostęp do dobrych szkół i podstawowych usług medycznych; łatwiej przyjąć, że zarobki determinują możliwości odbycia zamorskich wakacji, niż że stanowią warunek wstępny odpowiedniego potraktowania przez wymiar sprawiedliwości” – pisali lata temu ekonomiści Robert H. Frank i Philip J. Cook.

(…)

Prawa człowieka. Słyszeliście o tej idei? Zazwyczaj mówi się o niej w kontekście wolności słowa, wyznania, sumienia itd., ale Powszechna Deklaracja Praw Człowieka obejmuje także inne wartości, wśród nich prawo do nauki czy opieki zdrowotnej. Dopóki jednak dostęp do tych rzeczy zależy od zasobności portfela, dopóty realizacja szczytnych idei Deklaracji pozostaje co najwyżej cząstkowa. Co z tego, że formalnie jesteśmy równi wobec prawa, skoro wiemy, że jednych stać na najlepsze kancelarie prawnicze, a innych nie?

(…)

Podobnie jest z edukacją i opieką zdrowotną, co widać szczególnie w takich krajach jak Stany Zjednoczone, które mocno sprywatyzowały obie sfery. Formalnie wszyscy Amerykanie mają takie same prawa człowieka, a w praktyce możliwość realizacji tych praw będzie zależała od ich zamożności.

Jak pisze Rowan Hooper, autor książki „How to Spend a Trillion Dollars: Saving the World and Solving the Biggest Mysteries”, odnośnie do opieki zdrowotnej: „Jeśli chcesz osiągnąć ogromne korzyści zdrowotne w skali globalnej i sprawić, że będą trwałe, to istnieje jedno poważne, ambitne, trudne, złożone i kosztowne rozwiązanie, które należy wdrożyć. Rzecz, o której niechętnie mówią miliarderzy i rzadko w nią inwestują: powszechna opieka zdrowotna”.

Nie inaczej jest z edukacją, możliwościami przemieszczania się czy ochroną prawną. Nic nie wpływa na te rzeczy tak dobrze, jak upowszechnienie dostępu do nich, a to najłatwiej osiągnąć przez finansowanie tego typu dóbr ze środków publicznych.


Źródło
Opublikowano: 2021-05-24 09:20:51

Problemy młodych to tykająca bomba polityczna

Tomasz Markiewka:


Nie jest wielką tajemnicą, że marketing polega głównie na generowaniu w konsumentach coraz to nowych potrzeb. „Moja praca to wytwarzanie popytu w połączeniu z późniejszym przesadnym zachwalaniem produktów sprzedawanych w odpowiedzi na niego” – zwierzał się jeden z przedstawicieli branży w mailu do Davida Graebera, słynnego antropologa. Nigdy wcześniej marketingowcy nie mieli tak bogatego zestawu narzędzi do manipulowania nami. Reklamy telewizyjne i billboardy to tylko przedsionek przemysłu manipulacji. Dzisiaj prym wiodą internetowe algorytmy, które znają nas lepiej niż my sami, a influencerzy oraz celebryci wykorzystują najpotężniejszą broń ze wszystkich – emocjonalne przywiązanie.

Wykorzystuje się także wymyślne aplikacje, które najpierw nas uzależniają, a potem żądają opłat za kolejne dawki narkotyku. Weźmy niby niewinną gierkę Doctor Kids skierowaną do dzieci, które mają szansę odgrywać w niej rolę doktorów w dziecięcym szpitalu. Słodkie, prawda? Tylko że w pewnym momencie na ekranie wyświetla się reklama zachęcająca do zakupu pełnej wersji gry. Jeśli dziecko ją zlekceważy, to mały pacjent, którym się zajmowało z taką troską, zaczyna potrząsać główką i płakać. Jak słusznie zauważyła Chavie Lieber, gra „jest tak skonstruowana, że decyzja o niekupowaniu niczego jest przedstawiana jako błędna; dziecko jest zawstydzane, skłaniane do myślenia, że zrobiło coś złego”.

To właśnie najmłodsze pokolenia – nie tylko dzieci, ale też nastolatki oraz ludzie po dwudziestce i trzydziestce – są pod największym obstrzałem nowoczesnych zdobyczy marketingu. Raz, że to oni są najbardziej zanurzeni w sieci. Dwa, że są w niej zanurzeni od dziecka. Nieustannie zarzuca się ich uwodzącymi wizjami konsumpcyjnego rozpasania. Wystawia na niekończący się pochód zdjęć ukazujących obrazy celebryckiego przepychu i kolejnych gadżetów z gatunku „musisz je mieć”.

Jednocześnie to właśnie młodzi coraz częściej słyszą, że – jak ujął to socjolog Radosław Markowski – „dobrze już było”. Nie liczcie na etat i stabilne warunki pracy, nie liczcie na ucieczkę przed wieloletnim kredytem, nie liczcie na to, że będziecie mieli lepiej niż pokolenia waszych rodziców. W 2016 roku McKinsey Global Institute opublikował niepokojący raport. Młodzi mieszkańcy krajów rozwiniętych – szczególnie ci mniej wyedukowani – muszą się liczyć z końcem powojennego trendu polegającego na tym, że kolejne pokolenia były bogatsze od poprzednich.

