Czy broń jądrowa i energetyka jądrowa są tym samym?

Urszula Kuczyńska

Mój kanał na YT przechodzi właśnie weryfikację do programu YTCreators, bo w zaskakująco krótkim czasie udało się tam stworzyć fajną przestrzeń, do której dołączyło ponad 1200 subskrybentów.

Na kanale zasadniczo gadam Ale gadają też ludzie w komentarzach i to jest super, bo to nie są osoby z mojej dotychczasowej banieczki informacyjnej, tylko osoby zewsząd, których na FB zapewne nigdy bym nie spotkała.

Kanał skupia się na trzech tematach: Chinach, które we właściwy sobie sposób bardzo kocham, energetyce – również jądrowej i komentarzach politycznych do bieżących wydarzeń.

Obiecałam sobie, że gdy stuknie na kanale 2000 subskrybentów to opowiem historię mojej fryzury, która wzbudza sporo zainteresowania

Słuchajcie, zapraszam Was wszystkich, nie zawsze trzeba oglądać wszystko, ale subskrybujcie i wspierajcie, bo jest to projekt, który zaczął mnie strasznie jarać.

#1KCreator

Czy broń jądrowa i energetyka jądrowa są tym samym?

Przeciwnicy wykorzystania energii jądrowej w energetyce lubią powtarzać, że elektrownia jądrowa i broń jądrowa są tym samym. Nie mają racji, ale do tego jesz…

1KCreator

Źródło
Opublikowano: 2020-08-19 15:28:38

Elektrownia jądrowa Černavoda brzegi rwie – czemu nie rwie jej EJ „Żarnowiec”?

Urszula Kuczyńska


Ponieważ ostatnio mam mało czasu na pisanie – a raczej piszę po prostu inne rzeczy i gdzie indziej niż tu – to nagrałam krótki filmik.
Porównuję w nim sytuację Rumunii, która pierwszy reaktor w elektrowni Cernavoda zaczęła budować w tym samym czasie, co my rosyjski VVER-440 w Żarnowcu, czyli w 1982.
I co?
I oni teraz najprawdopodobniej będą kończyć blok 3 i 4 a my mamy tylko ruiny, które straszą po dziś dzień.


Źródło
Opublikowano: 2020-08-10 16:19:34

W tym tygodniu, polskie media zajmujące się gospodarką i energetyką zelektryzowa

Urszula Kuczyńska

W tym tygodniu, polskie media zajmujące się gospodarką i energetyką zelektryzowała wiadomość, że podczas zbliżającej się wizyty w USA, prezydent Andrzej Duda ma rozmawiać z prezydentem Trumpem o budowie elektrowni jądrowej w Polsce. Nie można tej wiadomości oddzielić od prostej konstatacji, że trwa kampania wyborcza. Taka wizyta oraz ogłoszone później wyniki ewentualnych rozmów mogą mieć decydujący wpływ na wynik, jaki przy urnie 28 czerwca osiągnie urzędujący prezydent.

I teraz tak: bez względu, co ja sądzę o prezydenturze Andrzeja Dudy to cieszę się, że energetyka jądrowa stała się tematem wyborczym, bo to oznacza, że stała się tematem ważnym. Ja nie mam wątpliwości, że to nie tylko ważny temat, ale może w ogóle jeden z najważniejszych w kontekście trwającej suszy i tropikalnych burz, jakie nas nawiedzają ostatnio w ramach galopujących zmian klimatu. Dla mnie, ale nie tylko dla mnie, bo również dla wielu naukowców i ekspertów od dawna jest jasne, że bez atomu nie wygramy wojny o ograniczenie skutków nadchodzącej katastrofy klimatycznej.

Z technologicznego punktu widzenia, nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, czy elektrownia jądrowa, jaka stanie w Polsce będzie oparta na kanadyjskiej, amerykańskiej, koreańskiej, chińskiej, rosyjskiej, czy japońskiej technologii. Wszystkie dostępne na rynku technologie generacji 3+ są równie bezpieczne w użytkowaniu.

Co zatem ma znaczenie? Wiele czynników, które z chęcią będę stopniowo tutaj wskazywać i rozwijać. Dziś poprzestanę na dwóch:

1.Geopolityka

Nie łudźmy się, inwestycja w atom to poważna rzecz i to, jakiego partnera sobie wybierzemy jako kraj, będzie geopolityczną deklaracją. Ba, wybór partnera do takiego projektu ma też znaczenie czysto praktyczne w tym względzie: wybór jednego może zaskarbić nam większą życzliwość w strukturach europejskich, wybór innego sprawić, że europejscy sąsiedzi będą projekt sabotować jeszcze bardziej aktywnie. Nie można uciec od takich rozważań.

2. Model finansowania

Atomu nie wystarczy po prostu zbudować, abyśmy skorzystali na tym jako państwo i jako gospodarka. Model finansowania będzie kluczowy dla opłacalności projektu i dla podziału późniejszych korzyści i zysków: czy energia elektryczna będzie realnie tańsza dla odbiorców końcowych, czy też model finansowania napcha kieszenie bankom i inwestorowi a my jako konsumenci nadal będziemy płacić za prąd jak za zboże?

Nad modelem finansowania dla pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce Ministerstwo Energii pracowało przez cały okres swojego istnienia pod rządami ministra Tchórzewskiego. Świat nigdy nie ujrzał wyników tej pracy. Może boją się, że im ktoś skradnie te genialne pomysły, nie wiem.

Wiem, że tak czy inaczej na budowie elektrowni jądrowej w Polsce skorzysta klimat. I to jest dla mnie najważniejsze.


