O historii tego człowieka dowiedziałam się niedawno. Ale odkąd ją poznałam, siedzi mi w głowie i nie jestem w stanie prz

Urszula Kuczyńska

O historii tego człowieka dowiedziałam się niedawno. Ale odkąd ją poznałam, siedzi mi w głowie i nie jestem w stanie przestać o niej myśleć. Jest jednocześnie tak absurdalna, straszna i śmieszna, że aż trudno uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę. A się wydarzyła, naprawdę.

Otóż w czasach, kiedy podczas II wojny światowej, USA prowadziły Projekt Manhattan, czyli prace nad bronią jądrową, właściwości i wpływ promieniowania jonizującego na ciało człowieka nie były jeszcze dobrze rozpoznane. Kilka dziwnych wypadków przy pracy – np. ten, kiedy w sierpniu 1944 roku chemik Don Mastick najadł się chlorku plutonu, który przypadkiem obryzgał mu twarz – sprawiło, że kierownictwo projektu wskazało na pilną i dużą potrzebę uruchomienia badań nad tym, jak zachowuje się pluton w ludzkim ciele i co się tam z nim dzieje.

Oba izotopy plutonu, z którymi pracowano – Pu 238 i Pu 239 – są jednak niezwykle trudne do wykrycia w ciele człowieka z uwagi na emitowane przez siebie promieniowanie alfa. Promieniowanie alfa jest łatwo zatrzymywane przez chociażby ludzki naskórek – nie da się go więc wykryć z zewnątrz ciała. Jedyny sposób, aby stwierdzić obecność plutonu w ciele to – oprócz interwencji chirurgicznej – badania wydalin: kału i moczu.

W kwietniu 1945 w USA wydano zgodę na przeprowadzenie nieetycznego i bardzo wątpliwego moralnie eksperymentu na ludziach z wykorzystaniem plutonu.

Albert Stevens, malarz pokojowy z Ohio, zgłosił się do szpitala w San Francisco z potwornym bólem brzucha. Wstępne rozpoznanie widniało na skierowaniu do szpitala: “podejrzenie nowotworu złośliwego żołądka”. Zarówno radiolog, jak i chirurg, którzy badali Alberta prawdopodobnie się tym zasugerowali i faktycznie zdiagnozowali u niego raka żołądka – w terminalnym stadium. Obaj polecili jednak wykonanie gastroskopii w celu potwierdzenia diagnozy, ale z nieznanych przyczyn – tej nigdy nie wykonano. Alberta i jego rodzinę przygotowano psychicznie, że chory ma przed sobą co najwyżej kilka tygodni życia.

Jako terminalnie chorego pacjenta z wyrokiem śmierci nad głową, Alberta zakwalifikowano do tajnych testów na ludziach. Został “obiektem CAL-1” i w tajemnicy przed wszystkimi – również przed szeregowym personelem szpitala – podano mu zastrzyk, który zawierał 0,2 mikrograma Pu 238 i 0,75 mikrograma Pu 239. To wielokrotnie więcej niż wynosi śmiertelna, szacowana we wszelkich podręcznikach dawka.

Minęło kilka dni a z Albertem nic się nie działo. Nie przejawiał żadnych skutków przyjęcia śmiertelnej dawki radioaktywnego plutonu.

Lekarze zadecydowali więc o operacji w celu usunięcia raka żołądka a prowadzący eksperyment poprosili o pobranie próbki tkanek w celu ustalenia, ile wynosi stężenie plutonu w guzie, który zabija Alberta.

Jakie było przerażenie wszystkich, kiedy na stole operacyjnym chirurdzy … nie znaleźli żadnego raka a histopatolog potwierdził, że Stevens nie choruje na żaden nowotwór, tylko ma zupełnie niezłośliwe, ale cholernie bolesne i rozległe wrzody żołądka.

Cudowne wyzdrowienie? Nie. Po prostu mylna diagnoza.

Dla dobra … wszystkich (?) postanowiono o tym Alberta nie informować: tym bardziej, że przecież otrzymał śmiertelny zastrzyk. Sfałszowano więc historię medyczną wpisując w dokumentację „usunięcie złośliwego guza”.

Albert zaczął bardzo szybko wracać do zdrowia aż w końcu został zwolniony do domu. Powiedziano mu tylko, że z uwagi na wspaniałe rezultaty jego leczenia, lekarze potrzebują nadal monitorować jego stan, aby pomóc kolejnym pacjentom. I tak, przez rok, dzień w dzień pielęgniarka z lekarzem stażystą odwiedzali dom Stevensa, żeby odbierać od niego próbki kału i moczu. Oni monitorowali zawartość plutonu w Albercie a Albert i jego rodzina cieszyli się, że choć został doświadczalnym królikiem (co podejrzewali od dawna), to leczenie nowotworu przebiegło tak wspaniale i szybko. I że było tak cudownie skuteczne.

Albert Stevens w dobrym zdrowiu spędził kolejne 20 lat. Pod koniec dokuczał mu kręgosłup, bo pluton – jak to pierwiastek ciężki – osadził się w kościach. Albert przeżył jednak również część naukowców zaangażowanych w podanie mu śmiertelnej dawki plutonu.

W ciągu tych 20 lat, Pu 238 i Pu 239 obecne w jego ciele sprawiły, że organizm Alberta Stevensa przyjął łączną dawkę ok. 64 sV promieniowania. To więcej niż gdyby Albert stał nieruchomo, tuż obok stopionego rdzenia reaktora w Czarnobylu, przez dobre 10 minut.

Albert Stevens zmarł w wieku 79 lat na zawał serca. Do dziś pozostaje człowiekiem, który przyjął największą dawkę promieniowania w historii nauki.


Źródło
Opublikowano: 2019-12-21 18:32:45