Oto gdzie zabrnął współczesny kapitalizm. Pragnienia konsumpcyjne młodych są podsycane jak nigdy, a jednocześnie możliwości ich zaspokojenia stają się coraz bardziej iluzoryczne. Obiecuje się palmy i wolność od zmartwień, daje przygniatające kredyty i ciągłą niepewność. Piękna mieszanka. Co może pójść nie tak?

Problemy młodych to tykająca bomba polityczna

Źródło
Opublikowano: 2021-05-19 11:01:19

W całej dyskusji o polskiej ochronie zdrowia i „dorzynaniu” kilku procent najbog

Tomasz Markiewka:


W całej dyskusji o polskiej ochronie zdrowia i „dorzynaniu” kilku procent najbogatszych Polaków najbardziej denerwuje mnie brak uczciwości. Pomijam nawet manipulacje typu „siedem tysięcy złotych to mało – socjaliści chcą grabić takich biedaków”. To jest manipulacja, bo osoba, która zarabia tyle na etacie, nic nie straci w wyniku nowych przepisów, osoba na samozatrudnieniu będzie zaś „dorzynana” pięćdziesięcioma złotymi miesięcznie więcej.

Wkurza mnie przede wszystkim co innego. Krytycy podniesienia (czy raczej realnego wprowadzenia) progresji milczą na temat tego, jakie miałoby być alternatywne rozwiązanie – takie, które nie „dorzynałoby” kilku procent najzamożniejszych Polaków. A tak naprawdę – jeśli chcemy być uczciwi – są tylko dwie inne drogi.

1. Zostawić system ochrony zdrowia niedofinansowanym. Wtedy pozostanie skorzystać nam z rady Klaudii Jachiry i wykupić pakiet Lux Medu. Bo przecież pandemia udowodniła, że gdy stajemy pod ścianą, całe społeczeństwo biegnie na wyścigi w stronę prywatnej służby zdrowia…

2. Dofinansować system ochrony zdrowia nie przez podniesienie progresji podatkowej, ale przez zrzucanie kosztów na barki większości społeczeństwa. Wtedy „ci pracowici i zaradni” będą mogli odetchnąć z ulgą, w przeciwieństwie do pielęgniarek, nauczycielek i całej reszty. Ekonomista Jakub Sawulski mówił kiedyś, że mamy najgłupszy system podatkowy na świecie, bo nauczyciele płacą proporcjonalnie wyższe podatki niż zarabiający kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych menadżerowie na fikcyjnym samozatrudnieniu. Takie rozwiązanie tylko pogłębiłoby ten problem.

Byłoby więc super, gdyby ci, którzy mówią „A”, powiedzieli też „B”. Jeśli nie te straszne kilkudziesięciozłotowe gułagi dla zamożniejszych, to co? Olewamy system ochrony zdrowia czy może dowalamy najmniej zamożnym?

Śmiało, niech ci publicyści i komentatorzy polityczni, którzy tak dzielnie bronią „pracowitych i zaradnych”, przedstawia swoje propozycje. Eliza Michalik pisze, że „biedni” – pamiętajcie, że w tym przypadku „biedni” to 90% społeczeństwa – są sfrustrowani i lubią populistyczne partie, które dowalają „ludziom sukcesu”. Niech więc nie traci odwagi i napisze wprost, jaki ma plan dla tych „biednych”.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-18 14:58:02

Słyszę od kilku dni, że mają dorzynać w Polsce klasę średnią oraz ludzi pracy. I

Tomasz Markiewka:


Słyszę od kilku dni, że mają dorzynać w Polsce klasę średnią oraz ludzi pracy. I że temu niecnemu planowi przyklaskuje ekstremistyczna lewica. Poniżej dwa urywki z tej narracji na przykładzie klasyka gatunku, czyli Tomasza Lisa:

„Od wczoraj czytam o solidarności społecznej. W wersji PiS – lewicowej polega ona na tym, żeby zarżnąć tych którzy wykazują się inicjatywą i przedsiębiorczością, za dużo myślą i pracują. Nacjonalistyczne i czerwone komuchy takich ludzi tworzących klasę średnia musza łupić”.

„Nie ucz się za dużo, nie myśl za dużo, nie pracuj za dużo, nie dokształcają się i nie rozwijaj za bardzo. Za wszystko to dostaniesz w łeb. Siedź, odpoczywaj, czekaj na pomoc państwa, popieraj i nie przeszkadzaj. Nowy ład”.

Mnie w Polskim Ładzie kilka rzeczy poważnie niepokoi (np. cięcia wpływów państwowych), ale te uwagi o dożynaniu odnoszą się do jednej kwestii: zmian w podatkach i składce zdrowotnej. Mam w związku z tym kilka pytań.

1. Zmiany, które chce wprowadzić PiS, sprowadzają się do drobnego (zbyt małego, moim zdaniem) zwiększenia progresji w Polsce. 90% Polaków i Polek albo na tym zyska, albo nie odczuje różnicy, lekko straci garstka najbogatszych. Tak działa progresja. I teraz, kiedy T. Lis pisze, że te zmiany uderzają w pracowitych, a sprzyjają tym, co „czekają na pomoc państwa”, to co chce powiedzieć? Że 90% z nas nie należy do grona pracowitych? Że pielęgniarki, ratowniczki medyczne, nauczycielki, sprzedawczynie, itd., itd. nie za dużo myślą i nie za dużo pracują?