Źródło
Opublikowano: 2020-06-20 18:40:50

Historia energetyki jądrowej w Ukrainie to więcej niż tylko Czarnobyl, o wiele w

Urszula Kuczyńska

Historia energetyki jądrowej w Ukrainie to więcej niż tylko Czarnobyl, o wiele więcej. Mit Czarnobyla skutecznie jednak ukraińskie osiągnięcia w tym zakresie przyćmiewa, dlatego warto o nich regularnie przypominać.

Ukraina to kraj, w którym stoi największa elektrownia jądrowa w Europie. Chodzi tu, rzecz jasna, o Zaporoską Elektrownię Jądrową, gdzie działa 6 reaktorów zbudowanych w sprawdzonej, rosyjskiej technologii WWER-1000. Całkiem niedawno, bo w 2006 roku, w Ukrainie uruchomiono nowy reaktor w tej technologii. Stanął w elektrowni jądrowej Chmielnicki.

Energetyka jądrowa rocznie pokrywa prawie połowę zapotrzebowania energetycznego kraju a o niezwykle pragmatycznym i pozbawionym histerii stosunku Ukraińców do energetyki jądrowej najlepiej chyba świadczy fakt, że w kraju … nie działa żaden ruch antyatomowy. Myślę, że nawet gdyby zaczął, to Ukraińcy po ostatnich przygodach z Rosjanami zza miedzy, szybko wynieśliby go na butach.

Te przygody są znane i nam – nie trzeba specjalnie interesować się energetyką, żeby regularnie z polskich mediów dowiadywać się o tym, jak Kreml próbuje rozgrywać Ukrainę gospodarczo i politycznie za pomocą kurka z gazem. Próbował ich rozgrywać również za pomocą wstrzymania i utrudniania procesu dostaw paliwa jądrowego do ukraińskich elektrowni jądrowych, ale Ukraińcy wzięli się na sposób i … zmienili dostawcę paliwa. Zamiast od Rosatomu, kupują je teraz z bezpiecznym zapasem od amerykańskiego Westinghouse’a.

Brak antyjądrowej histerii w Ukrainie wcale jednak nie oznacza, że różni tacy nie próbują jej wzniecać. Idzie jednak opornie, również dlatego, że my, czy Niemcy możemy być głusi i niepomni na fakt, że feralna elektrownia jądrowa w Czarnobylu składała się z 4 reaktorów, z których awarii w 1986 uległ tylko jeden, ale w Ukrainie ludzie świetnie pamiętają, że pozostałe pracowały grzecznie i bezpiecznie przez kolejne lata (ostatni pracował do 2000 roku), obsługiwane przez załogę, której na plecach nie wyrosły dodatkowe rączki a na głowach nie wysiało się siano.

Dlatego, kiedy usłyszałam wczoraj o karkołomnym wyczynie, jakiego dokonała redakcja ukraińskiego programu telewizyjnego “Wolność słowa”, zaczęłam się śmiać.

Otóż redakcja zastosowała na ukraińskiej publice wszystkie znane nam tutaj propagandowe chwyty z zakresu Antyjądrowego ABC: postraszyła katastrofą, ofiarami, promieniowaniem, kosztami budowy sarkofagu, drastycznymi zdjęciami, efektami choroby popromiennej i górą monet potrzebną, aby zlikwidować elektrownię jądrową. Przede wszystkim – nieprzygotowana na to, co ją czeka – uruchomiła w emitowanym na żywo programie ankietę z pytaniem, czy ukraińską energetykę jądrową należy zaorać. W ankiecie wzięło udział prawie 9000 osób, z czego 70% odpowiedziało gromkim “nie, gamonie, nie zamierzamy uszczęśliwiać taką idiotyczną decyzją zielonych, rosyjskich ludzików.”

Prowadzący był niepocieszony.

Od wczoraj się z tego śmieję i myślę sobie, że RiGCz to w dzisiejszym świecie wartość deficytowa, ale jeśli chodzi o energetykę to Ukraińcy mają jej pod dostatkiem a my powinniśmy się od nich uczyć.


Źródło
Opublikowano: 2020-05-19 18:15:32

Kiedy jako nastolatka czytałam Świat Dysku po raz pierwszy, nie miałam o tym zie

Urszula Kuczyńska

Kiedy jako nastolatka czytałam Świat Dysku po raz pierwszy, nie miałam o tym zielonego pojęcia. Dziwne zrządzenie losu sprawiło, że wiele lat później, kiedy sama byłam już pracownicą sektora energetyki, natknęłam się na informację o tym, że sir Terence David John Pratchett napisał pierwsze cztery części serii Świata Dysku pracując w dziale komunikacji spółki Central Electricity Generating Board, w rejonie, gdzie zarządzała ona czterema elektrowniami jądrowymi. Sięgnęłam po “Kolor Magii”, “Blask fantastyczny”, “Równoumagicznienie” i “Morta” ponownie.

I zupełnie jak dorosły czytający dziecku “Małego Księcia”, czy “Przygody Kubusia Puchatka” dostrzega w nich nowe treści, których nie był w stanie zrozumieć, kiedy to jemu te książki w pacholęcym wieku czytano, dla mnie też było jasne: realia pracy w elektrowni jądrowej i energia jądrowa są w “Kolorze Magii” i “Blasku fantastycznym” dosłownie wszędzie.

Oktaryna może być nieciekawie zielonkawo-fioletowa a nie wspaniale błękitna jak promieniowanie Czerenkowa, ale zupełnie tak jak ono jest widoczna tylko dla wybranych, choć jak promieniowanie gamma jest w stanie przeniknąć prawie wszędzie.