2. Progresja podatkowa to europejski standard. Zastanawiam się więc, czy kiedy T. Lis pisze o „czerwonych komuchach”, to ma na myśli także rządy Niemiec, Dani, Finlandii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii. Słowem, wszystko to, co zwykliśmy nazywać skrótowo „Europą” oraz „Zachodem”? Czy to jest promocja narracji skrajnej prawicy, że Unia Europejska to jeden wielki spisek marksistowski? Czy T. Lis namawia nas do wypisania się z tego spisku?

3. Lista ekonomistów i ekonomistek, które popierają progresję podatkową, jest bardzo długa. Znajdziecie na niej największe sławy, zdobywców najbardziej prestiżowych nagród, ludzi pracujących na czołowych uniwersytetach. Czy. T. Lis sądzi podobnie jak minister Czarnek, że środowiska intelektualne są marksistowskim koniem trojańskim współczesnego świata? I że mamy się od nich odciąć?

Powiecie, że stroję sobie żarty. Ale ja na serio chciałbym, żeby ktoś w końcu skonfrontował ludzi, którzy wypisują takie rzeczy jak T. Lis, z tymi prostymi pytaniami. Albo chociaż z jednym. Chcemy budować nowoczesne, solidarne, europejskie państwo, czy nie? I żeby było jasne, temu, co proponuje PiS, daleko do takiego państwa. Problem polega na tym, że język T. Lisa jeszcze bardziej nas od niego oddala.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-17 12:55:30

Jeszcze kilka słów na temat Bartłomieja Sienkiewicza, bo widzę, że w różnych mie

Tomasz Markiewka:


Jeszcze kilka słów na temat Bartłomieja Sienkiewicza, bo widzę, że w różnych miejscach powraca bardzo ciekawy temat „maksymalizmu etycznego”. Sienkiewicz twierdzi, że „maksymalizm etyczny” jest cechą charakterystyczną współczesnej lewicy i zagraża istocie liberalizmu. Niektórzy traktują to jako trafną diagnozę naszego świata. Mam wątpliwości. Oto dlaczego:

1. Sienkiewicz powołuje się na tekst Tomasza Sawczuka „Nagle wszystko stało się etyczne”. Główna teza jest taka, że dziś każde działanie – od wyborów konsumenckich po wypowiedzi na fb – jest oceniane moralnie. Zgadzam się z tym. Jednocześnie chciałbym zauważyć, że od tej tezy daleko do stwierdzenia Sienkiewicza, iż (a) maksymalizm etyczny to domena lewicy i (b) że jest to coś niebezpiecznego.

2. Czy naprawdę maksymalizm etyczny to domena lewicy? Przypomnijcie sobie o zbiórce na komputer sprzed kilku tygodni, którą urządziła lewicowa aktywistka. To nie lewica, ale liberałowie i prawica zaczęli do niej strzelać z etycznych armat, prawiąc morały na temat etyki pracy. I jak się nad tym zastanowić, liberałowie przez całą III RP bardzo chętnie próbowali sprowadzić do moralnego narożnika ludzi, którzy nie wpisywali się w ich ideał dobrego obywatela. Czy wtedy to nie był maksymalizm etyczny?

3. To mi przypomina uwagę Davida Greabera na temat tego, czemu liberałowie tak bardzo nienawidzą lewicy. Otóż dlatego, że lewica ogrywa liberałów w ich ulubionej konkurencji – wykazywaniu moralnej wyższości. Moim zdaniem w Polsce ma to dodatkowy wymiar, bo liberałowie od początku III RP szczycili się tym, że reprezentują nowoczesność, zachodniość i europejskość. A potem przychodzi ta wstrętna „młoda lewica” i mówi im: ej, ale wasze poglądy na prawa mniejszości i kobiet, na politykę podatkową, itd. to są takie średnio nowoczesne. Burzenie tego wypracowywanego latami wizerunku wywołuje w naszych liberałach furię.

4. Więc raz jeszcze: problemem jest maksymalizm etyczny czy strącenie z piedestału? Czy żale Sienkiewicza nie przypominają trochę żali prawicy na poprawność polityczną? Sztuka była polityczna od zawsze, ale dopiero gdy ta polityczność przesunęła się ździebko na lewo prawicowcy zaczęli uderzać w dzwony alarmowe, krzycząc „Uwaga! Uwaga! Upolitycznienie!”.

5. No dobrze, ale czy maksymalizm etyczny miewa groźne konsekwencje? Oczywiście, na przykład może mieć efekt przytłaczający – trudno podołać psychicznie, jeśli przykładamy moralną miarę do każdego naszego wyboru. Dlatego zgadzam się z Sawczukiem, że dobrym rozwiązaniem jest przerzucanie przynajmniej części odpowiedzialności z jednostki na instytucje. Ba, napisałem o tym ostatnio książkę w kontekście kryzysu klimatycznego. I nie jestem tutaj żadną awangardą, bo lewica od lat podkreśla, że trzeba patrzeć na systemowe uwarunkowania naszych zachowań, a nie skupiać się na dyscyplinowaniu jednostek. Ale Sienkiewicz nie wspomina o tym wątku ani słowem.