I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

A już z pewnością nikt mnie nie przekona, że dobry artysta to głodny artysta. Jak widać – prawdziwy artysta tworzy najlepiej, kiedy nie musi martwić się o to, co włożyć do garnka, ani czy będzie go stać na dach nad głową. Wszyscy, by się rozwijać potrzebujemy móc zaspokoić swoje podstawowe potrzeby i mieć względne poczucie bezpieczeństwa. Takie komfortowe warunki dają uczciwa umowa o pracę u pracodawcy szanującego prawa pracownicze. Warto, by w czasach, kiedy chce się je nam pod pozorem kryzysu odebrać, pamiętać o tym i walczyć o to, za co całkiem niedawno ginęły setki robotnic i robotników w przetaczających się przez Europę i Amerykę Północną strajkach.


Źródło
Opublikowano: 2020-05-08 16:32:49

Zjawisko NIMBY znane jest socjologom, ale nie tylko. Zetknęła się z nim również

Urszula Kuczyńska

Zjawisko NIMBY znane jest socjologom, ale nie tylko. Zetknęła się z nim również cała rzesza osób, które zajmują się choćby realizacją projektów infrastrukturalnych. NIMBY to skrót od angielskiego NOT – IN – MY – BACKYARD, czyli “nie u mnie w ogródku”. Bo wszyscy chcemy mieć prąd, ale kiedy trzeba w pobliżu poprowadzić linię wysokiego napięcia, to nikt się nie zgadza. Bo wszyscy produkujemy śmieci, ale mieszkać w pobliżu spalarni a tym bardziej wysypiska nie chce nikt. W Polsce lokalne społeczności często organizowały się i protestowały przeciwko budowie farm wiatrowych, czy obwodnic. Bo one są potrzebne, tak ogólnie, oczywiście, ale lepiej, żeby stanęły gdzie indziej.

Nie można tutaj nie wspomnieć o przypadku uroczej, nadmorskiej miejscowości o nazwie Gąski. Gąski pierwotnie były wśród trzech potencjalnych lokalizacji dla pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Miały się tam rozpocząć badania próbujące ustalić, czy lokalizacja nie jest obarczona tzw. wadą zasadniczą, która wykluczałaby ją z krótkiej listy miejsc, gdzie w Polsce może stanąć elektrownia jądrowa.
No i w Gąskach te badania się nie rozpoczęły. A nie rozpoczęły się, bo rzutki, miejscowy latarnik rozkręcił akcję protestacyjną, do której przyłączyli się aktywiści Greenpeace i Zielonych, i która zmobilizowała lokalną społeczność do ostrego, dziwnie religijnego w charakterze sprzeciwu.
PGE EJ1, które miało te badania prowadzić, machnęło więc na Gąski ręką i postanowiło badać tylko dwie pozostałe lokalizacje (Lubiatowo-Kopalino i okolice Jeziora Żarnowieckiego) a wjazd do Gąsek ozdobiła pamiątkowa figura Matki Boskiej Antyatomowej, tfu, Fatimskiej z napisem “Broń nas od atomu”.

Na szczęście społeczności pozostałych lokalizacji wykazały się dużo wyższym poziomem RiGCzu: niezmiennie i od lat, większość mieszkańców popiera budowę elektrowni jądrowej w swojej okolicy. Ostatnie badania pokazują, że to poparcie sięga nawet 70%.

Duma, Polki i Polacy! Duma, że tyle lat sączenia antyatomowej propagandy i nieuzasadnionej paniki dostały od naszego społeczeństwa zdroworozsądkowy odpór.

Zwłaszcza, że wiecie, co w tym wszystkim najśmieszniejsze?

Że według wszystkich badań, elektrownie jądrowe są jedną z niewielu inwestycji infrastrukturalnych, dla których akceptacja w miarę upływu czasu i jej obecności w bezpośrednim sąsiedztwie rośnie zamiast spadać. Bo w przeciwieństwie do linii kolejowej, autostrady, czy spalarni śmieci, elektrownia jądrowa to naprawdę ciche, czyste, podnoszące bezpieczeństwo i jakość życia sąsiedztwo.


Źródło
Opublikowano: 2020-05-05 16:16:53

Onkalo po fińsku oznacza “ukryte miejsce”. Ta nazwa wiele mówi o jego położeniu

Urszula Kuczyńska

Onkalo po fińsku oznacza “ukryte miejsce”. Ta nazwa wiele mówi o jego położeniu i … przeznaczeniu.

Onkalo znajduje się w zachodniej Finlandii, zagubione w surowym, kamiennym krajobrazie europejskiej północy. Jest stamtąd niedaleko do Olkiluoto – miejsca, gdzie działa duża elektrownia jądrowa, w której pracują 2 reaktory a trzeci wciąż jest w budowie.

Czym jest Onkalo?

Cmentarzyskiem. Dosłownie. Takim, które ma przetrwać dłużej niż nasza cywilizacja, dłużej niż egipskie piramidy i cesarski grobowiec z Xi’an. Ma przetrwać 100 000 lat – bez interwencji człowieka, bo tego być może już wówczas nie będzie. A może będzie tylko inny. Może głupszy? Może mądrzejszy? A może wciąż dokładnie taki sam jak dziś. Nie wiadomo.

Onkalo to pierwsze na świecie ostateczne składowisko odpadów jądrowych. System wydrążonych w litej, granitowej skale podziemnych korytarzy, do których będzie trafiać wypalone paliwo jądrowe. Korytarzy, w których – dosłownie – spocznie na wieki, by przez nikogo nie niepokojone obrócić się w proch, z którego powstało.