6. Zamiast tego robi coś przedziwnego. Jako przykład lewicowego maksymalizmu etycznego podaje walkę o prawa osób transpłciowych. Jak mówi: „To lewica specjalizuje się (…) w stawianiu w centrum zainteresowania grup, na przykład takich jak osoby transpłciowe, które stanowią 0,5 procent społeczeństwa amerykańskiego, a których sytuacją tak naprawdę mierzymy wszystkie inne grupy społeczne”. Po pierwsze, co jest takiego niebezpiecznego w tym, że stan społeczeństwa mierzy się sytuacją ludzi, którzy są jego najsłabszą (najbardziej dyskryminowaną) częścią? Po drugie, co to jest za argument, że problem dotyczy niewielkiego procenta społeczeństwa? Czy gdyby Sienkiewicz przeniósł się do USA z czasów niewolnictwa, to swoje poparcie dla walki z niewolnictwem warunkowałby tym, ilu procent społeczeństwa dotyczy ten problem? Po trzecie, co to w ogóle znaczy, że lewica stawia ten temat w „centrum zainteresowania”? Że o nim wspomina? Owszem, robi to. I trochę mnie dziwi, że liberała przeraża perspektywa rozmawiania o prawach mniejszości. A może chodzi o to, że lewica interesuje się tylko tym tematem? W takim razie to po prostu nieprawda – zarówno w odniesieniu do lewicy amerykańskiej, jak i polskiej.

7. W ogóle liberalizm Sienkiewicza jest strasznie zlękniony. Teoretycznie ten nurt powinien kojarzyć się z postępowością, otwartością na świat, odwagą. A tu jeden wielki strach przed zmianami społecznymi. Po co nam w Polsce taki liberalizm, skoro mamy już silną prawicę?

Źródło
Opublikowano: 2021-05-12 16:08:34

Bartłomiej Sienkiewicz ma reputację „tego kumatego” w środowisku PO. Dlatego z c

Tomasz Markiewka:


Bartłomiej Sienkiewicz ma reputację „tego kumatego” w środowisku PO. Dlatego z ciekawością zasiadłem do lektury wywiadu, który przeprowadziła z nim „Kultura Liberalna”. Tym bardziej, że rzecz dotyczyła stanu liberalizmu – temat, którym sam chętnie podejmuję.

Uderzyła mnie jedna rzecz.

Sienkiewicz nie ma nic, ale to nic do powiedzenia o kryzysie klimatycznym.

Ani o nierównościach społecznych.

Ani o problemach mieszkaniowych Polaków i Polek.

Ani o uśmieciowionym rynku pracy.

Ani o stanie ochrony zdrowia w Polsce.

Ani o prawach kobiet i mniejszości.

A nie, przepraszam, o tę ostatnią kwestię zahacza, gdy straszy „maksymalizmem etycznym” i „cancel culture”. Rozumiecie to? W kraju Ordo Iuris, w kraju, gdzie prawa mniejszości należą do najsłabszych w Europie, w kraju, gdzie kobiety są poddawane coraz większym represjom, w tym właśnie kraju nowoczesny, kumaty, polski liberał nie ma nic do powiedzenia poza podjęciem ulubionych tematów amerykańskiej prawicy – że, ło jeny, lewica atakuje maksymalizmem etycznym.

Sienkiewicz podejmuje jeszcze temat… zakazu palenia w Nowej Zelandii.

Niektórzy się zachwycają, jaki erudycyjny jest ten wywiad. Ale ta erudycja sprowadza się do klepania ogólnikowych regułek o wolności i straszenia, że lewica „wydrąża liberalną duszę”.

Może znacie to uczucie – kiedy człowiek zacznie szybko powtarzać jakieś słowo, powiedzmy „owsianka”, to po jakimś czasie przestaje rozumieć, co to słowo znaczy – staje się ono tylko dźwiękiem bez znaczenia. Coś takiego stało się z polskim liberalizmem, a przynajmniej z tym odłamem, który reprezentuje Sienkiewicz. Były minister tak bardzo brandzluje się słowem „wolność”, że sam już chyba nie wie, co ono znaczy. A na pewno nie potrafi odnieść go do codziennego doświadczenia Polek i Polaków, którzy – zaryzykuję – mają trochę inne problemy niż „wydrążanie liberalnej duszy”.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-11 09:24:55

„Jedynym ratunkiem dla podtrzymania znaczenia lewicy jest współpraca z progresyw

Tomasz Markiewka:


„Jedynym ratunkiem dla podtrzymania znaczenia lewicy jest współpraca z progresywnym liberalizmem” – napisał kilka dni temu Jakub Wencel. Nie on jeden tak sądzi. Wątek potrzeby współpracy lewicy z liberałami ciągle powraca w polskiej publicystyce.

Mnie taki sojusz wydaje się ciekawym rozwiązaniem, może nie idealnym, ale jak na polskie warunki – dominacja prawicy – byłby więcej niż ok. Mam tylko jedną wątpliwość.

Kiedy lewica wejdzie już w sojusz z tą grupką kilkunastu publicystów i publicystek, to nadal może nie mieć większości parlamentarnej.

Bo do tego sprowadza się dziś „progresywny liberalizm” w Polsce. Mamy środowisko „Kultury Liberalnej”, kilka sensownych osób w „Liberte”, kilka w „Gazecie Wyborczej”, pewnie nawet w „Krytyce Politycznej” są ludzie, którzy tak się postrzegają. No dobra, może uzbiera się z tego kilkadziesiąt albo nawet kilkaset „progresywnych liberałów i liberałek”, ale nadal byłby to precedens na skalę światową, gdyby lewicowe partie weszły w sojusz z publicystami.

Powiecie, że dworuję sobie. Ale serio – czy ktoś widział na polskiej scenie politycznej jakiś „progresywny liberalizm”?

Czy „progresywnym liberałem” jest Borys Budka, który w kraju Ziobry, Czarnka i Ordo Iuris chce walczyć z „czerwonym ekstremizmem”?

Czy „progresywną liberałką” jest Katarzyna Lubnauer krzycząca „komunizm” za każdym razem, gdy widzi jakiś europejski standard?

Albo Klaudia Jachira, która zastanawiała się ostatnio, czy aby rozwiązaniem alkoholizmu nie jest zagłodzenie całych rodzin, w których jedna osoba ma problem z alkoholem, przez odcięcie ich od pomocy socjalnej?

Albo Ryszard Petru śmieszkujący z globalnego ocieplenia i zalecający osobom LGBT+, żeby się nie obnosiły?

Albo młodzieżówka Nowoczesnej, która przestrzega przed dyskryminacją białych mężczyzn?

Ludzie często śmieją się z partii Razem, że ma dwa procent poparcia. Przepraszam bardzo, ale to wciąż o dwa punkty procentowe więcej niż partia „progresywnych liberałów”, która na razie pozostaje publicystyczną fantazją.

To już więcej sensu ma mówienie o współpracy lewicy z „progresywnym konserwatyzmem” Hołowni. Żeby było jasne – nie namawiam do takiego sojuszu, nie mówię, że „progresywny konserwatyzm” Hołowni jest czymś więcej niż zabiegiem PR, mówię tylko, że ma on jedną zasadniczą przewagę nad „progresywnym liberalizmem” – jest, funkcjonuje na polskiej scenie politycznej.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-10 10:09:02

Jakiś czas temu Krzysztof Stanowski poświęcił kawałek swojego programu mojej skr

Tomasz Markiewka:


Jakiś czas temu Krzysztof Stanowski poświęcił kawałek swojego programu mojej skromnej osobie. Przypadła mi zaszczytna rola reprezentowania „oszalałej lewicy”. Pan Krzysztof reprezentował, ma się rozumieć, „ludzi normalnych” (jego własne określenie).

Od razu przypomniało mi się, jak kiedyś skrytykowałem Stanowskiego na Twitterze, pisząc przy okazji, że ma prawicowe poglądy. Zleciało się wtedy całkiem sporo jego fanów, którzy czuli się oburzeni tą sugestią. Jak to? Przecież on przemawia w imieniu czystego rozumu, zdrowego rozsądku, ewentualnie jest centrystą, najnormalniejszym z normalsów, ale na pewno nie ma żadnych poglądów ideologicznych.

Stylizowanie się na „pozaideologiczny głos w twoim domu” to oczywiście bardzo popularny gest. Kiedy na przykład Borys Budka mówił, że walczy zarówno z brunatnym, jak i czerwonym ekstremizmem, to próbował nieudolnie przywdziać tę stylówę.

Program Stanowskiego to dobry pretekst, żeby przypomnieć kilka rzeczy.

1. Bycie „w centrum” nie jest żadnym gwarantem słuszności, rozumności czy rozsądku. Kiedyś centrowym poglądem było stwierdzenie, że może i kobiety nie są niższym podgatunkiem człowieka, ale przyznawanie im praw wyborczych to też przesada. Czy ktoś dziś wspomina ludzi o takich poglądach jako wzory zdrowego rozsądku? Zresztą nie musimy sięgać tak daleko. Sprawdźcie sobie, jakie poglądy kilkanaście lat temu uchodziły w Polsce za zdroworozsądkowe, umiarkowane czy centrystyczne w kwestii praw kobiet, praw mniejszości czy kryzysu klimatycznego. I spytajcie ludzi, którzy je wygłaszali, szczególnie znanych polityków i komentatorów politycznych, czy są dziś z tego dumni. Ja do dziś nie mogę się doprosić komentarza od Leszka Balcerowicza, czy nadal uważa, że to nie globalne ocieplenie, lecz polityka klimatyczna Unii Europejskiej zagraża Polsce.