Onkalo to jednak coś więcej niż obiekt, nazwijmy to, przemysłowy. Onkalo to projekt cywilizacyjny. Przy jego powstaniu współpracują inżynierowie, geolodzy, hydrogeolodzy, fizycy jądrowi, filozofowie, językoznawcy, antropolodzy i teologowie. Bo Onkalo to wyraz odpowiedzialności za to, co po nas; to cywilizacja techniczna działająca w trosce o przyszłość swoją, kolejnych pokoleń i świata, kwintesencja człowieczeństwa w jej najpiękniejszym wydaniu. To idee humanitaryzmu niesione na wiertłach i tarczach ogromnych maszyn drążących korytarze w głąb ziemi, prosto w jądro wieczności, której nie dane jest człowiekowi zaznać.

Jak ostrzec ludzi lub inne istoty myślące, które natkną się na to miejsce za 10, 15 tysięcy lat, że to miejsce musi pozostać nie niepokojone? Jakim językiem, symbolem, znakiem? Czy posłuchają? Czy sami będą wiedzieć? W jakich kierunkach może rozwijać się świat, jak może się zmieniać, żeby móc cokolwiek przypuszczać i rozproszyć mgłę miliona niewiadomych?

Państwo fińskie wpisało we własne prawo obowiązek przekazywania następnym pokoleniom wiedzy o Onkalo. Tylko, czy to prawo, to państwo za 50 tysięcy lat wciąż będą istnieć? Czy też problem rozwiąże się sam, kiedy zaczniemy ponownie przetwarzać zużyte paliwo jądrowe według logiki gospodarki cyklu zamkniętego, do której zobowiązała się dążyć Finlandia?

Tak, czy inaczej – gorąco Was zachęcam do obejrzenia filmu dokumentalnego pt. “Jądro wieczności” (tytuł oryginału: “Into Eternity”) Michaela Madsena.

To stworzona w formie listu do przyszłych pokoleń, fascynująca podróż do serca ziemi. Opowieść o Onkalo oparta o pytania, których nie stawiamy sobie na co dzień a które są kluczowe dla zrozumienia naszego miejsca na świecie: kim jest człowiek? Czym jest odpowiedzialność? Co jest możliwe? Co nie? Co wiemy? Czego nie? Czego się być może nigdy nie dowiemy? Co wiemy, że wiemy? O czym wiemy, że tego nie wiemy? O czym nawet nie wiemy, że tego nie wiemy?

W obliczu katastrofy klimatycznej i ekologicznej, w czasach kryzysu, który zmusza nas do przewartościowań i refleksji nad sobą i naszym miejscem w świecie, te pytania są bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej. I tylko chęć ich stawiania i poszukiwania odpowiedzi na nie dają szansę nie tylko na to, by wyjść z opałów obronną ręką, ale przede wszystkim na to, by wciąż bez cienia wątpliwości móc o sobie myśleć jako o Człowieku. Takim przez duże “C”.

Link do oficjalnej zajawki filmu w komentarzu. Na obrazku jest kadr z filmu.


Źródło
Opublikowano: 2020-04-19 19:55:01

Dziś do polskiego Sejmu na zaproszenie Urszula Sara Zielińska, posłanki Partia Zieloni zawitał Mycle Schneider, wielolet

Urszula Kuczyńska

Dziś do polskiego Sejmu na zaproszenie Urszula Sara Zielińska, posłanki Partia Zieloni zawitał Mycle Schneider, wieloletni antyatomowy aktywista.

I szczerze? Szczerze to Wam powiem, że Zieloni mają powody do zmartwienia.

Bo, po pierwsze, najpierw mieli skuchę z opisem wydarzenia. Przedstawili na nim pana Schneidera jako doktora nauk, po czym sam sprostował, że nie ma stopnia doktora, bo w ogóle nie ma stopnia naukowego – jest samoukiem i jest z tego bardzo dumny. Potem pan Schneider sam przyznał, że nigdy nie pracował w branży jądrowej. Następnie zaczął odżegnywać się od udzielania porad polskim politykom, bo on sam politykiem nie jest i nie czuje się władny udzielać jakichkolwiek porad. Zabrzmiało to troszkę jak żart w kontekście faktu, że zaprosiła go ściśle określona partia polityczna a jego publikacje i wyjazdy bardzo często sponsoruje Fundacja im. Heinricha Boella, czyli fundacja niemieckich Zielonych. Tak też posypał się mit o jego niezależności – którą wszyscy jego sponsorzy starają się w internecie podkreślać.

Ale wiecie co? “Ekspert” też człowiek, może mieć swoje poglądy, również polityczne. Tylko dlaczego się wobec tego do nich nie przyznawać? Czemu od nich odżegnywać? Ja tam nigdy nie ukrywałam, że jestem w Razem – i nie zamierzam, bo nie mam się czego wstydzić.

No więc prezentacja pana Schneidera trwała jakieś 1h15min i dla większości osób zebranych na sali było jasne, że pan Mycle znalazł się w bardzo trudnej filozoficznie i egzystencjalnie sytuacji.

Oto bowiem przedstawiał nam wnioski ze swojego raportu o stanie światowego przemysłu jądrowego i stwierdził, że jesteśmy świadkami jego upadku. Że szczyt rozkwitu branży przypadł na rok 1978/1979 a potem już było tylko gorzej. Teraz to już w ogóle stan przedzawałowy – wystarczy spojrzeć na Japonię.
Siedzącemu naprzeciwko mnie naukowcowi z AGH nie udało się wówczas stłumić śmiechu: jeśli bowiem dobór przykładu miał świadczyć o racjach perorującego eksperta, to absolutnie tego nie zrobił. Udowodnił jedynie jak ładnie ekspert z wyjątku uczynił regułę.

Pan Schneider nie był w stanie podać liczby działających na świecie reaktorów, które wyłączono lub których nie oddano do użytku z powodów innych niż techniczne, czyli np. politycznych jak reaktor w Austrii, elektrownia w stanie New Jersey niedaleko Nowego Jorku, czy zarzucona budowa w polskim Żarnowcu. A zapytany o to, czy nie czuje, że ma swój udział w doprowadzeniu pacjenta do tego stanu przedzawałowego, skromnie odrzekł, że nie należy go, małego robaczka, przeceniać.

Ogólnie więc najcięższe działa, jakie przeciwko technologii jądrowej wytoczył można podsumować w dwóch zdaniach:

1. Atomu buduje się mało i już ja się staram, żeby budowało się jeszcze mniej i maksymalnie długo robiąc wszystko, by regulacje wokół atomu były możliwie najbardziej absurdalne. A skoro buduje się mało i długo to jest to technologia schyłkowa;

2. Technologia jądrowa się nie opłaca. No, po prostu się nie opłaca. Przeżyć na tej planecie nam się nie opłaca. To się finansowo nie spina. Technologię jądrową musi współfinansować państwo. Opłaca się fotowoltaika i energetyka wiatrowa. A że się opłaca, bo państwo dopłaca, to nieważne.

Jak czegoś nie rozumiecie, to nie szkodzi. Możliwe, że pan Schneider też nie.

Na koniec, Mycle Schneider musiał przyznać, że jako osoba myśląca o ochronie klimatu ma jednak pewien problem z wyłączaniem w pełni sprawnych elektrowni jądrowych w Niemczech i zastępowaniem ich gazem. Jak się bowiem spojrzy na emisje CO2 – ale tylko na emisje, na nic więcej, podkreślił kilkakrotnie – to jednak nie ma to większego sensu.

Ja wiem, że antyatomiści skupieni wokół Zielonych są pewnie bardzo dumni, że udało im się do Sejmu ściągnąć jedno z największych antyatomowych nazwisk na świecie, ale mam takie dziwne wrażenie, że niedługo przyjdzie im się cieszyć.

Logika i argumenty, które Mycle Schneider przedstawił są bowiem cienkie jak herbata Saga po trzecim parzeniu i przewróci je niezbyt silny wiatr. Wiaterek. Taki, co nawet łopat wiatraka elektrowni wiatrowej nie jest w stanie poruszyć.


Źródło
Opublikowano: 2020-03-04 22:19:03

Kernenergie: Klimaaktivisten aus Polen für die deutsche Atomkraft „Rette das Klima, unterstütze das Atom“ Warum polnische Klimaaktivisten für deutsche Atomkraft kämpfen In Polen fürchten Klimaaktivisten den deutschen Atomausstieg – WELT

Urszula Kuczyńska

FOTA4Climate zrobiła coś niezwykłego – rzuciła kamyczek, który uruchomił lawinę. Od czasu naszego protestu pod zamykaną bez sensu elektrownią jądrową w Phillipsburgu, przez niemieckie media przetacza się zaległa debata o sensowności (a raczej jej braku) niemieckiej Energiewende i roli energetyki jądrowej w dobie katastrofy klimatycznej.

Jestem dumna i blada, że mogę być częścią tego niezwykłego przedsięwzięcia

Kernenergie: Klimaaktivisten aus Polen für die deutsche Atomkraft „Rette das Klima, unterstütze das Atom“ Warum polnische Klimaaktivisten für deutsche Atomkraft kämpfen In Polen fürchten Klimaaktivisten den deutschen Atomausstieg – WELT

Aktivisten aus Polen demonstrieren für den Erhalt der Atomkraft – in Deutschland. Die deutsche Energiewende halten sie für kopflos. Sie gehe auf Kosten der Menschen im Nachbarland, sagen sie und werfen den Deutschen „Heuchelei“ vor.

Źródło
Opublikowano: 2020-01-25 14:35:22

Protest #Fota4Climate pod elektrownią jądrową w Philippsburgu

Jutro ekolodzy z Polski będą protestować przeciwko zamykaniu elektrowni atomowych przez Niemców ❤️ Niemcy wygaszają atom i zastępują go gazem z Rosji. To ogromne geopolityczne i klimatyczne zagrożenie dla Polski i Europy. Dziękuję FOTA4Climate, że nie tylko mówicie ale również działacie 💪✌️

Protest #Fota4Climate pod elektrownią jądrową w Philippsburgu

Niemcy zamykają elektrownię jądrową w Philippsburgu. #Fota4Climat uważa, że popełniają błąd. Dlatego 29 grudnia będziemy domagać się wprowadzenia w Europie moratorium na zamykanie atomu. – Uważamy, że energetyka jądrowa jest skutecznym narzędziem redukcji emisji gazów cieplarnian…

Źródło
Opublikowano: 2019-12-28 10:47:07

Wiecie, co elektrownia jądrowa produkuje zawsze – również po wyłączeniu – i jeszcze zanim wyprodukuje prąd?

Urszula Kuczyńska

Wiecie, co elektrownia jądrowa produkuje zawsze – również po wyłączeniu – i jeszcze zanim wyprodukuje prąd?
Wiecie.
Ciepło.
Produkuje bardzo dużo ciepła.

Przecież to nie tajemnica, że w przypadku elektrowni jądrowych, które uległy awarii – jak w Czarnobylu, czy Fukuszimie – największym problemem jest chłodzenie i odbiór tzw. ciepła powyłączeniowego już po tym, jak sam reaktor przestanie pracować.

Wiele z tego ciepła idzie w dym, choć można byłoby wykorzystać je nie tylko do produkcji energii elektrycznej.