2. Stylizowanie swoich poglądów na nieideologiczne samo w sobie jest zabiegiem ideologicznym. Fajnie tłumaczył to koreański ekonomista Ha-Joon Chang na przykładzie fundamentalistów rynkowych: „Kiedy więc wolnorynkowi ekonomiści mówią, że nie powinno się wprowadzać pewnej regulacji, bo ograniczyłaby ona „wolność” na jakimś rynku, to po prostu wyrażają polityczną opinię o tym, że odrzucają prawa tych, których proponowane ograniczenia miałyby bronić. Zakładają ideologiczną maskę, która ma nas przekonać, że prowadzona przez nich polityka nie jest tak naprawdę polityczna, ale stanowi obiektywną ekonomiczną prawdę, podczas gdy polityka innych ludzi jest polityczna. A tak naprawdę wolnorynkowi ekonomiści są w równym stopniu politycznie motywowani, co ich oponenci”.

3. Stanowski ma prawicowe poglądy, momentami – straszenie feminizmem, socjalizmem i poprawnością polityczną – do bólu wręcz stereotypowe. Byłby z niego doskonały komentator w Fox News albo członek Partii Republikańskiej. I wykorzystuje „Kanał Sportowy” do ich propagowania pod płaszczykiem zdroworozsądkowych komentarzy. Ostatnio promował znanego denialistę klimatycznego i rynkowego fanatyka Roberta Gwiazdowskiego. Zjawisko tym niebezpieczniejsze, że zapewne Stanowskiego ogląda sporo młodych osób, głównie mężczyzn, którzy mogą być wyjątkowo podatni na przyjmowanie prawicowej narracji sprzedawanej jako głos „ludzi normalnych”.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-07 12:03:30

Napiszę coś niepopularnego.

Tomasz Markiewka:


Napiszę coś niepopularnego.

W sprawie Funduszu Odbudowy cała tzw. „demokratyczna opozycja” – od Lewicy po Koalicję Obywatelską – jest ofiarą publicystycznych fantazji.

Część komentatorów od tygodni roztaczała wizję, że opozycja może obalić rząd albo wymusić na nim praworządność.

Nie, nie mogła. Opozycja w starciu z tymi fantazjami była od początku na przegranej pozycji.

To jest głębszy problem związany z tym, że niektórzy komentatorzy polityczni – jak pewien redaktor naczelny – wmówili sobie, że stoją na czele szarży w obronie demokracji. A tak naprawdę klepią tylko w kółko te same tweety i te same teksty z patetycznymi odezwami.

Napisać „Nie negocjuje się z dyktatorami!” jest łatwo. Właśnie to zrobiłem. Mogę jeszcze napisać „Polska praworządna!” – zobaczcie, jaki ze mnie bohater demokracji. Albo „Opozycja ma 24 godziny na obalenie PiS-u!”. Teraz to jestem już bardziej demokratyczny niż sam Roman Giertych.

Ale gdy wiesz, że od twojego głosu zależą miliony złotych – w tym przypadku miliony euro – to sprawy robią się ździebko bardziej skomplikowane.

Niektórzy członkowie Koalicji Obywatelskiej w panicznym odruchu – nie wiedząc, co zrobić w obliczu tych publicystycznych fantazji – próbowali przerzucić winę na Lewicę, wygłaszając bzdury na temat „paktu Ribbentrop–Mołotow” (Radosław Sikorski). Niezłomni komentatorzy z radością przyklaskiwali. Co bardziej przytomni członkowie KO, jak Franek Sterczewski, mówili jednak wprost, że tu nie chodzi o rozgrywki z PiS-em, ale o przyszłość Europy.

No właśnie.

Ze smutkiem obserwowałem, jak w całej tej dyskusji umyka podstawowy fakt: Fundusz Odbudowy nie jest o polskim grajdołku, ale o Unii Europejskiej. Żyjemy w trudnych czasach: pandemia, kryzys klimatyczny, perspektywa milionowych migracji z Afryki i Azji, kryzysy finansowe, coraz silniejsze nastroje nacjonalistyczne. Od tego, jak zareaguje Unia – a więc także my – zależy przyszłość Europy.

Dyskusji na ten temat w ogóle nie było. Mieliśmy świetną okazję porozmawiać o wspólnocie europejskiej, zmarnowaliśmy ją na rojenia o obaleniu PiS-u razem z Gowinem i Ziobro. Albo na publicystyczne licytowanie się na to, kto jest twardszą opozycją. Z czego pewnie najbardziej cieszyli się Ziobro i Bosak.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-05 11:16:05

Ostatnie tygodnie to zalew mądrości w rodzaju „Pracą, nie zasiłkami, buduje się

Tomasz Markiewka:


Ostatnie tygodnie to zalew mądrości w rodzaju „Pracą, nie zasiłkami, buduje się dobrobyt”, „Nie stać cię? Idź do pracy”, „Gdyby tylko młodzi wiedzieli, ileśmy pracowali w PRL-u”. Pozwólcie, że w związku z tym po raz kolejny przypomnę kilka rzeczy, które powinny być oczywiste, ale niestety nie są.