Na przykład Szwecja, w latach 70-tych, planowała, że ciepło w sieci grzewczej Sztokholmu, Malmo i Goeteborga będzie pochodzić z elektrowni jądrowych. Niestety, z powodu dużej odległości elektrowni od ostatecznych odbiorców energii oraz irracjonalnego lęku przed “atomową wodą” w domowych rurach, te plany ostatecznie zarzucono. Zarzucono pomimo, że niewielki reaktor Agesta, dostarczał ciepła i energii elektrycznej południowym dzielnicom Sztokholmu w latach 1963-1974. Bezawaryjnie.

Podobne plany mieli polscy inżynierowie wobec budowanej od 1983 roku EJ “Żarnowiec”. Tę jednak zlikwidowano jeszcze zanim powstała.

Dziś pałeczkę przechwytują Chińczycy.

Niedaleko Haiyang, miasta leżącego nad Żółtą Rzeką w historycznym sercu chińskiej cywilizacji, uruchomiono bowiem drugi reaktor elektrowni jądrowej Sanmen. Reaktor oparty na amerykańskiej technologii firmy Westinghouse, tzw. AP-1000, jest dopiero drugim z ośmiu, jakie zaplanowano dla tego obiektu. I całkiem niedawno, operator elektrowni Sanmen ogłosił, że blok 2 będzie dostarczał ciepła dla 700 000 m2 powierzchni mieszkalnej.

A wy co, leszcze? Nadal ekogroszek?


Źródło
Opublikowano: 2019-11-18 15:34:57

Jest takie miejsce na końcu świata, które nam wszystkim kojarzy się ze słońcem, ciągnącymi się przez setki kilometrów, r

Urszula Kuczyńska

Jest takie miejsce na końcu świata, które nam wszystkim kojarzy się ze słońcem, ciągnącymi się przez setki kilometrów, rajskimi plażami i grupami młodych surferów, którym krople morskiej wody spadają z mokrych blond włosów na złociście opalone i proporcjonalnie umięśnione klatki piersiowe

Żartuję.

Chodzi mi o miejsce, które słynie ze strusi emu, co chowają głowy w piasek, wiecznie naćpanych misiów koala i wombatów, które jako jedyne zwierzęta na Ziemi robią sześcienne kupy. I z kangurów. I dziobaków.

Tak, chodzi mi o Australię.

To kraj o ogromnych zasobach łatwo dostępnych surowców naturalnych: gazu ziemnego i węgla, które po dziś dzień zaspokajają potrzeby energetyczne kraju w aż w 83%. Tak, tak. Ten nowoczesny kraj – raj wygenerował w 2018 roku 261 TWh energii elektrycznej, z czego aż 217 TWh w oparciu o spalanie czterech kopalin: węgla kamiennego, gazu ziemnego, węgla brunatnego i produktów ropopochodnych i tylko 17% w oparciu o OZE

Tamtejsze instytuty “odgrażają” się jednak, że do 2030 roku, OZE będzie generować aż 50% energii elektrycznej i to bez jakiejkolwiek politycznej ingerencji. Mam naprawdę szczerą nadzieję, że spełnią swoje “groźby”, bo chyba nie muszę podawać Wam wielkości australijskich emisji, prawda? Możecie ją sobie swobodnie wyobrazić. Jako olbrzymią. I to pomimo całego postępu technicznego i “nowoczesności” tamtejszej floty wytwórczej w porównaniu z naszymi gierkowskimi elektrowniami.

Nie byłoby w tym wszystkim nic specjalnie zaskakującego, gdyby nie to, że Australia jest jednocześnie krajem, w którym znajduje się ⅓ światowych zasobów rudy uranu i który jest jej trzecim największym eksporterem.
Tymczasem, w samej Australii od 1998 roku funkcjonuje całkowity zakaz budowania i działania: zakładów wzbogacania uranu, zakładów produkcji paliwa jądrowego, zakładów przetwarzania paliwa jądrowego i … elektrowni jądrowych.

Z czego wynika australijska fobia atomowa?

Z pomieszania pojęć, na którym pewnym dużym grupom interesu bardzo zależało.

Tak jak wszędzie, w australijskiej dyskusji o atomie energetyka i prąd dziwnie zniknęły z obrazka, skutecznie wyparte przez propagandę strachu, która zrównuje je z bronią jądrową. W Australii było to o tyle łatwiejsze, że stamtąd całkiem już blisko na te obszary Pacyfiku, gdzie w latach 90. zarówno Francuzi, jak i Amerykanie prowadzili nie zawsze dobrze przemyślane testy nuklearne.

W atmosferze antyjądrowej histerii, potężnemu lobby górniczemu, na którym w tak ogromnym stopniu opiera się australijska gospodarka – nie było trudno się wystarać o taki zakaz. Do lęku przed promieniowaniem, dołożono lęk o miejsca pracy i żyjące z górnictwa całe społeczności.

I co prawda rozmowa o atomie znów w Australii niedawno ruszyła z miejsca … ale ruszyła o kilka dekad za późno. Bo Australia jest na pierwszej linii walki ze zmianami klimatu, do których tak walnie i odważnie sama się przyczyniła.

Moja przyjaciółka mieszka na przedmieściach Melbourne. Pisze, że jest JESZCZE bezpieczna. Że kilka ostatnich lat nauczyło ją, że w garażu zawsze musi stać zapakowany wodą i suchym prowiantem samochód z kluczykiem w stacyjce i pełnym bakiem paliwa. A ostatnio, przed snem, nabrała nawyku napełniania wanny zimną wodą i kładzenia na brzegu bambusowej słomki, przez którą mogłaby oddychać. Tak na wszelki wypadek. Choć jest JESZCZE bezpieczna.

Jak długo potrwa to jej “bezpieczeństwo” skoro sezon na pożary buszu dopiero za kilka tygodni a w wyniku niemożliwych do opanowania katastrof, już rozpoczęto masowe ewakuacje ogłaszając na ogromnych obszarach stan wyjątkowy?

Jak bardzo wyjątkowy musi stać się nasz stan wyjątkowy, byśmy wreszcie przestali sami sobie szkodzić a zaczęli się ratować?


Źródło
Opublikowano: 2019-11-12 18:44:30

W odległości około 50 km od Wilna – wciąż na Wileńszczyźnie – znajduje się miejscowość Ostrowiec, która po rozpadzie ZSS

Urszula Kuczyńska

W odległości około 50 km od Wilna – wciąż na Wileńszczyźnie – znajduje się miejscowość Ostrowiec, która po rozpadzie ZSSR przypadła w udziale Białorusi.

I nie byłoby w istnieniu białoruskiego Ostrowca nic specjalnie ciekawego, gdyby nie to, że Białorusini postanowili wybudować tam elektrownię jądrową. Elektrownia będzie się składać z dwóch bloków typu WWER (reaktory wodne ciśnieniowe), w technologii dostarczonej przez Rosjan.

Dobiega właśnie końca budowa pierwszego bloku i według medialnych doniesień rozpoczęły się pierwsze testy. Pod koniec stycznia 2020 reaktor zacznie produkować prąd do sieci.

Łotwa już ogłosiła, że zamierza z elektrowni w Ostrowcu kupować prąd. Ale Litwa walczy – i to walczy bronią najskuteczniejszą, czyli strachem.

Litwa najpierw zaskarżyła Białoruś do Komisji ds realizacji Konwencji z Espoo o konsultacjach transgranicznych. Komisja uznała, że Białorusini nie uzasadnili wystarczająco mocno wyboru Ostrowca jako miejsca lokalizacji dla elektrowni jądrowej. Nie brzmi to jak specjalnie przekonujący zarzut, bo to trochę tak, jakby Polska zaskarżyła Niemcy o zlokalizowanie zakładów chemicznych dwadzieścia kilometrów od granicy polsko-niemieckiej, jak ona wolałaby, żeby się znalazły na niemiecko-francuskiej.

Ale to nic.

Litwa wymusiła też inspekcię MAEA po tym, jak poinformowano, że korpus reaktora spadł z wysokości kilku metrów. Co prawda uszkodzeń nie stwierdzono, ale Rosja zgodziła się bezpłatnie wymienić korpus projektowany tak, żeby wytrzymać uderzenie samolotu pasażerskiego z pełnym bakiem paliwa a nie tylko upadek.
Wymieniony korpus z kolei przydzwonił podczas transportu o słup sieci elektrycznej. I nic mu się nie stało, bo jest projektowany tak, żeby wytrzymać uderzenie samolotu pasażerskiego z pełnym bakiem paliwa. Krzyków Litwy o konieczność ponownej wymiany tym razem nie uwzględniono.

Teraz z kolei wszystkie media trąbią o tym, że Litwa ogłosiła przetarg na zakup tabletek z jodem – dla 4 milionów swoich obywateli – na wypadek awarii w Ostrowcu. Krążą też szczegóły planu awaryjnego, który zakłada ewakuację 6 tysięcy osób i inne budzące grozę informację.

Chciałam więc tylko przypomnieć, że na setki działających na świecie na przestrzeni ostatnich 60 lat reaktorów, poważniejsze awarie, które dotknęły ludność cywilną zdarzyły się w trzech.

I ja też pamiętam jak obrzydliwy był płyn Lugola, który wlewano w polskie dzieci po wypadkach w Czarnobylu. Mój tata wykorzystał cały zestaw narzędzi negocjacyjnych, żeby namówić mnie do jego spożycia.

Ale płynu Lugola już nikt nikomu nie będzie podawał. W razie czego – będzie trzeba połknąć małą, białą i bezwonną tabletkę.

A skoro mamy w domu – przynajmniej ja zawsze mam – loperamid na wypadek, gdybym dostała rozwolnienia po wizycie w jakiejś przydrożnej garkuchni, która może wysłać w objęcia Sedesa z Bakelitu setki osób dziennie to dlaczego takim przerażeniem napawa nas fakt, że być może kiedyś – a być może nigdy – przyjdzie nam połknąć tabletkę z jodem dystrybuowaną przez rząd?

Szacuje się, że w samej Polsce ok. 40 tysięcy osób rocznie przedwcześnie umiera z powodu smogu i zanieczyszczeń powietrza, do których gremialnie przyczyniają się elektrownie węglowe. I nie ma tabletek, które pozwalałyby temu zapobiec.

Dlaczego ta świadomość nie przeraża nawet w połowie tak bardzo jak powinna?


Źródło
Opublikowano: 2019-10-29 16:52:28

Elektrownia jądrowa Sołowowa – co wiemy na pewno? [ANALIZA]

Urszula Kuczyńska

Renesans energetyki jądrowej w najlepsze trwa na świecie – to tylko my, z naszym europocentryzmem, taplamy się w błotnistym stawie antyatomowej histerii.

Choć, w zasadzie, i tu mamy pierwsze jaskółki wiosny: UE umieściła energię jądrową na liście zielonych źródeł energii, wbrew energicznemu lobbingowi Niemiec; Szwajcaria zniosła moratorium na energetykę jądrową; Węgry budują ej; Słowacja buduje ej; Czechy planują budować a Francja myśli o nowych 6 blokach we własnej technologii EPR. No i powstało Onkalo.