1. Jeśli masz w kraju setki tysięcy ludzi, których nie stać na mieszkania, to hasełka o pójściu do pracy im nie pomogą. Rzecz bowiem nie w tym, że te osoby nie pracują, ale w tym, że płace są zbyt niskie w stosunku do ceny mieszkań (lub ceny mieszkań są zbyt wysokie w stosunku do płac). Setki tysięcy ludzi sfrustrowanych warunkami pracy nie oznacza zaś setek tysięcy indywidualnych problemów, ale jeden wielki problem społeczny.

2. Jeszcze żaden kraj w historii świata nie wzbogacił się w taki sposób, że jego obywatele pomyśleli sobie „Kurde, pora zabrać się do roboty”. Znamy za to przykłady krajów, które wzbogaciły się dzięki mądrej polityce gospodarczej, która oznaczała między innymi szerokie programy inwestycji publicznych.

3. W ogóle stwierdzenie, że „praca to droga do bogactwa” jest na poziomie jednostkowym najzwyczajniej w świecie fałszywe. Wiemy z historii, że miliony ludzi nie tylko nie dorobiły się swoją pracą bogactwa, ale nawet środków, które zapewniałyby godne życie. Kobiety wykonujące darmowe prace domowe i opiekuńcze, amerykańscy niewolnicy budujący kapitalizm, robotnicy harujący po kilkanaście godzin dziennie w fabrykach czy kopalniach.

4. Ci ludzie – albo ich potomkowie – zaczęli czerpać korzyści ze swojej pracy dopiero wtedy, gdy kolejne państwa zdecydowały się pójść w – jakby to powiedzieli Ryszard Petru czy Borys Budka – „komunizm” i zainwestowały w wodociągi, ochronę zdrowia, edukację czy zasiłki.

5. Bo – oto wielka tajemnica, której nie usłyszycie z ust orędowników harówki – polityka socjalna nie jest przeciwieństwem pracy. Nie stoimy przed wyborem: albo państwo zachęca do pracy, albo państwo idzie w rozdawnictwo. To może być szok dla części gwiazd polskiego dziennikarstwa, ale jeśli państwo zapewnia ludziom porządną opiekę zdrowotną, to ci mogą lepiej pracować, bo są zdrowsi. Jeśli państwo zamiast ciąć wydatki, inwestuje w godne płace dla nauczycielek, ratowniczek medycznych, pielęgniarek, itd., to – niespodzianka, niespodzianka – zachęca do pracy, a nie zniechęca. Jeśli państwo gwarantuje wszystkim siatkę zabezpieczeń socjalnych, także w formie zasiłków, to również sprzyja pracy, bo zasiłki oznaczają mniej stresu i mniej dzieci żyjących w ubóstwie. To może być kolejny szok, ale dorastanie w biedzie i nieustannej niepewności nie sprzyja ani rozwojowi, ani produktywnej pracy.

6. Ostatnia rzecz. Tysiące ludzi sfrustrowanych swoją sytuacją to jeden problem. Ale jeśli ci ludzie słyszą, jak znani dziennikarze z rechotem dzielą się złotymi myślami w rodzaju „Idźcie do pracy!”, to nagle pojawia się dodatkowy kłopot związany z ich poniżaniem. Myśmy w III RP już to przerobili. Części nadwiślańskich entuzjastów turbokapitalizmu nie wystarczyło, że ludzie zmagali się z bezrobociem i biedą, musieli ich jeszcze dodatkowo upokorzyć, rzucając wyzwiskami o roszczeniowości, niezaradności i mentalności homo sovieticusa. Polityczne konsekwencje tej głupoty ponosimy do dziś. Niektórzy nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków.

Źródło
Opublikowano: 2021-05-03 09:50:15

Polscy samozwańczy „liberałowie”, „centryści” i „obrońcy zdrowego rozsądku” mają

Tomasz Markiewka:


Polscy samozwańczy „liberałowie”, „centryści” i „obrońcy zdrowego rozsądku” mają pewien problem z Joe Bidenem.

Gdy Biden pokonał w prawyborach Sandersa, a potem w wyborach Trumpa, uznali to za wielkie zwycięstwo własnej filozofii politycznej. „Widzicie, widzicie? Żaden radykalizm, ani z lewa, ani z prawa, tylko nasz, liberalny centryzm”.

Problem polega na tym, że – jak się okazało – program Bidena w niczym nie przypomina tego, co głoszą owi centryści. Prezydent USA chce zwiększać świadczenia społeczne, podwyższać podatki najbogatszym i ingerować w rynek za pomocą państwowych regulacji oraz inwestycji. Innymi słowy, jego plan działania pokrywa się z tym, co głosi polska lewica, zwana przez Borysa Budkę „czerwonym ekstremizmem”.

I to trochę głupio wygląda, że amerykański centrysta chce robić dokładnie to, co zdaniem polskich centrystów jest przejawem komunizmu. Bo coraz trudniej udawać, że za retoryką zdrowego rozsądku nie kryją się przestarzałe hasełka sprzed trzydziestu lat.

Łukasz Dąbroś podjął na Twitterze rozpaczliwą próbę połączenia polskiego centryzmu z amerykańskim, pisząc, że Biden – w przeciwieństwie do roszczeniowej polskiej lewicy – mówi o „godności pracy”.