A tymczasem, chciałam Wam przypomnieć, że żaden wpis na FB i żadne stanowisko „na gorąco” nie są w stanie objąć wszystkich aspektów danego zagadnienia. Dlatego złoszczenie się na mnie, że zwróciłam uwagę na jedno a na drugie nie – są zupełnie bezzasadne. W moich wpisach na FB zwracam uwagę na to, co akurat w danym momencie uznaję w sprawie za istotne.

Wieloaspektową analizę zagadnienia ewentualnej budowy SMRa przez Michała Sołowowa przedstawił dziś w świetnym tekście na Energetyka24.com Jakub Wiech .

I bardzo mu dziękuję, że zechciał uwzględnić mój głos jako działaczki Razem w swojej analizie.

Elektrownia jądrowa Sołowowa – co wiemy na pewno? [ANALIZA]

Wiadomość o tym, że spółka miliardera Michała Sołowowa zainteresowana jest budową elektrowni jądrowej w Polsce zelektryzowała media. Jednakże przedsięwzięcie to niesie ze sobą szereg poważnych pytań – również to, czy zapowiedziana jednostka w ogóle powstanie.

Źródło
Opublikowano: 2019-10-22 12:57:09

Michał Sołowow postawi elektrownię atomową

Urszula Kuczyńska

To dobrze, że Michał Sołowow chce zbudować w Polsce elektrownię jądrową.

Rozumiem, że zdecydował się na nową technologię GEH, tzw. SMR o ok. 300 MW mocy zainstalowanej. Będzie to więc reaktor FoK (First of a Kind), czyli obarczony największym ryzykiem i zazwyczaj kosztujący więcej niż średnia dla danej technologii – z oczywistych względów.

Chciałam tutaj zwrócić uwagę na trzy aspekty, których brakuje mi w dyskusji prowadzonej na temat tej informacji u Jakub Wiech pisze – mikroblog i w kilku innych miejscach, jakie obserwuję:

Po pierwsze i bardzo znamienne: zauważcie, że pan Sołowow ani myślał pytać kogokolwiek o zdanie To, na co od lat nie może zdobyć się nasze państwo szarpane histerycznymi, antyatomowymi szantażami Greenpeace Polska, Partia Zieloni i innych antynaukowych środowisk – stanie się rękami biznesu, który się na nikogo nie musi oglądać. Czy to dobrze, czy źle? Powstrzymam się tutaj od jednoznacznej oceny. Niech jej dokonają lepsi ode mnie specjaliści z zakresu etyki i odpowiedzialności społecznej biznesu I niech ta ocena będzie kolejnym kamyczkiem w dyskusji o tym, gdzie dziś realnie leży władza i dlaczego nie tam, gdzie powinna.

Po drugie: elektrownia jądrowa, którą planuje wybudować pan Sołowow będzie mieć 300 MW mocy – o ponad 30% mniej niż jeden z dwóch bloków EJ Żarnowiec, którą rząd Mazowieckiego zlikwidował krótko przed planowanym rozruchem w 1991 roku. To oznacza, że SMR pana Sołowowa nie będzie zasilał żadnych gospodarstw domowych – bez względu na to, ile zasilać mógłby (widziałam już entuzjastów dokonujących takich przeliczeń, jakby miały ich osobiście dotyczyć). Będzie zasilał biznes pana Sołowowa. Biznes, który według jego własnych prognoz stałby się zupełnie nieopłacalny, gdyby za tę dekadę, za którą Sołowow uruchomi elektrownię, miał płacić z własnej kieszeni za prąd.
Pytanie graniczne: ile więc wówczas, przy takim kursie, na jakim obecnie jest polska energetyka, będzie kosztował prąd dla gospodarstw domowych, które NIE będą zasilane z elektrowni pana Sołowowa?
Biznes to biznes a nie działalność charytatywna.
Tylko – jeśli nic się nie zmieni – to skąd ja, posiadaczka mieszkania z balkonem o powierzchni 2 metry kwadratowe, wezmę sobie prąd tańszy niż ten z sieci? Skąd będzie brał go biznes, którego nie stać na postawienie sobie własnej elektrowni w celach obniżenia kosztów operacyjnych?

I wreszcie po trzecie: fajnie, że pan Sołowow zbuduje sobie elektrownię jądrową i będzie się chwalił, że on sam, tymi rękami i bez niczyjej pomocy. Tylko, że to będzie nieprawda, bo żeby on sobie mógł tę elektrownię tu zbudować to jako kraj od dekad płacimy składki za przynależność do MAEA, ktoś napisał Prawo Atomowe i wszystkie rozporządzenia, ktoś je tłumaczył na angielski w celach konsultacji z MAEA, ktoś przyjmował misje INIR, ktoś prowadzi składowisko odpadów promieniotwórczych w Różanie, ktoś wykształcił i będzie musiał powiększyć grono pracowników dozoru jądrowego, czyli Polskiej Agencji Atomistyki i zrobić jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, z którymi od dekady zmaga się PGE EJ1. I zrobi to polskie państwo albo – upraszczając – polski podatnik. Po to, by pan Sołowow miał dla swojego biznesu tańszy prąd, ale tak, żebyśmy ani Ty ani ja nie mogli z niego skorzystać.

Za informację dziękuję Jakub Wiech i ekipa FOTA4Climate

Michał Sołowow postawi elektrownię atomową

Kontrolowana przez miliardera grupa Synthos podpisała porozumienie z GE Hitachi Nuclear Energy. W ciągu dekady chce postawić pierwszy reaktor jądrowy o mocy 300 MW – ustalił DGP

Źródło
Opublikowano: 2019-10-21 21:35:27