Przykro mi, ale to kolejne pudło. Rzeczywiście, Biden mówi o godności pracy, ale co ma na myśli? Ano między innymi podniesienie płacy minimalnej (i to z 7,25$ aż do 15$) oraz wzmocnienie roli związków zawodowych. Czyli znowu rzeczy, które prędzej znajdziecie w programie polskiej lewicy niż u polskich centrystów. I – uwaga, uwaga! – w przeciwieństwie do Agnieszki Gozdyry Biden mówiąc o „godności pracy”, nie ma na myśli pochwały nielegalnego zatrudniania dzieci.

Pora się z tym pogodzić – już nie tylko Europa, ale nawet Stany Zjednoczone daleko odjechały naszym centrystom. Więc kiedy mówią, że znajdują się w centrum, to należałoby zapytać „centrum czego?”. Partii Donalda Trumpa?

Źródło
Opublikowano: 2021-04-30 11:49:42

W 2009 roku administracja Baracka Obamy pożyczyła 535 milionów dolarów producent

Tomasz Markiewka:


W 2009 roku administracja Baracka Obamy pożyczyła 535 milionów dolarów producentowi paneli fotowoltaicznych Solyndra. Firma po czterech latach upadła. Dla wielu był to kolejny dowód na to, że rząd musi trzymać się jak najdalej od rynku, że nie powinien trwonić pieniędzy na inwestycje, że nie może „wybierać zwycięzców”.

W tym samym roku rząd USA pożyczył podobną sumę jeszcze jednej firmie. Być może o niej słyszeliście. To Tesla, na której czele stoi Elon Musk. I jaka była reakcja? Pochwała dobrej inwestycji państwa? Gdzie tam. Musk uchodzi dziś za przykład wybitnego przedsiębiorcy, który „własnymi rękoma” stworzył coś niesamowitego, więc rząd powinien się od niego odwalić i nie gnębić go podatkami.

Dwa różne rezultaty – ale puenta, którą się wtłacza do naszych głów, pozostaje taka sama. Rynek zawsze dobry, państwo zawsze złe.

Oba przykłady zaczerpnąłem z „Mission Economy”, najnowszej książki świetnej ekonomistki Mariany Mazzucato.

Mazzucato podkreśla, że to nie jest tylko kwestia wizerunku państw i firm. „Prawdziwym problemem jest uspołecznianie ryzyka i prywatyzacja zysków” – pisze. Jeśli jakiejś firmie się nie powiedzie, albo jeśli trzeba ratować daną korporację czy instytucję finansową przed bankructwem za pomocą rządowych pieniędzy, to koszty ponosi całe społeczeństwo. Jeśli zaś firma osiągnie sukces, to większość zysków płynie w kierunku garstki osób stojącej na jej czele.

W ten sposób tworzy się bogaczy o ogromnej władzy, z której ci korzystają w mocno wątpliwy sposób. Weźmy Muska. W środku pandemii czuł się tak silny, że ogłosił publicznie, iż nie zamierza się stosować do stanowych przepisów bezpieczeństwa. Mnóstwo osób go poparło, bo wiadomo: taki „bogaty”, taki „genialny”, do wszystkiego doszedł „sam” (swoją drogą moja ulubiona historia z dzieciństwa Muska to ta, jak w wieku kilkunastu lat sprzedawał szmaragdy ojca – gdyby każdy był taki zaradny…).

Innym problemem jest to, że taka fałszywa opowieść o świecie prowadzi do błędnych decyzji. To właśnie historyjki o tym, że prywatne zawsze lepsze od państwowego zachęcały do outsourcingu usług publicznych. Czasem z fatalnymi skutkami.

Kolejny przykład z książki Mazzucato: w Wielkiej Brytanii między 2010 a 2014 rokiem wydatki państwowej opieki zdrowotnej na prywatne firmy konsultingowe wzrosły o ponad 300 milionów funtów. Badania przeprowadzone w 120 brytyjskich szpitalach wykazały, że zwiększenie nakładów na firmy konsultingowe nie tylko nie pomogło pacjentom, ale wiązało się z OBNIŻENIEM wydajności tych placówek.

To nie znaczy, że państwo jest zawsze dobre, że nigdy nie marnotrawi środków, że nie prowadzi do korupcji, że nie może być przejęte przez partyjnych baronów. Mazzucato nie mówi „państwo jest bez skazy”, lecz „państwo jest niezbędne”.

Ludzie narzekający na interwencjonizm państwowy nie mają skrupułów, by wyciągać ręce po państwowe pożyczki i dofinansowania, by korzystać z pracowników wykształconych za publiczne środki, by używać infrastruktury finansowanej z podatków. Gdy przychodzi kryzys, to wszyscy uciekają pod państwowy parasol.

Przestańmy więc powtarzać bajki, że państwo ma się nie wtrącać w rynek, a zacznijmy się zastanawiać, jak urządzić to państwo, żeby sprzyjało większości społeczeństwa, a nie garstce najbogatszych i najbardziej wpływowych. Amerykanie, po kilku dekadach bezkrytycznej wiary w rynek, zaczynają to rozumieć – administracja Bidena ogłosiła inwestycje na cztery biliony dolarów. Czy i my zaczniemy?

Źródło
Opublikowano: 2021-04-29 10:47:30